Juwenalia 2003 - Wrocław

Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu czytelników Action Maga może nie wiedzieć, co to za święto z racji swojego wieku. Wiem też, że duża część Was o nim słyszała i przeżyła na własnej skórze. Ale żeby nie było wątpliwości, zacznę od krótkiego wyjaśnienia, w czym rzecz i o co tyle zachodu.

Otóż Juwenalia (albo Juvenalia, jak kto woli) to coroczne święto studentów, które odbywa się w miastach akademickich. Właściwie Juwenalia to nazwa uroczystości odbywających się na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jest ogólnie używana na określenie imprez organizowanych przez samorządy studenckie niemal wszystkich uczelni wyższych. Niemniej każda uczelnia określa Juwenalia po swojemu, i tak na Akademii Medycznej odbywają się Medikalia, Akademia Ekonomiczna organizuje Ekonomalia, na Akademii Rolniczej ogólnie nazywa się je Agrariami, ale niektóre wydziały wprowadzają odrębne nazwy, np. na Katedrze Chemii są Chemikalia, a Katedra Genetyki ma... aaa tam, sami się domyślcie. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo jeszcze, że klerycy z Wyższego Seminarium Duchownego świętują Dewocjonalia. I tylko Uniwersytet Wrocławski ma prawdziwe Juwenalia®.

Tegoroczne obchody Juwenaliów rozpoczęły się w środę 14 maja na Wittigowie, czyli takim jakby miasteczku akademickim Politechniki Wrocławskiej. Niestety, Sanko był wtedy studentem Akademii Rolniczej (co nie przeszkadzało mu szczególnie w imprezowaniu, zwłaszcza w taki dzień). Akurat w środę jego grupa miała ćwiczenia z chemii organicznej (mniam!), chyba było nawet kolokwium (ale nie jestem pewien), a potem jeszcze jazda szóstką do Katedry Zoologii na ćwiczenia z zoologii. Pech chciał, że naszła go wtedy wielka ochota na naukę i już od kilku dni usilnie wkuwał biologię (z różnym skutkiem), żeby przygotować się do egzaminu wstępnego na weterynarię (niepotrzebnie, i tak się nie dostał... Nie powtarzajcie jego błędu i nie uczcie się nadaremno.). Po obiadku na stołówce wrócił do akademika. W międzyczasie SMS-ował i dzwonił do pewnej Pięknej Kobiety, ponieważ bardzo chciał spotkać się z Nią tego dnia (nie tylko, zresztą, tego...), ale ich plany układały się trochę inaczej i mieli się nie zobaczyć. A szkoda. Wobec takiego obrotu spraw Sanko wziął się za naukę hormonów (tylko w teorii, nie myślcie sobie). Warunki ku temu były idealne, gdyż duża część mieszkańców akademika wydostała się z niego i udała na imprezy (jedna z nich odbywała się również w klubie naprzeciw akademika, ale zawsze można było zamknąć okno), nawet w pokoju miał cicho - jego współlokatorzy, czyli Przemek i Qba wyszli na balety. I fajnie: lampka świeci, książka jest otwarta, somatotropina, wazopresyna i oksytocyna powoli wchodzą do pamięci.

Aż tu nagle rozlega się hałas i do pokoju wraca Przemek i jego dwóch kolegów (w tym jeden Sankowi nie znany). Nieznany kolega (Michał, jak się później okazało) zaczął swą wizytę od skoku na łóżko Przemka, a, jako że był objętościowo co najmniej dwa razy większy od Sanka, zrobił tym duże wrażenie. Przemek i kolega znany (czyli Sławek) namawiali go, żeby przestał się uczyć, zrobił sobie przerwę i pojechał z nimi na Wittiga. Początkowo Sanko stanowczo protestował, ale Michał użył magicznych słów w rodzaju Pójdziesz z nami, albo dostaniesz wp...dol! i poskutkowało. Cóż, wszyscy byli już lekko zdopingowani etanolem i Sanko nie miał zamiaru sprawdzać czy żartują, czy też nie. Wyszło więc czterech chłopa, jeden przypomniał sobie, do czego służy pęcherz moczowy i wrócił na chwilę do akademika. Pozostali poszli do monopolowego po napoje. Sanko nie wybierał niczego i nie poczuwa się do odpowiedzialności, ale koledzy dokonali zakupu zgrzewki (24 puszki) piwa o śmiesznej nazwie. Wyglądało to dość ciekawie i wszyscy się śmiali z dokonanego wyboru. Najszybciej przestał Sanko, bo kazali mu to nieść.

I w drogę! Zgrzewka zaczęła nabierać masy po przejściu przez niemal cały Plac Grunwaldzki, jazdę zatłoczonym tramwajem (koledzy obiecywali, że będą trzymać Sanka, bo miał zajęte obie ręce, ale tak skrupulatnie spełniali obietnicę, że kilka razy mógłby znaleźć się na podłodze tramwaju) i dojście pod T-ki (akademiki Politechniki) na Wittiga. Było tam ciemno i dużo ludzi. Sanko wiedział, że gdzieś tutaj muszą być człekokształtni z jego grupy, ponieważ umawiali się na grilla jeszcze rano, w czasie ćwiczeń. Porzucił zgrzewkę (powiedzmy, że zostawił ją pod opieką kolegów) i zaczął się rozglądać po zbiorowisku studentów różnej maści. Akurat miał szczęście i spotkał dwóch kolegów ze swojej grupy. Mówili, gdzie ich szukać, ble ble ble, przy okazji wspomnieli, że pytała o niego pewna Piękna Kobieta. Sankowi oczy zaświeciły i skoncentrował się na wysłuchaniu, gdzie ma Jej szukać (a i tak później wracał, bo nie mógł znaleźć...). Szczęśliwy został zaprowadzony na odpowiednie miejsce i spotkał tam Piękną Kobietę. Posiedzieli chwilę w rozśpiewanym kółku, przy okazji poznał Jej koleżankę, a potem poszedł jeszcze przywitać się z ludźmi z grupy. Po powrocie otrzymał bojowe zadanie: przynieść butelkę czerwonego, półsłodkiego wina (a może białego...?). Udał się więc na przystanek, wsiadł do tramwaju i ruszył... za siebie. Tramwaj wycofywał się do zajezdni, na szczęście motorniczy wiedział, że studenci nie są dziś grzeczni i otworzył drzwi. Zadanie nie zostało wykonane, niestety, ale zamiast wina dostarczył piwo. Zawsze to coś.

Robiło się późno, toteż Piękna Kobieta wyraziła chęć powrotu do domu. Na przystanku okazało się, że na najbliższy tramwaj nocny trzeba będzie dłuższą chwilę poczekać, więc oboje postanowili przejść kilka przystanków do przodu. Doszli aż pod Kliniki i tu zatrzymali się w oczekiwaniu na tramwaj. Było trochę zimno, jak na maj. W końcu nadjechała 33, która była do granic możliwości zatłoczona. W dodatku kolega z grupy Sanka wystawił głowę przez okno i otwarcie naśmiewał się z oczekujących na przystanku. Jak się okazało, w tramwaju mogło się zmieścić jeszcze kilka osób, chociaż podróż wybitnie nie była komfortowa. Po drodze Sanko dogadał się z jakimś nieznanym studentem nieznanej uczelni, że razem wyskoczą. Ale po co i dokąd...? Po jakichś 20 minutach przygodowej jazdy eskortowany przez policję (ale tylko do Placu Grunwaldzkiego) tramwaj dotarł na ulicę Legnicką i Sanko odprowadził Piękną Kobietę do domu. W międzyczasie otrzymał jeszcze zadanie pobrania formularzy rekrutacyjnych z dziekanatu Akademii Medycznej i przyrządzenia obiadu. Wracał na Grunwald trochę na piechotę, trochę tramwajem, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Było dość późno, kiedy wszedł do swojego pokoju. Współlokatorzy chyba już byli i spali, co też po chwili uczynił Sanko. Dzień pierwszy zakończył się.

* * *

W czwartek nie odbywały się żadne zajęcia. To dobrze, bo Sanko mógł spokojnie pójść do dziekanatu i wypełnić powierzone mu zadanie. Koledzy chcieli go wyciągnąć na pochód, ale się nie dał. Udał się okrężnymi drogami w stronę Rynku i zakończył misję sukcesem. Wracał tramwajem przez Most Grunwaldzki, który opuszczali ostatni uczestnicy pochodu. W tramwaju spotkał kolegę z roku i akademika (i to wszystko w jednej osobie), więc trochę porozmawiali (ale o czym...?) i wysiedli na przystanku koło Klinik. Sanko postanowił, że zajrzy jeszcze do rektoratu Akademii Medycznej i weźmie formularze rekrutacyjne, co też niezwłocznie uczynił. Odwiedził też rektorat Wydziału Medycyny Weterynaryjnej w tym samym celu.

Po dokonaniu tych bohaterskich czynów wrócił do akademika, spotykając po drodze koleżankę i kolegę z grupy. Gdy już znalazł się w swoim państwowym pokoju, zabrał się za przyrządzanie obiadu (nie ma się czym chwalić, to był makaron w sosie do spaghetti boloniese). Z powodu nieprawidłowo zinterpretowanego sygnału Pięknej Kobiety na jego telefon, cały obiad był gotowy na dobre pół godziny przed Jej przyjściem i, niestety, trochę się ochłodził... Ale Piękna Kobieta przyszła, miała na sobie świetnie leżące, nowe spodnie (czego Sanko nie raczył od razu zauważyć i dostał reprymendę). Oboje zjedli mocno już przestudzony obiad i rozmawiali. Z rozmowy wynikało, że Piękna Kobieta ma zamiar iść na Pola Marsowe ze znajomymi (czy jakoś tak), co nieszczególnie podobało się Sankowi. Po obiedzie pojechali na Popowice i przy okazji umówili się na wieczór. Znajomi okazali się mniej ważni, a Sanko kwitł ze szczęścia.

Wrócił do akademika po południu, żeby się trochę odświeżyć, wskoczyć pod prysznic itd. W jego pokoju było już dość tłoczno, bo był Przemek, Qba i jego dziewczyna oraz dwie koleżanki. Nie było wyjścia, trzeba było paradować w majtkach po całym pokoju i uciekać do łazienki. Tego dnia miał się odbyć koncert Kazika, więc całe towarzystwo szybko się ewakuowało i Sanko został sam, ale nie na długo.

Wkrótce przyszła Piękna Kobieta i oboje wyszli na przystanek. Podjechał tramwaj w rodzaju 8, do którego wsiedli. Nie zajechali daleko, ponieważ nagle odechciało im się koncertu i tłumów, woleli być sami. Wyskoczyli z tramwaju w Parku Szczytnickim i wrócili parkową ścieżką na przystanek przed Mostem Szczytnickim. Tam Sanko zaproponował, żeby pojechać do Korony na jakiś film. Nie czekali długo na autobus, wkrótce znaleźli się pod multipleksem kinowym. W hallu kina wybór padł na Smak życia. Jako, że do seansu było jeszcze sporo czasu, a oboje trochę zgłodnieli, udali się do marketu i dokonali inwestycji w jogurty. Po tym wrócili do kina i zasiedli na wygodnych miejscach w bodajże ostatnim rzędzie.

Sanko stwierdził, że film, owszem, podobał się, ale o wiele bardziej podoba mu się Piękna Kobieta (zresztą tak jest do tej pory!). Było już późno i trochę zimno, kiedy wracali autobusem na Plac Grunwaldzki. Tramwaje były już tradycyjnie wypełnione po brzegi, jeden wyglądał nawet tak ciekawie, że jego tylne drzwi się nie domykały, a na zewnątrz swobodnie zwisali uradowani studenci. Nasza para dostała się środkowym wejściem i w jego pobliżu stała już do końca podróży, słuchając śpiewających Sto lat lub fonetycznie udających jadący tramwaj uczestników Juwenaliów. Czyli było sympatycznie. Piękna Kobieta i Sanko wysiedli przystanek przed celem, żeby jeszcze pospacerować nocą po Wrocławiu. Pożegnali się na klatce schodowej Pięknej Kobiety i tak się zakończył ich wspólny dzień. Sanko musiał jeszcze wrócić na Grunwald, do akademika, co zajęło trochę czasu, i rzucił się na swoje państwowe łóżko (po uprzedniej toalecie wieczornej, nie myślcie sobie). Drugi dzień Juwenaliów 2003 dobiegł końca.

* * *

Piątkowy poranek nie był najszczęśliwszy, ponieważ o 08:00 zaczynały się ćwiczenia z fizjologii, na które trzeba było się koniecznie stawić, choć Sanko do ostatniej chwili nie był pewien, czy akurat tego dnia miały się odbywać, czy też nie. Ostatecznie ubrał swój biały, nieco przybrudzony od wycierania kurzu w licznych laboratoriach Akademii Rolniczej, fartuch i pobiegł pod salę ćwiczeń. Jak się okazało, na miejscu był już komplet ludzi. Ćwiczenia odbyły się planowo, po nich trzeba było biec na drugą stronę Grunwaldu na ćwiczenia z chemii rolnej. Po dwóch godzinach nudów Sanko odetchnął z ulgą, poszedł na obiad i wreszcie do Pięknej Kobiety.

Postanowili, że tym razem nie opuszczą koncertu na Polach Ryżowych (oops! Przepraszam! Marsowych), chociaż oboje tak lubią Myslovitz, jak Saddam Bushmana (dobrze, przyrzekam, że nie będzie już więcej polityki międzynarodowej). Tramwaje dowiozły ich na Pola, tam czekali na koleżankę Pięknej Kobiety. Trochę trudno było się znaleźć w tłumie, który przybył na imprezę masową. Sanko ustawił się w kolejce po piwo (nie dość, że drogie, rozwodnione, to jeszcze sprzedający był miły, jak... no dobrze, miało być bez przekleństw) i, o dziwo, udało mu się kupić. Potem znalazła się i koleżanka. Przyprowadziła Piękną Kobietę i Sanka na zbocze, gdzie było trochę znajomych. Wkrótce na bliskim horyzoncie pojawiły się jakieś mężczyzny, jeden z nich (przewodnik stada, najbardziej zapity, otyły i zarośnięty) porwał Piękną Kobietę, zapewne z zamiarem żądania okupu, ale po pertraktacjach bez użycia siły fizycznej Sanko Ją odzyskał. I znów mogli siedzieć razem aż do chwili, gdy przyszli panowie ochroniarze i podziękowali za uczestnictwo w imprezie.

Wydostanie się z Pól nie było znów aż tak trudne, ale kłopoty (jak zwykle) sprawiał tramwaj. Swoją drogą, miało ich nie być, MPK obiecało, że w odwecie za zdemolowanie kilku wagonów studenci będą wracać z imprez nocą na piechotę. Na szczęście nie dotrzymali słowa. Nieszczęśliwym trafem cała trójka ulokowała się obok studentów nieznanej uczelni pijących nalewki wiśniowe. Nie wiem, może ktoś lubi te aromaty i kwas siarkowy, ale na pewno nikt z naszych bohaterów.

Nalewkowa gehenna trwała aż do ulicy Sienkiewicza, przystanku obok Ołówka i Kredki (to ten budynek bez gumki...), gdzie trzy wspomniane osoby wysiadły, żeby następnie udać się do Alibi, pod Plus-Minus (wstęp był płatny, niestety), znów Alibi, D.S. Centaur, znów Plus-Minus, ale tym razem w ogródku. Sanko zamówił piwo i tak czekali przy stoliku na barmankę, ale długo nie przychodziła. Zniecierpliwieni bezczynnym siedzeniem postanowili opuścić ogródek. Tak też zrobili. Piękna Kobieta i Sanko odprowadzili koleżankę pod jej dom, a potem ruszyli na przystanek. Jak to w czasie Juwenaliów bywa, tramwaje wiozły stanowczo za dużo pasażerów. W dodatku, żeby dojechać na Legnicką, trzeba było się przesiadać. Ale nasi dzielni bohaterowie poradzili sobie z tym bardzo dobrze. Sanko odprowadził Piękną Kobietę do domu i wrócił do akademika. W łóżku (własnym państwowym) wylądował ok. godziny 03:00, żeby pozostać tam co najmniej siedem godzin zegarowych.

I tak, Dorogije Riebiata, zakończyły się (choć nie dla wszystkich) obchody Juwenaliów 2003. Trzeba było znowu uczyć się, zbliżała się sesja egzaminacyjna, czyli szare, studenckie życie (gwoli wyjaśnienia: studenckie życie nigdy nie jest szare, więc jeśli jeszcze nie studiujecie, jak najszybciej idźcie na studia! I zamieszkajcie w akademiku - koedukacyjnym, rzecz jasna - wtedy Wasze życie z pewnością nie będzie szare).

Ale w maju 2004 znów będą Juwenalia! I Sanko z pewnością w czasie ich trwania nie zajrzy do żadnej książki (może z wyjątkiem książki telefonicznej, meldunkowej, kucharskiej...)! Wam też tak radzę. Do następnych Juwenaliów!

Przygody Sanka opisał  Sanko .