Autobus
Marek stał na przystanku autobusów miejskich. Przyglądał się
artystycznym wzorom namalowanym przez mróz na szybie. Było mu zimno pomimo
tego, że mama dała mu gorące kakao przed wyjściem i grubo ubrała. Pod swoją
kurtką miał ulubiony sweter z Batmanem. Pamiętał jak się cieszył kiedy go
dostał. Wszyscy koledzy mu zazdrościli. I nawet podobał się Karolince.
Myśli Marka popłynęły w jej kierunku. Stracił zainteresowanie
wzorami i otoczeniem. Teraz ważna była tylko Karolinka.
Dziewczynka z jego grupy. Miała długie, jasne warkoczyki, ładną buzię
a jak się uśmiechała to można było zapomnieć się całkowicie. Chłopaki z
całego przedszkola się w niej kochali, nawet ci z młodszych grup.
- Cześć – głos Maćka, kolegi z zerówki, sprowadził go na ziemię
– Był już?
- Nie – Marek dobrze wiedział o co chodziło Maćkowi – Jeszcze nie.
Twarze obu sześciolatków spochmurniały.
- A co zrobimy jak przyjedzie jako dwunastka? – zapytał Maciek.
Wszyscy z grupy uważali Marka za kogoś w rodzaju przywódcy. Bo to właśnie
on miał zawsze najlepsze pomysły. Umiał wybrnąć z najgorszych sytuacji w
taki sposób aby uniknąć kary i wyjść z tego obronną ręką.
- Wtedy nie wsiądziemy – odparł – Pojedziemy szóstką i wysiądziemy
przy samie, i pójdziemy dalej na piechotę.
Maciek nieco się zapeszył. Droga do ich przedszkola spod samu była długa
i nie lubił jej, ale nic nie powiedział. Dobrze wiedział, że to jest
najlepsze rozwiązanie.
Kiedy do ich uszu dotarł warkot zbliżającego się autobusu zamarli. Było
za wcześnie na dwunastkę. Obaj o tym wiedzieli i obaj modlili się w swych
duszach o to aby to był ten.
Podjechał nowy Jelcz z numerem 26. Zatrzymał się i otworzył z sykiem
drzwi. Wysiadła jedna osoba. Nikt nie wsiadał, więc drzwi zamknęły się z
podobnym odgłosem i autobus odjechał.
- Niech to – mruknął pod nosem Marek. Autobus odjechał ale niepewność
pozostała. I lęk.
- Byłem wczoraj u Pawła – powiedział Maciek.
Paweł. Kiedyś należał do ich paczki. Był jednym z nich. Uwielbiał
się śmiać. Potrafił rozweselić nawet największych ponuraków. Lubili go.
Do czasu... Raz przyszłą po niego mama i musiał wsiąść do niego. Nie miał
wyboru. I wtedy przestał się śmiać na zawsze.
- I co? – zapytał Marek – Zmieniło się coś?
Marek zaprzeczył bez słów.
Atmosfera stała się jeszcze cięższa.
Kiedy do ich grupy dołączyli Rafał z Piotrkiem nawet się nie witali.
Obaj z daleka widzieli miny swych rówieśników i obaj wiedzieli o co chodzi.
- Nie było jeszcze prawda? – raczej stwierdził niż zapytał Rafał.
Milczenie aż nadto wystarczyło za odpowiedź.
Cała czwórka stała w ciszy. W głowie każdego z nich powstała tylko
jedna myśl, powtarzana niczym jakaś modlitwa lub inkantacja, mająca wpłynąć
na rzeczywistość. Wierzyli, że jeżeli wystarczająco mocno się skoncentrują
to sprawią, że on nie przyjedzie. Czasami tak było. Czasami nie.
- Patrzcie – szepnął Piotr i pokazał kierunek.
Zobaczyli Daniela idącego ze swym tatą. Wszystkim zaparło dech. To była
najgorsza sytuacja z wszystkich możliwych. Każdy z nich starał się jak mógł
aby nie być odwożonym do przedszkola przez rodziców. Oni nie rozumieli. Oni
nie wiedzieli.
- Cześć kawalerka – zagadał tato Daniela do grupki sześciolatków.
- Dzień dobry – odparli niemal jednocześnie, patrząc na swego kolegę.
Widzieli, że jest przerażony.
- Co macie takie kwaśne miny? – zapytał tato ich kolegi.
Chłopcy lubili go. Był fajny. Ale nawet najfajniejszy rodzic nie
potrafił zrozumieć. Starsze rodzeństwo, nawet najgorsze, było lepsze w tej
sytuacji niż nawet najfajniejszy rodzic. Rodzeństwo nie widziało ale czuło
przez skórę. I bało się.
- Nie, tylko... – zaczął Marek
- Tylko jeszcze nie przyjechał! – powiedział szybko Maciek.
Wszyscy, oprócz dorosłego, wiedzieli, że to informacja dla Daniela. Te
słowa były dla niego, a on momentalnie zbladł i zaczęła mu drżeć broda.
- Autobus? Jeszcze nie przyjechał? Tak? – próbował odgadnąć mężczyzna
– Nie martwcie się. Ma jeszcze 5 minut.
Pięć minut. Najdłuższe pięć minut w ich życiach. Najgorsze dla
Daniela. Wiedział, że za pięć minut rozstrzygną się jego losy. Okaże się
czy zostanie sobą. A wszystko przez tatę, który postanowił go dzisiaj odwieźć
do przedszkola. Wszystko przez to, że miał dzisiaj do pracy na późniejszą
godzinę niż zwykle. Niech to szlak!
Dziwne milczenie, napięcie i ponura atmosfera wzrosły niesamowicie gdy
do ich uszu dobiegł warkot silnika. Oczy wszystkich chłopców powędrowały w
jednym kierunku. Starali się wypatrzyć jaki autobus nadjeżdża. Chcieli
zobaczyć go zanim stanie się widoczny. Zamarli w oczekiwaniu.
- Słyszycie? Już jedzie – powiedział radosnym tonem tato Daniela.
Z za pagórka wyłonił się stary Ikarus. Nie był to zwykły autobus.
To kombinacja technologii z chorobliwymi tkankami organicznymi. Z pod spodu
wystawały dziwne rury pompujące zielonkawy płyn. Część gum łączących
dwa segmenty zastąpione było łuszczącą się skórą z wieloma pęknięciami
z których ciekła ta sama co w rurach zielona ciecz. Prawie cała prawa burta
porośnięta była dziwną pleśnią o kolorze zgniłozielonym, a w miejscu
silnika znajdował się pulsujący pęcherz.
Daniel zaczął płakać. Pozostali chłopcy cofnęli się i zbili w
ciasną grupkę, a ich oczy rozszerzyły się ze strachu.
Ikarus zatrzymał się i obrzydliwym mlaśnięciem otworzył drzwi. Z wnętrza
wyciekło na ulicę trochę zielonej cieczy. Wysiadły dwie osoby. Chłopcy
widzieli ten dziwny blask w ich oczach i grzyb porastający ich twarze.
- Nie... – powiedział płaczący Daniel. Głos mu się łamał –
Tato ja nie...
- Och przestań. Nie wygłupiaj się Nie wstyd ci przed kolegami?
Nie było mu wstyd. Oni rozumieli. Wiedział, że jeśli tam wsiądzie
zmieni się. Nie tylko on ale jego tato też. A wtedy będzie jeszcze gorzej.
Tak jak u Pawła.
- A wy chłopcy nie jedziecie? – zapytał mężczyzna.
- Nie... – próbował powiedzieć coś Piotrek ale głos mu uwiązł w
gardle.
- My jedziemy do samu bo chcemy kupić sobie bułki – powiedział Marek
a koledzy energicznie przytaknęli.
- No dobra – rzekł dorosły – Chodź Daniel. My jedziemy.
- Nie tato, proszę... Nie – powtarzał chłopczyk zbliżając się do
wejścia.
Z organicznych części wyłoniły się macki oplatające najpierw tatę
Daniela a potem jego samego. Chłopak chciał uciekać. Chciał wrzeszczeć ale
nie mógł. Był stracony.
Drzwi zamknęły się z odrażającym chlupotem. Kiedy autobus odjeżdżał
chłopcy mogli przysiądz, że pośród warkotu silnika słyszeli złowrogi śmiech.
Odetchnęli z ulgą. Dzisiaj nie był jeszcze ich czas. Udał im się
uniknąć tego strasznego losu. Udało się dziś ale wiedzieli, że jutro może
im się nie udać. Będzie jeszcze wiele okazji. W końcu także ich dopadnie,
ale cieszyli się, że to jeszcze nie dziś.
Najgorsi są dorośli. Bo oni nie potrafią zrozumieć. Nie potrafią
zobaczyć. A może nie chcą?
Autobus - Deggial
Zew Cthulhu - Templar
Do Strażnika Tajemnic... - Templar
Kobieta z Otchłani - Templar