Uderzyłem kobietę, uderzyłem żonę...


Ostatnimi czasy w Action Magu dużo dostrzegłem felietonów poruszających tematykę chyba nieśmiertelną - feminizmu i mniej lub bardziej ze sprawą topików powiązanych. Szczególnie natomiast w dyskusyjnym światku zabłysnęła osoba o wielce dźwięcznej (jak i wdzięcznej) ksywce - BrightWitch. Osoba ta, co z moich obserwacji jasno wynika, niezwykle lubuje się w tematyce wojenno płciowej, sama dumnie światu obwieszczając, że jest feministką. Doprawdy, dziewczę potrafi narobić wokół siebie szumu poruszając tematy dla niektórych drażliwe, a niektórych po prostu prowokujące. I z żalem na sercu stwierdzić muszę, iż właśnie począłem zaliczać się do tej drugiej grupki, o czym dobitnie świadczy fakt, że tu i teraz stukam właśnie w klawiaturę.

Jakże bowiem inaczej zdarzyć się mogło, jak nie poruszenie tematu z iście wielką brodą, a jednocześnie przez tak wszystkich ubóstwianego - tematu bicia kobiet w związkach małżeńskich. I to właśnie poruszenie tego tematu przez obywatelkę Wiedźmę [cóż za ryzykowna samokrytyka, jestem pełen podziwu] skłoniło mnie do wynurzeń z mojej strony, co równocześnie będzie debiutem moim w AM.

Ale kim ja jestem w ogóle i co nowego wnieść do tematu mogę? Powiem wam: ja jako pierwszy do tematu wnieść mogę i potrafię własne życiowe doświadczenia, a nie jedynie suche, pseudo filozoficzne teoretyzowanie, jakiego z waszej strony można zaznać. Trudno mi jednak winić was za to, więcej powiem: mam szczerą nadzieję, że nikt z was, jakiejkolwiek płci byście nie byli, nie będzie miał okazji przeżywać tego, co przeżyłem ja. Bo prawda jest taka, że ja, w gruncie rzeczy silny, dorosły facet, biłem onegdaj przedstawicielkę płci słabej. I już widzę te niszczące spojrzenia pełne pogardy...

Obecnie lat mam 34 (co, swoją drogą, jakimś powodem do radości nie jest, niestety) i dwa nieudane związki małżeńskie za sobą. Meritum dotyczy jednak tego pierwszego, powróćmy więc do przeszłości.

Miałem już 22-ie wiosny za sobą, gdy ją poznałem. W miejscu zresztą w żadnym wypadku nie mającym szans na określenie go wyrazem "romantyczne", słowem: na dyskotece ją poznałem. Wszyscy świetnie się bawili, sam byłem już po dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu piwach; po niej zresztą również poznać można było, że alkoholu sobie nie szczędziła. Była lat kilka ode mnie młodsza (co nie znaczy, że teraz jest ode mnie starsza), miała 19 lat. Pierwsze, co rzucało się u niej w oczy to jej wygląd. Wtedy byłem, nie owijając w bawełnę, tylko napalonym wzrokowcem, naturalne więc, że uroda jej ujęła mnie od pierwszej chwili, tym bardziej, że podkreślona była mocno wyzywającym strojem. Po kilku pijańskich uprzejmościach dziewczę, ku mojemu zadowoleniu zresztą, przeszło do rzeczy. Zaprosiła mnie do siebie i choć wiedziałem, że jest pijana i nie wie biedaczysko co robi, nie potrafiłem zaproszenia odrzucić. Trudno fakt autentyczny, jak to mawiają niektórzy, ukrywać: w kilka już godzin po naszym zapoznaniu się, wylądowaliśmy w łóżku z niezbędnymi akcesoriami, bynajmniej nie po to, by uprawiać czynność spania.

Rano obudziłem się u niej w domu. I, jak kocham Boga, w świetle dnia jej uroda aż biła po oczach. Równie mocno pragnąłem wtedy uciec stamtąd i nigdy nie wracać, jak i zostać u niej i związać się z tym aniołem do końca dni swoich. Jej uroda była naprawdę niebanalna i, co najważniejsze: pozostała brunetką, nie podążyła szlakiem wytyczonym przez modę i farby blond nie użyła. Ku mojemu zdziwieniu, gdy się obudziła, wcale nie wyrzuciła mnie z domu, a jedynie uśmiechnęła się trochę blado, wstała i najzwyczajniej w świecie zrobiła śniadanie. Ten dzień spędziłem u niej, następny zresztą również. Zacząłem odkrywać, że prócz nieziemskiej urody ta dziewczyna posiada też głęboki charakter i dużą inteligencję. Rok później przyrzekła mi wierność, a ja jej, przed ołtarzem.

Przez pierwsze, nie wiem - może dwa lata? było cudownie. Kiedy tylko mogliśmy po prostu ze sobą rozmawialiśmy, każdą wolną chwilę spędzaliśmy ze sobą. A każdej nocy uprawialiśmy seks. Seks jednak taki, jakiego nigdy w życiu nie przeżywałem, choć kochałem się przedtem z wieloma kobietami. Nagle jednak z głowy uciekły mi wcześniejsze podboje wśród płci przeciwnej, nie chciałem jej zdradzać, chciałem, by była tą jedyną. Później wyznała mi, że wtedy, po dyskotece, to był jej pierwszy raz. Zaszokowała mnie. Byłem zdumiony, że potrafiła przez 19 lat trzymać się i żyć z twardymi zasadami, a potem w akcie desperacji upić się i pieprzyć z ledwo co poznanym facetem. Kobieta zmienną jest.

Z czasem jednak było coraz gorzej. Zaczęła wychodzić gdzieś nocami, dniami. Nie było jej właściwie cały czas. Początkowo puszczałem to mimo oczu, zdałem sobie jednak w końcu sprawę, że coś się psuje. Byłem bardziej wściekły na nią, niż zaniepokojony. Miałem w tamtym okresie problemy w pracy, a stresu wciąż przybywało, ona tymczasem ani myślała pomóc mi w tym trudnym czasie. Kiedy próbowałem z nią rozmawiać, mówiła, że to wszystko moja wina, że nie poświęcam jej wystarczająco czasu.

Raz wróciła do domu całkiem zalana. Wtedy właśnie wybuchnąłem. Wyzywałem ją od dziwek i jednym, mocnym ciosem z pięści położyłem na podłodze. Byłem wściekły. Wrzeszczałem na nią, a ona płakała. Wyglądała żałośnie, ale wcale nie było mi jej żal. Wiedziałem, że to jej wina. Gdy następnego dnia rano obudziłem się, jej już nie było. A wieczorem przyszła naćpana. Wszystko się powtórzyło... Była coraz bardziej zamknięta, nieosiągalna, nie dopuszczała do siebie nawet słowa krytyki. Mówiła, że to nie jej wina. Tylko czyja, do cholery? Dawałem upust swojemu gniewowi na niej, na jej wątłym ciele. Miałem wyrzuty sumienia, ale ta osoba była już dla mnie nikim.

Batalia trwała rok. Raz było gorzej, raz trochę lepiej, ale później znowu gorzej. Potem rozwód. Ja zapamiętam ją do końca życia, kochałem ją. Nawet jeśli ona mnie nie, też mnie zapamięta. Codziennie przypominać sobie będzie o mnie jako o tym, który ją bił. Będzie opowiadała koleżankom o swoim byłym mężu, brutalu, jaki to on był zły. W jej opowieściach będę "ciągle pijanym i olewającym ją facetem".

Przez te niecałe trzy lata naszego małżeństwa coś się we mnie zmieniło. Zawiodła mnie moja własna ludzka natura. Owszem, zawsze byłem, i jestem wciąż, trochę wybuchowy, ale nigdy nie sądziłem, że potrafiłbym uderzyć kobietę. W jednak w jednej chwili, sprowokowany, przegrałem z własnym gniewem, stałem się pieprzonym dzikusem, którymi tak bardzo zawsze gardziłem. Sprowokowany...

Joe Defoe

PS Uwag wszelakich tekstu mojego dotyczących oczekuję na mojej skrzynce pocztowej, elektronicznej, oczywiście. Każdy mail mile widziany, zastrzegam sobie jednakże prawo do nie odpowiadania na mało kreatywne bluzgi.
PS2 Pozdrawiam wszystkie bojowo nastawione feministki. :-)
PS3 ...i rodzinę, która zawsze była przy mnie w trudnych chwilach, w przeciwieństwie do moich dwóch byłych żon, które były tylko wtedy, kiedy były zbędne.
PS4 No, już koniec: pozwoliłem sobie do tego artykułu dobrać i lekko zmodyfikować pomysł na grafikę od Axela, szczerą mam nadzieję, że się chłopak nie pogniewa.