Protest chodzących szynek
czyli paszkwil na wegetarian


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Ktoś powiedział kiedyś, że dwie rzeczy nie mają granic: Wszechświat i głupota ludzka, przy czym to pierwsze wcale nie jest takie pewne. Dobrze powiedziane. Jest to zresztą swego rodzaju paradoks, gdyż jak głoszą plotki, to człowiek właśnie jest gatunkiem ze wszystkich najinteligentniejszym - budujemy przecież pojazdy kosmiczne, komputery, grzebiemy w genach, tymczasem wielu z nas wymyśla durnoty, które nazwałbym godnymi podziwu gdyby nie to, że płakać się nad nimi czasem chce.

Jedną z tych dziedzin życia, dzięki którym najłatwiej możemy udowodnić istnienie granic Wszechświata, jest jedzenie. Chyba każdy się zgodzi, że czynność ta jest dosyć przydatna na codzień, toteż nietrudno wykorzystać ją w celach komercyjnych. Zaś komercja opiera się głównie na ludzkiej naiwności i głupocie. Przykład pierwszy: oto leży przede mną opakowanie kisielku cytrynowego. Na nim napis: "Jedna porcja pokrywa 30% Twojego zapotrzebowania na witaminę C". Co to dla nas oznacza? Że należałoby pałaszować codziennie przynajmniej trzy kisielki, żeby utrzymać witaminkę C na "normalnym" poziomie. Bardzo dobrze, tylko kto da radę wepchnąć w siebie tyle tego lepkiego paskudztwa? Nie mówiąc już o tym, że witaminek jest cały alfabet - krótko mówiąc, nie starczyłoby nam życia, żeby to wszystko wchłonąć. Niemniej jednak media z uporem godnym lepszej sprawy forsują tzw. zdrowy styl życia, którego nieodłącznym elementem jest właśnie faszerowanie się rozmaitymi witaminkami.

Niektórzy producenci starają się być jeszcze zabawniejsi. Na etykietkach niektórych tandetnych napoi gazowanych możemy przeczytać, że kolorowa mikstura bazowana jest na źródlanej, ultraczystej wodzie mineralnej z takiego to a takiego zdroju. Nie byłoby w tej apoteozie czystości i naturalności nic specjalnie zaskakującego, gdyby nie lista syntentycznych barwników, konserwantów i innych składników, przy wymawianiu których można zwichnąć język, podana powyżej tego śmiesznego napisu. Ale co, reklamę se zrobili, nie? This is Vice City, this is business.

Myślicie pewnie: ale z siebie robią idiotów, ci producenci. Nic bardziej błędnego. Oni z NAS robią idiotów. I to już niezbyt śmieszne, że im się w pełni udaje. Na szczęście jest się przynajmniej czym usprawiedlić: kto by nie zgłupiał, bombardowany codziennie masą bezwartościowych informacji, które w dodatku lubią wykluczać się nawzajem? Jednego dnia dowiadujemy się, że jakiś główny element naszego codziennego menu jest szkodliwy jak cholera i właściwie to cud, że ciągle jeszcze żyjemy po latach spożywania go; następnego dnia ta sama pani w telewizji poleca gorąco ów produkt, bo zawiera dużo białka i pomaga w zwalczaniu łupieżu i brodawek na tyłku. Trzeciego dnia Światowa Organizacja Zdrowia zaciąga produkt na swą czarną listę, bo odkrywa w nim cholesterol, a cholesterol proszę państwa - to jest czysta trucizna przecież (a że jest normalnym składnikiem ludzkiego organizmu, niezbędnym do jego funkcjonowania - o tym już się nie mówi).

W taki oto sposób zdobywamy wiedzę, która może nam żywot ocalić: masło jest trujące, smalec trujący, woda sodowa - pewna śmierć, sól - gorsza niż dżuma. Gdyby zebrać te wszystkie jakże cenne wiadomości, rezultat mógłby z powodzeniem posłużyć jako inspiracja dla niezłego thrillera - nie ma bowiem na tej ziemi ani jednej rzeczy, którą można by spokojnie zjeść, nie obawiając się przy tym zgonu w męczarniach. Głosicielom tych prawd objawionych należałoby chyba wyjaśnić wreszcie, że w ogóle życie jest bardzo szkodliwym zjawiskiem i tak na dobrą sprawę nie znalazł się do tej pory żaden cwaniak, który by od niego nie umarł. Wieść głosi wprawdzie o niejakim Elvisie Presley'u, któremu ponoć udało się oszukać kostuchę, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, nawet jeśli nieźle śpiewa. Tak więc podsumowując: skoro średnia długość życia ciągle się zwiększa, to chyba ta nasza dieta nie jest aż taka znowu tragiczna?

Nie wszyscy, rzecz jasna, zadowalają się tak prostym wytłumaczeniem. Wszak nasza długowieczność może być kompletnym przypadkiem. Tacy ambitni ludzie postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i poświęcają dużo czasu i wysiłku w celu dokładnego rozplanowania sobie, co kładą na swoich talerzach. Mnie tam poświęcanie połowy życia tylko na to, żeby przedłużyć je sobie o te parę kolejnych latek wydaje się cokolwiek mało sensowne, ale przecież nie będę tego tłumaczyć fanatykom. Mogę im co najwyżej poradzić, żeby więcej Queena słuchali, a zwłaszcza pięknego utworu o nazwie "Who Wants To Live Forever". Ale czy od takich można oczekiwać jakiegokolwiek gustu muzycznego? Bo gust muzyczny to między innymi umiejętność rozróżniania rzeczy wartościowych od pop-fajansu, a kogoś kto wierzy w cudowne diety, trudno o taką umiejętność podejrzewać.

Dobra, teraz was zaszokuję: to był wstęp. No, wiecie, nie było moim zamiarem pisać ogólnie o jedzeniu, tylko o pewnym temacie pokrewnym, wegetarianizmie. Chyba nie trzeba tego ciekawego zjawiska dokładniej przedstawiać? Wegetarianin, zwany też jaroszem, nie bierze do ust paskudztw w rodzaju szyneczki, kiełbaski, paróweczek i innych takich. Objada się za to zdrową a pożywną trawą i podobnymi przysmakami. Może trochę niedokładnie w ten sposób to wygląda, ale zasada ta sama. Istnieje też skrajnie-ortodoksyjnie-fanatyczna odmiana wegetarianizmu, czyli weganizm. Jej wyznawcy nie tylko brzydzą się szynką, ale również innymi dobrami pochodzącymi od zwierzątek, jak futra, skóry (precz ze szpanerskimi kurtkami!), rogi i tak dalej.

Wyznam wam szczerze, że są chwile, gdy doskonale wegetarian i tym podobnych narwańców rozumiem. Są to te chwile, które mam (nie)przyjemność spędzać w lokalach opatrzonych godłem MacDonalds'. Po najkrótszej nawet wizycie w takim przybytku mam zagwarantowany wstręt do mięsa na najbliższe trzy dni. Inna sprawa, że produkty serwowane w Makdonaldsach mięso mają chyba tylko w nazwie, bo jeśli chodzi o smak (ano, było mi dane raz spróbować i to był mój błąd), to należałoby się raczej spodziewać, że wyrabiane są ze starych podeszw i przyprawiane olejem napędowym.

Na szczęście idiotyczna moda na restauracje, w których sprzedaje się stare podeszwy opakowane w gumowo-gąbczaste imitacje bułek nie dotarła jeszcze do mojej rodzinnej wioski, toteż na codzień mogę pożywiać się bez większej szkody dla mojego żołądka. A w takiej sytuacji wobec wszelkich odmieńców, jeśli chodzi o dietę, w tym głównie dla wegetarian, żywię głęboką pogardę.

Jeśli chodzi o kwestię zdrowotną, to muszę przyznać, iż nie mam w niej nijakiego rozeznania. Nie słyszałem jednak, aby wegetarianie mieli w zwyczaju opierać się anorektycznej pani z kosą dłużej, niż przeciętni obywatele. Nie twierdzę też, żeby ich rewelacyjny pomysł na jedzenie wpędzał do grobu szybciej, ale podejrzewam, że na tym polu co najwyżej może normalnemu sposobowi odżywiania się DORÓWNYWAĆ. Jeśli tak się sprawy mają, to widocznie musi być jakaś inna przyczyna, dla której niektórzy z imponującym doprawdy uporem zajadają się liśćmi i innymi sybstytutami jedzenia.

Pierwszym przypuszczeniem, które się nasuwa w związku z tym jest rzekoma chęć poprawy losu zwierzątek. Cel to zaszczytny, niewątpliwie, ale czy faktycznie rezygnując z normalnego jedzenia w najmniejszym choćby stopniu pomagamy naszym czworonogim/uskrzydlonym/pływającym przyjaciołom? Coś takiego jak mięsożercy istnieje w przyrodzie od dość dawna. Mamy więc rozmaite tygryski, rekiny, orzełki, panterki i tym podobne sympatyczne stworzonka. Im raczej nie wytłumaczymy, coby przeszły na wegetarianizm, więc należy się spodziewać, że będą sobie kpiły z naszych pomysłów na ulepszenie świata przez zmianę zawartości naszych talerzy. Innymi słowy, zwierzątka słabsze zawsze stanowiły element jadłospisu zwierzątek silniejszych, i żadnym filozofowaniem takiego stanu rzeczy nie zmienimy.

Oczywiście nie mogę powiedzieć, żebym pochwalał sposób, w jaki rozkoszna świnka na przykład zamienia się w szyneczkę. Nie jest to bowiem proces szybki i przyjemny. Sposobu, w jakie zwykło się uśmiercać przeznaczone na spożycie zwierzątka, nie powstydziłby się zapewne sam Kuba Rozpruwacz, a i podróże, jakie nieszczęsna przyszła szynka jeszcze za życia musi odbyć, dalekie są od szeroko pojętego luksusu. Ale nic oprócz dobrej woli nie trzeba, by sposoby te diametralnie odmienić, a jeśli zwierzątka miałyby odchodzić do krainy wiecznych łowów szybko i bezboleśnie, to ja naprawdę nie widzę powodu, żeby odmawiać sobie ich zjadania.

Wegetarianie jednak najwyraźniej dostrzegają takie powody. Ciekawość, o co może im chodzić? Po dłuższej medytacji doszedłem do wniosku, że nie ma takiego czegoś. A więc - czyżby kwestia mody? W sumie jest to jedyne rozsądne wytłumaczenie. Zawsze lubiliśmy sobie ponaśladować naszych sajuszników z Ameryki, a więc gdy wymyślili oni, że nie powinno się zjadać zwierzątek, my oczywiście bez zastanowienia zaczęliśmy robić to samo. Nie muszę chyba mówić, co myślę o takim postępowaniu? To dobrze, że nie muszę, bo obiecałem sobie być w miarę kulturalnym i dotąd jakoś się tego trzymam. Z mojej strony usłyszycie więc tylko, że to naprawdę wątpliwy sukces - pozwolić sobą sterować przez ogłupiające media.

O kompletnej bezmyślności, jaką przejawia znaczny odsetek piewców "zdrowego trybu życia", jedna rzecz świadczy dosadniej niż wszelkie inne. Otóż całe rzesze zjadaczy trawy bez trudu dostrzegają zalety takiego sposobu napełniania żołądka. Nie za bardzo jednak przejmują się, co by było, gdyby nagle wszyscy ludzie na naszej ślicznej planetce przestali jeść mięso. Co zrobilibyśmy z wszelkimi zakładami mięsnymi, hurtowniami, sklepami? A gdzie pracowaliby ci, których trzeba by było wtedy zwolnić z tych zakładów, hurtowni i sklepów? Nie mówiąc o tym, że niby na kim zarabialiby producenci sprzętów do grillowania. No i wreszcie - gdzie podziałyby się nagle te wszystkie biedne zwierzątka, które przeznaczone były specjalnie na kiełbaski? Wypuścimy je do lasu? Zamkniemy w zoo? Wystrzelimy na Marsa? A może zlikwidujemy - masakra jak w przypadku "choroby wściekłych krów", tylko na znacznie większą skalę?

Jak widać, całe te rewelacyjne diety zakrawają na fanaberię. Wyssane z palca opowieści o tym, że zwierzęta i ludzie są braćmi i nie powinni się nawzajem zjadać, brzmią może entuzjastycznie, ale jak każdy utopijny pomysł, są tylko czczym gadaniem. Więc może ci, którzy tracą tyle energii na wymyślanie tego rodzaju głupot, spożytkowaliby ją trochę lepiej na przykład na opracowanie planu pomocy tym, którzy jedzenia nie mają w ogóle. A my, szarzy i zwykli ludzikowie, skoncentrujmy się na prawdziwych problemach, zamiast wyszukiwać sobie nowych.


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



PS. Obyśmy nie dożyli czasów, kiedy etykiety butelek z napojami będą radośnie głosić: "Napój zawiera prawdziwą wodę".

PPS. A tak w ogóle to dlaczego niby zabijanie zwierząt miałoby być gorsze od zabijania roślin? Powiem nawet, że to drugie jest jeszcze bardziej barbarzyńskie, bo jeśli zwierzątka nie mogą się obronić, to roślinki tym bardziej...