Nóż w plecach
czyli obalenie żałosnego mitu tolerancji


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Jest dziś jednym z najlepiej znanych słów. O tolerancję wołać potrafi zarówno kiepsko rozwinięty hiphopowiec, jak i stały klient monopolowego. Zwalczam to wołanie od dawna, jednak jeszcze nie poświęciłem mu osobnego arta. A więc, niech stracę, czynię to teraz. Zastanówmy się wspólnie, co to właściwie jest ta tolerancja, po co tyle krzyku o nią, czemu ma służyć i czemu służy naprawdę.

MIŁE ZŁEGO POCZĄTKI, CZYLI ZAŁOŻENIA

Tolerancję rozumiemy ogólnie w ten sposób, że nie należy czynić drugiemu, co tobie niemiłe. Człowiek tolerancyjny to ten, który potrafi wyobrazić sobie swoją skromną osobę w skórze innej osoby i z tej perspektywy ocenić obiektywnie jakieś swoje działanie czy po prostu pogląd. Jak świat światem, nigdy nie zawracano sobie głowy podobnymi "głupstwami" - rację miał zawsze silniejszy. Ale cywilizacja idzie do przodu i w końcu niedawno odkryto, że ładnie by było postępować inaczej. Tak narodziła się idea tolerancji.

Na marginesie mogę dodać, że tolerancja nie jest bynajmniej wynalazkiem XX wieku, ot choćby dwa tysiące lat wcześniej propagował ją Chrystus. Z tym, że po początkowym entuzjazmie dla tego pomysłu paru spryciarzy zinterpretowało nauki Chrystusa w ten sposób, że należy ściągać od ludzi "na tacę", sprzedawać odpusty i takie tam. Idei zaniechano wówczas całkowicie aż do naszych czasów właśnie.

Wracając do tych naszych czasów: tolerancja okazała się całkiem mądrym wynalazkiem. Dziś już nie pali się na stosach reformatorów (chociaż tych z rządu od "polepszania" służby zdrowia albo edukacji wypadałoby, słowo daję), a księża nie ogłaszają wszem i wobec, że dowiedziono naukowo, że Murzyni nie posiadają duszy. Jest mniej wojen, chorych psychicznie leczy się, zamiast piętnować, a urodzenie się bliźniąt syjamskich nie świadczy już o kontaktach matki z diabłem. Jak widać, zmiana wyszła na dobre. Przynajmniej do czasu.

JEŚLI NIE WIE SIĘ, KIEDY SKOŃCZYĆ

Gdy nadszedł taki piękny dzień, że nie było już dla kogo walczyć o tolerancję, zaczęto się mimo wszystko zastanawiać, co by tu jeszcze wywrócić do góry nogami. Oczywiście, dzieło nie było jeszcze zakończone; po dziś dzień krzywym okiem patrzy się na homoseksualistów, a czarnoskórzy w "białych" krajach wciąż spotykają się z przejawami agresji. Ale walka z takimi zjawiskami jest ciężka i mało spektakularna. Żeby się jej podjąć, trzeba mieć w sobie nieco ambicji i dużo wytrwałości, a nie tylko umieć głośno krzyczeć. Toteż wielu bojowników o tolerancję przeniosło się na inny, łatwiejszy front.

Wymyślono sobie między innymi, że homoseksualiści są normalnymi ludźmi i mają pełne prawo nie tylko do wiązania się ze sobą, ale także do demonstrowania swojej inności. O ile to pierwsze było raczej konieczne, to pokazywanie pedalstwa na ulicy wydaje mi się już szukaniem dziury w całym. Nie czuję żadnego rodzaju nienawiści do homoseksualistów - w większości przypadków nie ponoszą oni winy za to, że są jacy są (choć można polemizować). Powinniśmy ich akceptować, ale - dopóki nie szkodzi to nam samym. Widok dwóch facetów trzymających się za ręce można jeszcze znieść, ale kiedy zaczną się całować... Ble. Jest to dla nas, "hetero", obrzydliwe o tyle, o ile obrzydliwa jest dla nas wszelka perwersja, a że należy takie zachowanie do perwersji zaliczyć, nie mam wątpliwości. I niewiele zmienia tu fakt, że dla NICH to jest normalny wyraz czułości, NAS jest znacznie więcej. Zazwyczaj bywało na świecie tak, że mniejszość dostosowywała się do większości, dlaczego by teraz miało być inaczej? Nie widzę ani jednego powodu. Dla porządku dodam, że gdy na ulicy chłopak liże się z dziewczyną, to również uważam za perwersję. Ale to już może odrębny temat.

Wraz z modą na tolerancję pojawiło się (albo raczej nasiliło, gdyż tak naprawdę istniało od zawsze) zjawisko "podkreślania" swojej osobowości przez odbiegający od ogólnie przyjętego sposób ubierania się. Wśród naczelnych haseł, które wraz z potokami śliny wypluwają z siebie bojownicy o tolerancję, stałe miejsce zajmuje "nie wolno krytykować kogoś tylko za to, że chce wyglądać inaczej". A chodzi tu głównie o kretynów, którzy "przyozdabiają" się na siłę - włosy pofarbowane na zielono, kolczyki, łańcuszki, bransolety, sznureczki, pierdołeczki i zaraza wie, co jeszcze. Każdy człowiek ma prawo być wyjątkowy i niepowtarzalny. Rzecz w tym, że koleś, którego wyobrażenia o demonstrowaniu swej oryginalności sprowadzają się do obwieszania się metalową tandetą, równie dobrze mógłby nosić na plecach tabliczkę z napisem "Oto idzie ZERO plus kilka gramów złomu".

Następnymi osobami, w obronie których niestrudzeni bojownicy o tolerancję gotowi są demolować nasze miasta, to wszelkiego rodzaju pijaczyny, narkomani, włóczędzy, drobni włamywacze, wykolejeńcy, zbieranina z ulicy. Według naszych dzielnych obrońców, winę za ich los ponoszą, może nie w takiej właśnie kolejności: rząd, bogaci, najeźdźcy z innej galaktyki, komuniści, Żydzi, burżuje, Żydzi, dziennikarze, Żydzi. Słowem - wszyscy oprócz samych szanownych członków zbieraniny. A już przede wszystkim zwykli, szarzy ludzie, którzy na codzień siedzą przed swymi monitorami i wymyślają "nietolerancyjne" teksty, z Pewnym Gościem na czele.

Wszystkie z wymienionych przypadków mógłbym jeszcze spokojnie zignorować, choćby dlatego, że nie lubię sobie tworzyć nowych problemów i niepotrzebnie szarpać nerwów, ale bojownicy o tolerancję posunęli się jeszcze dalej. Otóż, skoro już tolerujemy wszystko i wszystkich, to dlaczego mielibyśmy tak okrutnie dyskryminować przestępców? I tutaj znowu rozpoczyna się poszukiwanie winnych: a to rodzice-alkoholicy, a to środowisko, a to bezrobocie i bieda. Pomysł, że człowiek sto procent odpowiedzialności za swe czyny ponosi zwykle sam, nazwany został prymitywnym, barbarzyńskim i przestarzałym. W końcu jest to zbyt oczywiste, żeby było godnym dzisiejszych, jakże nowoczesnych czasów.

EFEKTY UBOCZNE

Ogólnie tolerancja jest koniecznością, jeśli wziąć pod uwagę, że wszystko jest względne. To, co dla jednego piękne, dla drugiego może być obojętne, a dla trzeciego - odrażające. To, co dla mnie jest życiową pasją, dla innego jest zajęciem godnym pogardy. I tak dalej. Jeśli chcemy pozostać sobą, a nie tylko dopasowywać się do popularnych stereotypów, potrzebujemy tolerancji jak powietrza. Jeśli inni będą nas ciągle prześladować za każdą oznakę indywidualizmu, w końcu poddamy się i wtopimy w bezimienny tłum. Ale jest jedno "ale". Pozwólcie, że zacytuję pewną znaną osobę:

"Uważam wręcz, że całkowita i bezkrytyczna tolerancja to nic innego, jak pochwała anarchii. Czyli: wbijanie samemu sobie noża w plecy"

Zgadniecie, kto tak powiedział? Do wygrania koń z rzędem. A mówiąc poważnie... Jeśli przestaniemy kontrolować narastający w nas zapał do tolerowania wszystkiego, co się nawinie pod rękę, na skutki (a będą one przykre) nie będzie trzeba długo czekać. Ludzie, na zachowania których zaczniemy przymykać oko (bo przecież każdy ma prawo robić, co mu się podoba, prawda?), szybko wykorzystają okazję do zdobycia nad nami władzy. Dla przykładu: jeśli uroi nam się tolerować pijaków i innych ochlaptusów, nie powinniśmy się specjalnie dziwić, jeśli wkrótce co drugi obywatel naszego pięknego kraju zacznie suszyć flaszki pod sklepem. W końcu czemu nie, skoro wszyscy akceptują taką sytuację? Bo nie pogardzać menelem i nie okazywać mu tej pogardy na każdym kroku - to znaczy akceptować go. Jeszcze do niedawna okupant monopolowego w nieczęstych chwilach trzeźwości zwykł był wstydzić się za siebie, że żyje gorzej niż świnia - dziś bojownicy o tolerancję mówią: "Pijak też człowiek", "Każdy może żyć, jak mu się podoba", "Nie można gardzić człowiekiem tylko dlatego, że jest uzależniony od alkoholu", "A może on nie miał tej szansy od losu, jaka była dana tobie?". A wódkożłop słyszy takie opinie i dochodzi do wniosku, że chlanie wódki jest całkiem niezgorszym pomysłem na życie. No bo jeśli chlanie daje ucieczkę od problemów codzienności, a nie oznacza utraty człowieczeństwa - to dlaczego miałoby być złe?

Inny przykład - może nieco bardziej ekstremalny. Moda na tolerancję nie omija przestępców, nawet tych najgorszych. Bojownicy o tolerancję krzyczą, że każdy może popełniać błędy - niby racja. Krzyczą też, że każdy powinien mieć możliwość ich naprawiania - i z tym się zgodzę. Sęk w tym, że nie każdy błąd da się naprawić. Pół biedy, jeśli się komuś niechcący ukradnie samochód - gdyby nasz niepoprawny wielbiciel autek okazał skruchę, może sobie zawsze znaleźć pracę i poszkodowanemu byłemu właścicielowi skradzionego wozu zrekompensować stratę, choćby miał na to dwadzieścia lat pracować. Ale chyba trudno mówić o naprawianiu szkód, kiedy się kogoś, również niechcący oczywiście, wyprawi na tamten świat. Tak więc nie da się ukryć, że istnieje granica tych błędów, jakie człowiekowi wolno popełniać. I o tym właśnie będzie następna część tego tekstu.

DAWNO ZAPOMNIANA RZECZ: ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Niegdyś fakt, że każdy człowiek jest odpowiedzialny za swoje postępowanie, wydawał się oczywisty i nie podlegał dyskusji. Jednak komuś chorobliwie ambitnemu przyszło do głowy, że a nuż człowiek jest bezwolną kukłą, z którą każdy może zrobić co chce i w związku z tym nie wolno go za najmniejsze nawet wykroczenie obwiniać? Pomysł ten bardzo popasował bojownikom o tolerancję. Od tej pory każdemu, kto zrobi coś złego, obmyślają najróżniejsze usprawiedliwienia. Matka porzuciła własne dziecko na śmietniku? - Pewnie doznała szoku poporodowego. Synek pewnego byłego prezydenta spowodował wypadek, jadąc po pijanemu? - Biedak cierpiał na pomroczność jasną. Nastolatek zamordował bez wyraźnego powodu bezdomnego? - To nie jego wina, rodzice nie okazywali mu miłości. Kolejny ćpun wylądował na detoksie? - Urodził się w patologicznej rodzinie, bez perspektyw na przyszłość, jak niby miał wyrosnąć na porządnego człowieka? Przecież żeby wyrwać się z dna trzeba COKOLWIEK zrobić, a chyba nie będziemy wymagać od chłopaka, żeby COŚ robił, no nie?

Jak już mówiłem wcześniej, tolerancja wyrosła z całkiem pozytywnych założeń. Jednak to, w co się przeobraziła, wypada chyba nazwać mutacją, albo wręcz degeneracją tego pojęcia. Gdyby wszyscy ludzie żyli sobie odizolowani od siebie i kompletnie niezależni, wtedy można by o takiej tolerancji mówić jak o zjawisku potrzebnym i pożądanym. Niestety, tak nie jest. Stworzyliśmy sobie taki fajny wynalazek, którym jest społeczeństwo, no i musimy się do niego dostosowywać. Niektórzy nie potrafią, ale dlaczego niby mielibyśmy narażać z tego powodu dobro całego społeczeństwa? Ja rozumiem, że może panować na świecie kult jednostki, ale nie zmienia to wcale faktu, że zdecydowanej większości ludzi jednostka ta bardzo mało obchodzi, i słusznie zresztą.

WYGODA versus GODNE ŻYCIE

Tak jak bojownicy o tolerancję wynajdują alibi dla pijaków, kryminalistów i innych wykolejeńców, tak my często robimy to wobec siebie samych. Wiadomo, łatwiej dopatrzeć się drzazgi w oku bliźniego, niż belki we własnym. Tak więc jeśli tylko coś nam się w życiu nie uda, potrafimy zawsze wskazać co najmniej pięćdziesiąt powodów, każdy z nich niezależny od nas oczywiście. Powiedzmy sobie szczerze, to jest zwykłe wykręcanie się sianem. Ja tam gorąco wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli tylko naprawdę się chcę. Można więc żyć, nie kradnąc, nie gwałcąc i nie zabijając, można żyć bez wódki i bez heroiny. Nie przeczę, że łatwiej jest tak żyć komuś takiemu jak ja, kto wychował się w normalnej (pozory, pozory ;-) ) rodzinie. Ale to nie znaczy, że cięższe warunki usprawiedliwiają dosłownie wszystko. Po prostu trzeba wtedy włożyć więcej wysiłku w osiągnięcie czegoś.

Siedzenie z założonymi rękami i narzekanie na wszystko po kolei jest oczywiście dużo wygodniejsze, a już zwłaszcza kiedy wszyscy dookoła, zarażeni obsesją tolerowania wszelkich patologii, postawę taką aprobują. Gdyby nie to całe chrzanienie głupot o tolerancji, odpadek ludzkiego społeczeństwa w rodzaju pijaczka, o którym pisałem wcześniej, miałby przynajmniej negatywny bodziec do walki z własną słabością. A tymczasem - on powoli wyzbywa się swojego człowieczeństwa, my na ten widok uśmiechamy się promiennie, mówiąc: "Każdy ma prawo żyć według własnego widzimisię" i wszyscy są happy. Może z wyjątkiem Pewnego Gościa, ale kogo interesuje opinia takiego wiecznie niezadowolonego świra?


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl