Pojedynek na śmierć i życie
czyli przebieg boju z żądnym krwi stworem


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Czy wiecie, co zrobiłem dziś wieczorem? Ni mniej, ni więcej, tylko postanowiłem ukatrupić komara. Wredna bestia od kilku minut latała sobie wokół mnie z jakimiś podejrzanymi zamiarami, nieznośnym bzyczeniem zmuszając mnie do sięgnięcia od razu po najcięższe ze znajdujących się w zasięgu wzroku narzędzi zbrodni - gitarę. Szybko jednak zaniechałem tego pomysłu, chociażby ze względu na rażącą dysproporcję pomiędzy ceną instrumentu a wątpliwą wzniosłością celu. Wprawdzie różne tam Hendriksy i inne przybłędy (przez pomyłkę najwyraźniej nazwane gwiazdami muzyki) zwykły nie takie cacka rozwalać, i to nawet nie na komarach, lecz po prostu dla samej przyjemności rozwalania. Ale to nie znaczy, że mam ja być równie brutalny - przecież można użyć środka genialnego w swym humanitaryzmie i zarazem mało kosztownego. Wziąłem więc gazetę.

Właściwie to świętokradztwem byłoby nazwanie gazetą czegoś, co jest najlepszym czasopismem o grach w Polsce, ma prawie 150 obłędnie błyszczących stron, z których farba schodzi przy najlżejszym dotyku i na łamach czego udziela się sam Naczelny AM. Nawet jeśli to coś nosi równie tandetny i wieśniacki tytuł, jak "CD-Action". Niemniej jednak kawałek papieru z tym właśnie tytułem znalazł się akurat pod ręką autora tego tekstu w potrzebie i natychmiast wspaniałomyślnie zgodził się zastąpić gitarę. No a że nie idzie stwierdzić, że zabiło się komara magazynem, nawet takim o grach komputerowych, z tym chyba każdy się zgodzi?

No więc właśnie zastanawiałem się, jak by tu insekta zgrabnie wkomponować we wzorki, widniejące na ścianach mego pokoju, gdy nagle spostrzegłem, iż właściwie to wzorków żadnych nie ma. Jakby zresztą mogły być, skoro pokój został niedawno odmalowany? I tu zrodził się wielki dylemat. Nie znając was, kochani czytelnicy, wierzę niezłomnie w waszą inteligencję i w to, że obrzydliwie czarnego komarzego ścierwa nie uznalibyście raczej za ozdobę śnieżnobiałej ściany. Fakt, że dla współczesnej sztuki nie istnieją żadne bariery, a już na pewno nie są nimi nędzne, utarte w powszechnej świadomości schematy, jak na przykład taki, że zdechłe komarzysko na bielutkiej ścianie wygląda raczej szpetnie. Ale autor słów niniejszych nie jest wielbicielem współczesnej sztuki, toteż zabójstwa na bzyczącym wrogu postanowił dokonać w sposób o wiele bardziej wyrafinowany... [Tutaj pojawia się na scenie atmosfera tajemniczości i grozy]

Nieświadomy zagrożenia owad przysiadł sobie beztrosko na szafie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby czubek szafy zechciał się znajdować niżej jak dwa metry nad poziom podłogi. Jednak najwyraźniej nie zechciał, wskutek czego tylne partie owego czubka szafy pozostawały daleko poza zasięgiem rażenia niedoszłego łowcy komarów. Nie myślcie jednak, że się ten ostatni w najmniejszym choćby stopniu zniechęcił. To, że natura nie obdarzyła go wzrostem koszykarza (co nawiasem mówiąc nie jest pozbawione pewnych zalet, na przykład dzięki takiemu wzrostowi żaden kundelek na ulicy nie uzna mnie za latarnię i nie podleje, co może się, i owszem, zdarzyć osobnikom ponaddwumetrowym), nie oznaczało, że musi koniecznie polubieć komary i inne latadła. Nie z takim sprytem, proszę państwa. Wiecie, co uczyniłem? Stołek sobie przyniosłem. I tymże iście ulissesowym sposobem komar znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wykazał się jednak przy tym nadzwyczajnymi jak na owada nerwami, gdyż z całym spokojem przeleciał sobie, niech go zaraza, na firankę na drugim końcu pokoju.

Westchnąwszy sobie pod nosem, jak zwykł był autor tego tekstu nazywać niezbyt wyszukane wiązanki wulgaryzmów (a co, jestem wszak stoikiem), pogromca komarów od siedmiu boleści zmaterializował się pod nową lokacją wrażego obiektu latająco-bzyczącego. Fakt, że lokacja ta była firanką, a nie świeżo malowaną ścianą, był pogromcy nawet na rękę. Tym razem komar popełnił błąd, który zapewne kosztowałby go życie, gdyby tylko polujący na niego facet nie był taką fajtłapą. Otóż firanka, którą insekt upatrzył sobie na schronienie, znajdowała się tuż za sprzętem, w rodzinie łowcy obiektów latających zwanego wersalką, zaś przypominającym wszystko oprócz wersalki właśnie (wiwat fabryka mebli z mej wioski!). Tak czy owak, osoba o wadze nieprzekraczającej przeciętnej (a mnie nawet do przeciętnej daleko), mogła bez problemu na ów sprzęt wejść, coby uczynić polowanie na komary łatwiejszym. I w ten właśnie sposób postąpiłem, jak się być może domyślacie.

Nistety, nie doceniłem przeciwnika. Ten, ujrzawszy co się święci, bez chwili zwłoki czmychnął sobie na żyrandol, pozostawiając swego oponenta pod wrażeniem niezwykłego komarzego refleksu. Boże, pomyślał sobie oponent, po coś stworzył tych upierdliwych krwiopijców? Tyleż było iście fantastycznych sposobów na zagospodarowanie wolnej przestrzeni na Ziemi, a Ty akurat musiałeś zmajstrować takiego oto komara! Potrzebne toto komu? Lata se tylko, bzycząc raz po raz, no i krew z różnych stworzeń wysysa. Jakby mało nam było różnych tych Balcerowiczów i innej hołoty, to jeszcze nam równie paskudne komarzyska postwarzałeś! Za jakie grzechy, pytam ja się?

Nie było jednak czasu na filozoficzne rozważania. Komar uznał bowiem żyrandol za miejsce wyjątkowo niesprzyjające jego pasożytniczej egzystencji i z wyraźnym niesmakiem wypisanym na obliczu przeniósł się na paprotkę. O nie, tego już za wiele, pomyślałem sobie. Takie zwykłe latanie po mojej celi to jeszcze ujdzie, ale jawne profanowowanie mojej ulubionej roślinki? To ci nie ujdzie płazem, nikczemniku jeden. Wydałem z siebie przerażający okrzyk bojowy (później się dowiedziałem, że sąsiedzi wezwali z tego powodu policję, bo myśleli, że kogoś gwałcą) i ruszyłem do kontrataku. Biedna paprotka. Co też ona się nacierpiała z mojego powodu przez lata przymusowego pobytu w tym nieszczęsnym pokoju... Jednak wszelkie uszczerbki na zdrowiu, jakie Bogu ducha winna roślinka poniosła do tej pory, nie mogły się równać ze spustoszeniem, które uczyniłem podczas tej widowiskowej szarży. Tak na oko połowa paprotki została na miejscu, podczas gdy reszta pod rozmaitymi postaciami po dziś dzień rozsiana jest po całej powierzchni mojego pokoiku.

Ma się rozumieć, że ta bolesna strata tylko rozsierdziła i tak już groźnego niszczyciela wszelkich bzyczących istot, czyli mnie. Cel uświęca środki. Teraz nie było już powodu, dla którego mógłbym przerwać obławę - czy pożar, czy trzęsienie ziemi, czy nawet inwazja Marsjan - wszystko było mi obojętne, liczyło się tylko jedno: komar musiał umrzeć. Aby tego dokonać, gotów byłem uciec się do najbrutalniejszych metod. Zamieniwszy gazetę na parę śmiercionośnych dżinsów, natarłem na szeregi wroga ponownie. Znów bez efektu, niestety. Doszedłem do wniosku, że przydałaby się jakaś nuta zagrzewająca do walki i obniżająca morale wroga. Nie posiadałem wprawdzie żadnych utworów na okoliczność polowania na komary, ale piosenka Metalliki "Die Die My Darling" wydawała się w sam raz (myślałem też o "Plamie na ścianie" Bajmu, ale to raczej zbyt spokojne). Plan był niezły - mój zapał bojowy znacznie wzrósł. Komar jednak najwyraźniej miał gdzieś wszelkie zapały i nadal nie dawał się złapać.

Każda bestia musi się jednak kiedyś zmęczyć. Jak myślicie, ile przeciętny komar może wytrzymać nieustannego latania w tą i z powrotem, unikania ciosów starymi spodniami i przymusowego słuchania Metalliki? Mój wytrzymał godzinę i siedem minut. Po ustanowieniu tego rekordu przysiadł sobie na szafie - tym razem nie chciało mu się już wlatywać na sam szczyt, więc poprzestał na wysokości mojego wzroku. Gdyby trochę bardziej się wysilił, może by pożył trochę dłużej, a tak - jeden cios, aż cały dom zatrząsł się w posadach i ze szkodnika została plama na szafie. Przeprowadziłem dokładną analizę zwłok. Wykazała ona, że komara szlag trafił na dobre i choćby nie wiem co, więcej nie będzie mi zakłócał spokoju. Pozostało znaleźć szmatkę i dokładnie wytrzeć szafę.

Jakie wnioski wyciągniemy z tej historii, bo chyba nie spodziewacie się, że opowiadam wam to wszystko ot tak, dla zabawy? Ano, będzie tych wniosków kilka: Tyle mojego doświadczenia związanego z komarami. Stosuję tą wiedzę od lat i powiem wam szczerze: każdego cieplejszego dnia i tak staczam przynajmniej jeden zaciekły bój z taką krwiożerczą bestią. Ale co tam. Nadchodzi jesień, wkrótce komarzyska pozamarzają i na jakiś czas znowu będzie spokój. A na przyszły rok mam zamiar opracować jakąś wybitną strategię antykomarową (o czym zapewne zapomnę już za kilka dni, jak zwykle).


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl