Księżyc
Budzę się w nocy. Budzę i szukam. Szukam śmierci. Szukam życia. Leżę i szukam. Oczy otwarte. Oczy zamknięte. Nie wiem. Szukam nieba. Szukam piekła w sobie. W sobie nienawiści, miłości. Miłości ognistej. Ognia piekielnego. Nie ma nic. We mnie nic. Na ścianie światło. Światło życia? Światło śmierci. Światło życia... Kołdra przywiera mocno. Mocno ściska przy gardle. Pocę się. Duszę się. Wrzeszczę. Wrzeszczę jak nikt kogo znasz. Nie znasz mnie. Nie znam siebie. Nie wybaczam sobie. Sobie wybaczam. Jestem lekki i lecę. Lecę gdzieś w górę do chmur. Czarnych i mądrych jak niebo. Teraz księżyc. Księżyc. Kwiat nieba. W środku ty. Wisisz tam i spoglądasz na mnie. Spoglądasz na piórko. Na piórko w wichrze. Nie łamie się. Nie łamię się. Nigdy nie mogę się łamać. Mogę uciekać. Mogę biec, ale zawsze jako ja. Nigdy jako ktoś. Łamię się. Płaczę. I widzę księżyc w płaszczu ciemności. Czego chcesz kochany? Czego ty od zawsze chciałeś? On milczy i patrzy. Widzi tylko szarość i ludzi. Ludzi. Szarość. Nicość. Widzi świat pełen dobra i zła. Mnie i ciebie. Wszystkiego co stworzymy, zniszczymy i od czego uciekniemy. Zniszczmy księżyc. Niech zapłaci. Zapłaci za krew. Zapłaci za życie. Zapłaci za wszystko. Znowu się budzę. Znowu milczę. Słucham muzyki chwili. Muzyki nocy. Pędzących nocnych rydwanów po mokrym od potu asfalcie. To niebo się poci. Nie może już znieść tego gorąca. Tego piekła, które wychodzi z nas. Z ziemi. Z nas. Zniszczmy księżyc. Niech się więcej nie gapi. Niech nie udaje, że mu zależy. Niech nie myśli, że nam na nim zależy. Tylko zawadza. Tylko skupia niepotrzebnie myśli. Kołdra nie daje za wygraną. Dusi mnie i szamoce. Już się nie opieram. Pozwalam robić wszystko. W kieszeni mam nóż. Mogę ją rozciąć. Wypuścić wszystko. Całą krew. Wszystkie piórka. Całą wieczność. Przebijam ją i rozrywam. Ona. Ona płacze. Ja nie potrafię. Potrafiłem. Już nie. Człowiek nie płacze. Człowiek tylko udaje, że tak jest. Udaje, że czuje. Udaje, że myśli. Udaje, że jest. Udaje właśnie przed nim. Wychodzę z łóżka. W uszach śpiew serca. Łup. Łup. Łup. Odzywa się nieproszone. Zawsze nieproszone. Wiele w nim nieporządku. Mam syf w pokoju. Pokoju mojej duszy. Boję się wychodzić. Boję się wchodzić. Schodzę na dół. Schody z kości. Ściany z oczu. Powietrze z uszu. Uszu księżyca. Oczu księżyca. Ludzkich kości. Idę w dół. Zawsze w dół, choć w górę. W górę nigdy, choć bym chciał. Choć bym mógł. Gdybym chciał. Gdybym mógł. Nagle lecę. Uderzam głową w stopień i zasypiam. Wszędzie krew. Rozbiłem sobie nos. Rozbiłem noc. Śpię. Noc zalewa się krwią, a ja leżę i patrzę jak przemija. Kap. Kap. I znów. Łup. Łup. Łup. Tak to leci. Rytm mojego życia. Najświeższy przebój. Niebawem się skończy. Ktoś wybierze kolejny. Odejdzie z czasem. Przeminie. Ale mam swoje pięć minut. O. Już ich nie mam. No i się skończyło. Skończyło się spanie. Budzę się na dole. Na dole jest zimno. Zimno jak w piekle. Jak w piekle gorąco. Oplatam się kośćmi. Kośćmi ludzi. Moimi kośćmi. Bawię się nimi i zdycham. Zdycham po cichutku. Nikt nie zauważy. Nie zauważy księżyc. Nie zauważysz ty, siedząca tam przy nim w niebie. Nawet ja nie zauważę. Znowu w łóżku. Nowy dzień. Dzień trosk. Trosk o życie. O śmierć. O przyszłość. O nic. Dochodzę do końca. Do końca wszystkiego. Już świta. Nastaje nowy świt. Codziennie to widzę i choć nigdy się nie zachwycam teraz to robię. Teraz widzę. Teraz śnię. Śnię o świcie, którego nie widziałem. I widzę. I kiedyś nie zobaczę. Znowu udaję, że coś czuję. Znowu udaję, że myślę. Znowu myślę, że jestem. Znowu się mylę. Nad nami świt. Nad nami świat. Zniszczmy księżyc. Nad nami nic. Nad nami on. Zniszczmy księżyc. Nie chcę więcej udawać.
(17-09-2003) Toruń
Przemek "TrOOl" Gliniecki
|