pan_T.A.Rej

Jak tam było?


    Już w pociągu pożałował, że nie jedzie w "cywilkach". O ile w drodze na dworzec, na zatłoczonych ulicach miał spokój - mundur, jak mundur, niewiele się różnił od innych - to w luźniejszym wagonie zaraz jakieś wprawne oko rozpoznało naszywkę. Od razu dosiadł się jakiś facet w wieku jego dziadka. I od razu padło pytanie: Jak tam było? Gorąco, nie?
    - Gorąco - rzucił od niechcenia
    - Aha - podłapał "Dziadek" - gorąco. U nas też. Może nie to, co we Francji, ale ile to ludzi pomarło od upałów...
Ględzenie starszego pana odpłynęło gdzieś w dal, a on poddał się wspomnieniom. Tak, było gorąco. Szczególnie na początku, gdy jeszcze myśleli, że są w Iraku po to, by odbudowywać kraj po wojnie. Nadzieje na spokojne przetrwanie "misji pokojowej" rozwiały się pewnej nocy, kiedy Irakijczycy ostrzelali bazę. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale sceny, jakich był świadkiem, wolałby wyrzucić z pamięci. Dowódcy, przez lata praktyki nauczeni, że jedyne komendy, jakie muszą znać, to: "ruchy z tą szmatą" i "szybciej, młody, jedziesz na szczocie" w pierwszym odruchu stanęli zdezorientowani. A potem zniknęli. Jakby zapadli się pod ziemię. A oni, młodzi, zostawieni samym sobie, biegali bez celu, krzycząc - bardziej ze strachu, czy dla dodania sobie odwagi, niż z konieczności. Na szczęście skończyło się tylko na paru niecelnych strzałach. Ale pewien niesmak i rozczarowanie "męską przygodą" zostało.

    Przesiadka. Tym razem PKS. Że też ten żęch musi się zatrzymywać w każdej zapadłej dziurze. Ale mając do wyboru parę godzin czekania, lepiej siąść w pierwszy - lepszy autobus jadący w stronę domu. Byle do przodu. I przynajmniej jest się w ruchu.
    Przez trzy przystanki miał spokój. Aż gdzieś w Kaczychdołach Nowych, czy w Kozitrąbach Mniejszych wsiadł kolejny znawca naszywek na wojskowych kurtkach. "Rolnik" - jak ochrzcił go w myślach. Połowa miejsc w autobusie była wolna, ale ten musiał siąść obok niego. Zaraz też padło pytanie: Jak tam było? Sucho, co nie?
    - Sucho - przytaknął
    - A u nas, panie - ciągnął facet - to takiej suszy i najstarsi nie pamiętają. Ziemia sucha, niczym pieprz. Zboża to nawet pół tego, co trza, nie zebrałem. A Odra, panie, to tak wyschła, że suchą nogą na drugi brzeg by się przeszło. Prawdziwa pustynia, panie...
    Usypiany jednostajnym szumem silnika i - równie jednostajną - gadką "Rolnika" przymknął na chwilę oczy i cofnął się wspomnieniami o kilkanaście tygodni. Prawdziwą pustynię widział tylko raz, kiedy pojechali zbierać to, co zostało z patrolu Jankesów. Znaleźli rozbity samochód i dwa ciała. W życiu nie spodziewał się, że zmumifikowany trup może być tak lekki. Właściwie tylko tyle zapamiętał z tej akcji. Lekkość wysuszonych zwłok. I czarne worki, do których je pakowali. Żadnych uczuć. Żadnego żalu, czy współczucia dla nieżywych. Jakby upał wysuszył w nim wszystkie ludzkie odruchy.

    Jeszcze tylko pół godziny jazdy i - jak dobrze pójdzie - zdąży na pociąg. Tym razem bezpośredni. A jak nie, to i tak dobrze. Zawsze będzie kilkadziesiąt kilometrów bliżej domu. Z tą "okazją" to był niezły pomysł. I jedyny moment, kiedy cieszył się, że jedzie w mundurze.
    - Teraz takie czasy, panie - tłumaczył kierowca - że "łebków" nie biorę. Bo to wiadomo, kogo się do wozu wpuszcza? Tu chce się pomóc, podwieźć człowieka, a ten gdzieś w lesie łeb urżnie. I tyle.
    Radość z jazdy w mundurze trwała krótko. Chwilę po skończeniu wyjaśnień, kogo nie bierze na "okazję", padło sakramentalne: "Jak tam było? Chociaż zarobiliście trochę?"
    - Zarobiliśmy - odpowiedział
    - No właśnie - mówił dalej kierowca - choć tyle w tym dobrego. A u nas bieda. Ludzie do garnczka nie mają co włożyć. Sami nie mają, to i innym zarobić nie dadzą. Ot, taki rolnik. Zablokuje jeden z drugim ulicę, to przejechać nie mogę. A towar, panie,  muszę na czas dowieźć. Spóźnię się, to  "w plecy" jestem. A też mam żonę i dzieci. I im na jedzenie dać trzeba. A to z biedy, panie, to wszystko. Te strajki, blokady, znaczy. Ale dobrze, że wy tam chociaż zarobiliście...
    Zarobiliśmy - pomyślał - Zarobiliśmy, jak cholera. Szczególnie ten młody z sąsiedniego namiotu.
    Znów nie chciane wspomnienia. Tych, co przyjechali do Iraku w drugim rzucie, nazywali "świeżym mięsem", lub po prostu "mięskiem". Chłopak, który zginął, nawet nie zdążył poznać. Głupia, bezsensowna śmierć. Właściwie każda śmierć jest bezsensowna, ale... Na szkoleniowym patrolu? W jednej chwili idziesz obwieszony bronią, krokiem podpatrzonym na amerykańskich filmach o Wietnamie. By za moment leżeć na ulicy w kałuży krwi, prawie przecięty na pół. Nawet nie domyślał się, że tyle tego wszystkiego może z człowieka wypłynąć. Krew, wnętrzności. Zwymiotował wtedy. Nie wiedział, czy na widok tego, co zostało z człowieka po trafieniu serią z "kałacha", czy ze strachu.
    - Zarobiliśmy -Powtórzył, zamyślony.

    Na szczęście ostatni etap drogi. I najkrótszy. Tyle, że najbardziej mu się dłużył. Pociąg - podmiejski - jeden z tych, z których - według dowcipu - pasażerowie, jak im się śpieszy, to wysiadają i idą pieszo. Szybkość - a raczej powolność - podróży nie przeszkadzała mu. Cieszył się widocznym za oknem, znajomym krajobrazem. Miał nadzieję, że dotrwa tak do końca drogi, kiedy - o ironio - na przedostatniej stacji dosiadł się do niego jakiś goguś. Facet chciał go poczęstować papierosem i spostrzegł tą nieszczęsną naszywkę.
    - O! Z Iraku? I jak tam było? Te arabki, to niczego sobie babeczki, no nie?
    - Niczego sobie - potwierdził
    - Taa - "Goguś" nawet nie czekał na odpowiedź - U nas też są różne kobitki. W lasku przy drodze to i rosjanki i ukrainki i bułgarki są. A w agencji w miasteczku, to raz nawet czarna była. Ale najlepsze to nasze, polskie kobiety. I te arabki - ponoć ładne, bestyjki?
    - Czy ładne? - pomyślał. Skąd mógłby to wiedzieć. Zawsze poowijane w te swoje worki, zakryte tak, że urody można się było jedynie domyślać. I zawsze pod opieką mężczyzn - mężów, ojców czy braci. Jedyne samotne na ulicy kobiety, to stare, bezzębne babcie. Lub małe dziewczynki. Był jeszcze jeden rodzaj samotnych, nie pilnowanych "bestyjek". To te obwieszone wianuszkami granatów. Podchodziły do nich jedynie po to, by się wysadzić. By zginąć, zabijając niewinnych przechodniów i równie niewinnych żołnierzy.

    Wreszcie dom. Na powitanie pisk sióstr, płacz matki i twardy, męski uścisk dłoni ojca. A potem pytanie:
    - Jak tam było?


pan_T.A.Rej