Pierwsza noc wieczności

    Noc była całkiem spokojna. Nawet ciepła. Ale cuchneło, bo Bronx zawsze śmierdział tymi zasranymi czarnuchami z Harlemu. A ja bardzo nie lubiłem asfaltów. Podzielałem zdanie jakiegoś serialowego głupka, chyba z "J.A.G'a" - nie miałem nic do porządnych murzyńskich ciężko pracujacych obywateli USA, ale tacy nie zdarzali się często. Za to wprost nienawidziłem wszystkich tych pieprzonych czarnuchów cuchnących tanią whisky, rzygowinami i swoimi własnymi szczynami. Rząd jakoś nie miał zbytnio ochoty nic z tym robić, a gliniarzy widziano w Harlemie rzadziej niż pierdzącą muchę. Chyba cała najgorsza hołota żyła w tych pieprzonych slumsach. Niestety raz musiałem odwiedzić to zbiegowisko całego syfu NY... O jeden raz za dużo...

    Poprzedniego wieczora naprałem się porządnie i z tego co pamiętam wyrwałem jakąś panienkę na imprezie. Ona była tak samo zalana jak ja, więc ledwie kwadrans później siedzieliśmy na tylnym siedzeniu jakiejś taryfy w drodze do jej domu, radośnie wymieniając się miedzy sobą płynami jamy ustnej. Potem pamiętam niezbyt wiele. Wiem tylko, że obudziłem się u niej w łóżku grubo popołudniu. Nago. Posiedziałem u niej trochę pijąc jakąś tajską herbatę. Lucy, bo tak się nazywała panienka, bez kilku promili nie wydawała się już tak piękna. Trochę za długi nos, krzywo wydepilowane brwi i takie tam. Szczegóły. Za to takie które skutecznie psuły obraz całości. Dwie godziny później gdy wychodziłem z jej domu obiecałem, że zadzwonie. Nie zadzwoniłem...

    Głupi kurwa byłem, że nie zostałem u niej jeszcze jedna nockę. Brzydka czy nie, łażenie po nocy po Harlemie to nie był dobry pomysł. Szkoda tylko, że zorientowałem się gdzie jestem dopiero gdy wyszedłem na ulice. Głupio byłoby wracać na góre, a ja nawet nie miałem głupiej dychy na taryfę. Do domu miałem cholernie daleko, więc miałem zamiar zawinąć się do Matta jakieś trzy przecznice dalej. Bóg chciał mi ewidentnie dać chyba do zrozumienia żebym częściej się modlił, bo nie dane mi było przejść nawet dwustu jardów kiedy z pomiędzy slumsowych bloków wyłoniły sie dwie postacie. Jeden, barczysty łysy murzyn o oczach szaleńca, uśmiechał się szeroko. To był jeden z tych typów, który na filmach wypowiada denne kwestie w stylu "Zróbcie mu z dupy jesień średniowiecza" i tym podobne. Drugi miał dredy, był znacznie niższy i chudszy, ale specyficzna nerwowość w jego ruchach sprawiała, że nie wyglądał przyjaźnie. Zanosiło się na poważne kłopoty. Rozejrzałem się szybko. Nie było gdzie uciekać.

    Nagle ktoś rypnął mnie czymś cieżkim po plecach. Musiał mnie zajść od tyłu. Uderzenie zwaliło mnie z nóg, z płuc uszło całe powietrze, a mroczki pojawiły się w polu widzenia. Przez kilka krótkich chwil próbowałem złapać oddech. Bezskutecznie. Skundę później ciężki, okuty bucior przygniatał mnie do ziemi. Niemal słyszałem pękające pod jego naciskiem żebra, a co najgorsze zaczynałem zacząłem sie dusić. Kiedy już niemal zacząłem tracić przytomność napór zelżał. Łapczywie wciągnąłem powietrze do płuc. 'Proszę, proszę... Czyżby jakiś samotny wróbelek zabłąkał się w okolice gniazda orłów?' rzucił ten łysy, ktory zdążył zbliżyć się niemal na wyciągnięcie ręki. Wydawało mi się, że słyszałem już ten tekst w jakimś starym filmie. Przez myśl przeszło mi, że gość, który wymyślił stwierdzenie "być sparaliżowanym ze strachu" był cholernym geniuszem. Jedyne co mogłem zrobić to zaciskać zęby w pustej złości. 'Teraz nic nie mówisz co synku, co? Może przynajmniej nie będziesz też krzyczeć...' powiedział podnosząc nad głowe wyciągnięta skądś gazrurkę. Przymknąłem oczy czekając na wyrok. Ten jednak nie nadszedł. Powoli rozchyliłem powieki.
Zaraz za wielkim czarnuchem stał jakiś inny gość, przytrzymujący za nadgarstek mojego niedoszłego oprawcę. 'Nie radził bym' powiedział spokojnie tonem jakiego nie powstydziłby sie John Wayne. Trzech gangerów gapiło się na niego z otwartymi gębami. Pierszy otrząsnał sie Rastaman i swojej niewątpliwej i szczerej głupocie był w stanie wymyśleć tylko tak niefortunne złożenie wyrazów jak 'Pierdol się, koleś!'. To był jego błąd. Cios zadany dosłownie z szybkościa błyskawicy trzasnał go po gębie. W życiu czegoś takiego nie widziałem. Chudzielec poleciał dobre pięć metrów w tył. Nie dotykając przy tym ziemi... Drugiego nawet nie zdarzyłem zobaczyć. Czarnuch trzymający swojego buciora na mojej niedawno kupionej kurtce raczej też nie. Facet przeleciał kilka stóp do tyłu po czym z głuchym trzaskiem wyrżnął w słup latarni. Łysol nadal stał nade mną z wciąż otwartymi ustami. To co wcześniej można było wziąć za błysk szaleństwa teraz przerodziło się w niemal zwierzęcy strach. Chyba chciał uciekać. Nie zdążył... Dwa oddechy później leżał na chodniku z wygiętą w nienaturalny sposób reką i z pewnością bez kilku zebów.

    Nieomal posikałem się w gacie ze strachu. Niewiele brakowało...
    Próbowałem podnieść się na równe nogi. Nie udawało się. Czułem się jakbym wypił co najmniej kilka głębszych, bo błędnik kręcił obrazem jak szalony. Chwilkę później poczułem jak ktoś lub coś unosi mnie nad ziemie za poły kurtki. Starając się skoncetrować rozbiegany wzrok, nie myślałem o tym co miało stać się wkrótce. Ból w plecach odezwał się tępo. Zakręciło mi się w głowie i omal nie straciłem przytomności. 'Zostałeś wybrany Jack'u Carpenterze. Rodzina obserwowała Cię. Dziś będziesz miał zaszczyt stać się jej częścią.' słowa docierały do mnie jak z głębokiej studni. Wybrany? Rodzina? Zaszczyt? Myśli szaleńczo leciały mi przez głowę. Nadal jednak nie miałem siły nic zrobić. Moje ciało było jak szmaciana lalka, choć zdołałem skupić wzrok w jednym punkcie. Patrząc tak na Niego czułem otaczający go majestat. Nie wiem jak to opisać, ale byłem jak jeden z tych angoli służbistów wgapiającego się w tą swoją królową podczas przemówienia.

    Poczułem szarpnięcie, a ułamek sekundy później tępy ból w szyi. Krwawe plamki zatańczyły mi przed oczami w szaleńczym wirze agonii, która stopniowo przeradzała się w stan bliski ekstatycznemu. Całkowicie opadłem z sił. Serce zwolniło znacznie swoje tępo, by ostatecznie zamilknąć.

    'Teraz będziesz dzieckiem nocy. Członkiem Rodziny...' to ostatnie słowa jakie usłyszałem podczas swojego krótkiego dwudziestoczteroletniego życia.
    Tamtego życia.

Thilus