Akt 1.
Dzisiejsza noc była wyjątkowo mroczna. Niebo zasnuwały ciężkie ołowiane chmury, z których padał deszcz siekający ciało niczym noże. Co jakiś czas niebo błyskało i grzmiało, niczym jakaś niezadowolona ze swych podwładnych Pasja. Wszystkie zwierzęta pochowały się w swych kryjówkach, jakby się bały, że któraś błyskawica mogłaby im coś zrobić. Oprócz odgłosów rozgniewanej natury, jedynymi dźwiękami jakie można by usłyszeć w okolicy, był rozlegający się po gęstym lesie stukot końskich kopyt. Jeździec który nadjeżdżał drogą musiał się bardzo spieszyć, świadczyły o tym choćby naprzemian siarczyste przekleństwa i prośby o pośpiech, którymi obdarzał swego białego rumaka. Okolica którą się poruszali, była wyjątkowo nieprzyjazna; wąska, pokryta błotem ścieżka, zwisające niebezpiecznie z obu stron ostre gałęzie i ... wycie wilków.
- No, koniku, szybciej pędź, szybciej! Na Pasje, jeśli nie zdążymy na czas, te przeklęte wilki nas dopadną! -
po raz kolejny jeździec ponaglał swego konia. Niestety, Pasje im chyba dzisiaj nie sprzyjały. Pędzące z olbrzymią prędkością zwierzę, po chwili poślizgnęło się na miękkim gruncie tracąc tym samym równowagę, po czym z głośnym rżeniem runęło na ziemię. W tym samym momencie jeździec jakby przewidując sytuację, szybko wysunął stopy ze strzemion i lekko wybił się w powietrze. Niestety, albo źle ocenił swe umiejętności, albo Pasje znów dały znać, że są z czegoś niezadowolone, gdyż jego akcja ratunkowa okazała się być za wolna. Padający koń pociągnął swego pana i razem polecieli na ziemię. Kotłując się, raz koń a raz jego właściciel, turlali się przez chwilę po błocie, po czym znieruchomieli.
Pechowy jeździec nie wiedział ile minęło czasu, sekundy, minuty czy cała wieczność. Przez jakiś czas czuł tylko ostry ból na twarzy i niewiarygodnie silne kłucie w okolicach żeber. Leżąc, drżącą ręką sięgnął pod tunikę i zaczął delikatnie obmacywać swoje ciało. Przebierając palcami, natknął się na lekko wystającą kość żebrową. Okropny ból i trudność w oddychaniu, przekonały go, że ma złamane około dwóch żeber, w tym jeden lekko przebił skórę.
- Garlen, pani moja, co za ból... pomóż mi... - szepczał cicho. Czuł coraz to silniejszy deszcz siekący jego poranione ciało. Krew coraz bardziej plamiła jego skórzaną, teraz już podartą zbroję. Czuł jak kręciło mu się w głowie, jak zbiera go na wymioty. Ból był nie do zniesienia, a pomyśleć, że to tylko kilka żeber.
Nagle, w odgłosie odległego grzmotu rozległo się bardzo bliskie wycie wilków...
- Na demony piekieł... Muszę się ruszyć! Muszę! - zacisnął zęby i lekko uniósł się na łokciu. Nagle zawirowało mu w głowie i zebrało mu się na wymioty, a żebro dokuczliwie dało o sobie znać, w wyjątkowo perfidny sposób. Jeszcze bardziej przebiło skórę. Mężczyzna wrzasnął przeraźliwie i z jękiem osunął się z powrotem na ziemię. W tym samym czasie niebo zabłysnęło, a on ujrzał w krzakach żółte błyski wilczych ślepi. Lekko przymrużonymi oczyma przyglądał się padlinożercom, a zdrową ręką zaczął błądzić po ziemi w poszukiwaniu swojego sztyletu.
- No chodźcie, skurwiele. Myślicie że dostaniecie mnie tak łatwo?! No chodzcie... - kilka par oczu jakby zachęconych jego obłąkanym nawoływaniem, zbliżyło się nieznacznie na odległość kilku kroków. - No chodźcie psie zdechlaki, zobaczymy kto będzie silniejszy! - wołał dalej. Ze złości i wszechogarniającego bólu zacisnął z całej siły zęby, aż zazgrzytały. W końcu jego rozpaczliwe poszukiwania sztyletu zakończyły się sukcesem. Kurczowo trzymał w zaciśniętej pięści zbawienne znalezisko i zaczął czekać. Po kilkunastu sekundach, dwie pary oczu z chyba ośmiu, cofnęło się za krzaki i po chwili zniknęły mu z pola widzenia.
Mężczyzna nie był głupi, wystarczająco długo jeździł po świecie, żeby wiedzieć co te chytre i okrutne stworzenia kombinują. Chciały go obejść od drugiej strony, tam gdzie nie będzie ich widział. Wiedziały, że nie może się ruszyć. Były inteligentne, cholernie inteligentne... Za nim leżał jego martwy już chyba koń, co dodatkowo utrudniło by mu obronę. Mężczyzna leżał i otwartymi ze strachu przed bliską śmiercią oczyma, obserwował otoczenie przed sobą. Próbował lekko przechylić głowę do tyłu, ale niestety ból był wyjątkowo silny.
Nagle, niespodziewanie coś go chwyciło za stopę.
"Cholera", pomyślał, "złapałem się w pułapkę, celowo chciały odwrócić uwagę...". Błyskawicznie odwrócił głowę w kierunku napastnika i potrząsnął nogą. Jednak szary wychudły wilk nie dał za wygraną. Kłapnął zębami i zatopił swe kły w nodze leżącego, jednakże ofiara też nie była łatwą zdobyczą, wiedziała, że toczy się teraz walka o jej życie. Jeśli nic nie zrobi, to wilki zachęcone łatwą z pozoru zdobyczą rzucą jej się do gardła. Mężczyzna desperacko zamachnął się sztyletem w kierunku wilka, ale niestety nie trafił. Szybko ponowił nieudana próbę, tym razem z sukcesem. Sztylet wbił się głęboko w ciało drapieżnika, dokładnie tuż za jego przednią łapę. Wilk z warkotem i wyciem puścił nogę i kulejąc szybko się oddalił. Krew z głębokiej rany szybko wsiąkała w ziemię, mieszając się z wszechobecnym błotem i deszczem. Niemalże w tym samym czasie za szybko cieszący się z zwycięstwa mężczyzna poczuł, jak coś rzuca mu się na głowę i z głębokim warczeniem rozdrapuje mu skórę. Rozbudzony nowym bólem i nie zważając na połamane żebra, szybko obrócił się na bok i zaczął desperacko siekać sztyletem w nadziei że trafi przeciwnika. Jednak wilk nie dał za wygraną i trzymając leżącego za długie, przesiąknięte krwią włosy, zaczął go ciągnąć.
Nagle mężczyzna wrzasnął.
Nie był to jednak zwykły krzyk bólu, to zew, to odgłos desperackiego wyzwania i szału. Niesamowicie głośny, wręcz przepojony mocą uniósł się nad lasem i głęboko wibrował w uszach drapieżników. Zaskoczony i przerażony wilk przeraźliwie skomląc ze strachu czmychnął w las, pozostawiając w paszczy jedynie kępkę włosów niedoszłej ofiary. Reszta wilków nie pozostała z tyłu, tylko w ślad za chyba przywódcą stada, szybko umknęła w ciemność wszechobecnego lasu.
Leżał, ciężko dysząc. Całe ciało jakby w odpowiedzi na jego maltretowanie przez czas walki z wilkami, dało o sobie mocno znać. Wszystko go bolało, żebra, noga, obficie krwawiąca głowa. Do tego jeszcze użycie magicznego talentu, spowodowało, że mężczyzna czuł się jeszcze bardziej wyczerpany. Powoli wsłuchując się w odgłos własnego oddechu i już lekko padającego deszczu, powoli zasypiał z wyczerpania. Powieki zaczęły mu ciążyć, ciało uspokoiło się lekko jakby wiedziało, że wkrótce nadejdzie odpoczynek. Pomimo, że leżący wiedział że nie może zasnąć, powoli odpływał w ukojenie. W coraz to szybciej nadchodzący sen. Już był tuż, tuż na granicy pomiędzy rzeczywistością a nicością, gdy kątem oka zauważył wpatrujące się w niego, przenikliwe czerwone ślepia...
Nie wiedział jak długo leżał, czy były to tylko minuty, godziny, czy może cała wieczność. Pamiętał tylko sen jakby płynął pośród gęstego lasu, jak mijał drzewa, krzaki, zwierzęta, a nawet wioski. Pamiętał jak przemykał pod ciemnym niebem pełnym gwiazd, jedynie księżyc stanowił podstawowe źródło światła. Jego srebrzyste promienie padały na dach uśpionych domostw, na potężne góry Delaryjskie, w końcu na cały chyba świat. Kiedy wreszcie otworzył oczy, poczuł przyjemne ciepło i wypoczynek dla umęczonego ciała. Ostatnie dwa tygodnie spędził na ciągłej jeździe z Travaru do Lśniących Szczytów. Miał tam bowiem się spotkać z jego własnym mentorem, nauczycielem i przybranym ojcem, jako że jego prawdziwy został wieki ukamienowany za to, że rzekomo był opętany przez Horrora. Jednak elf nie wierzył w to, jego podejrzenia co do niewinności jego ojca, poparł Carsatis, jego dawny przyjaciel, a później i mentor. Carsatis był od niego o około 200 lat starszy, co znakomicie dowodziło o jego umiejętnościach i doświadczeniu, co dla młodego elfa było bardzo ważne. Przynajmniej w jego przypadku.
Ostrożnie uniósł głowę i powoli rozejrzał się po otoczeniu. Dopiero teraz zauważył gdzie się znajduje. Osobiście leżał na drewnianym, dużym łożu, był przykryty prawdziwą miękką pościelą jakiej nie widział chyba od miesięcy. Nawet w karczmach nie pozwalał sobie na taki luksus, po prostu nie było go na to stać. Zbyt mało zarabiał, co niestety świadczyło o jego umiejętnościach. Jego posłanie znajdowało się w dużym przestronnym pokoju o chłodnych, szarych kamiennych ścianach. Pomieszczenie rozświetlało kilka płonących pochodni utkwionych niczym żerdzie i jedna mała świeca na niedużym stole stojącym obok łóżka. Na nim natomiast leżało kilkanaście rzeczy, były to zakrwawione i czyste bandaże, miednica pełna wody, przybory do mycia i czyste ręczniki. Najwyraźniej ktoś o niego bardzo dbał, czego elf nigdy nie zapomni. Był honorowy, miał ideały bliskie rycerzowi, ale tak naprawdę nie były one tak mocno i nagminnie przez niego przestrzegane. Jednak honor, znaczył dla niego bardzo dużo, wystarczająco aby chciał spłacić dług jego wybawcy. Po chwili penetrowania pokoju spróbował usiąść, jednak ból połamanych żeber nie pozwolił mu na to. Z westchnieniem zawodu z powrotem położył głowę na poduszce. Po chwili przypomnienia, sięgnął ręką w kierunku głowy i delikatnie macając czaszkę stwierdził, że rana się już zagoiła. Pozostał tylko świeży duży strup i wielki siniak. Leżąc tak i badając swoje poranione ciało, stwierdził, że jest cholernie głodny. Przydała by się jakaś misa z ciepłą zupą, albo jeszcze lepiej jakieś mięso.
- Hej! Jest tu kto?- zawołał. Echo jego głosu poniosło się po jego pomieszczeniu i jakby wypłynęło na korytarz zza otwartych drewnianych drzwi. - Już się obudziłem! Jeśli mógłbym prosić o coś do jedzenia to byłbym niezmiernie wdzięczny!- odpowiedział mu tylko wiatr za oknem, poza tym nic.
- Przecież ktoś tu musi być. - powiedział sam do siebie. Po jakichś piętnastu minutach wołania i czekania, postanowił wyjść z łóżka i samemu odnaleźć kuchnię. Najpierw powoli wysunął nogi spod kołdry, postawił je na wyjątkowo zimnej posadzce i usiadł. Poczuł jak lekko zakręciło mu się w głowie, ale poza tym prawie nie czuł żadnego bólu. Z zadowoleniem wstał opierając się ręką o stół i rozejrzał się po komnacie. Jako że był tylko w opasce biodrowej, rozejrzał się za swoim ubraniem. Leżało zmięte i brudne u stóp łóżka, ale elf nie przejął się tym, tylko ostrożnie nie naruszając bandaży owiniętych wokół żeber założył swoją lnianą czerwoną koszulę, skórzane spinane rzemieniami spodnie i długie czarne zabłocone buty. Jednak nigdzie nie było jego skórzanego pancerza, ani reszty ekwipunku. Tak czy inaczej, musiał wyjść z stąd jak najprędzej, bo zamiast śmierci w jakiejś bitwie, umrze z głodu. A była by to wyjątkowa paskudna i niesprawiedliwa śmierć dla osobnika takiego jak on. Powoli i cicho zbliżył się do otwartych drzwi i wychylił głowę na korytarz. Zbudowany z brukowanych kamieni, dowodził że znajdował się w jakimś dużym budynku, być może w zamku. Na szczęście korytarz był oświetlony z dwóch stron, ale na prawo kończył się po kilkunastu metrach jakimiś drzwiami, a na lewo delikatnie skręcał i jego dalszy ciąg znikał mu z wzroku. Postanowił zbadać co się kryje za drzwiami na prawo i dziarsko ruszył w tamtym kierunku. Nagle świat mu zawirował przed oczyma, zachciało mu się rzygać i poczuł przeraźliwe kłucie w miejscu niedawnej rany. Szybko oparł się o ścianę i zaczął powoli i ostrożnie oddychać. Zdał sobie sprawę, że nie jest jeszcze do końca wyleczony i musi bardzo uważać, bo inaczej odgrzeje sobie urazy jakich się nabawił w lesie. Po chwili wypoczynku, zdjął ze ściany pochodnię i ruszył przed siebie. Gdy dotarł do dużych, okutych żelazem drzwi najpierw przyłożył do nich szpiczaste ucho i zaczął słuchać.
Cisza.
Ostrożnie chwycił klamkę i delikatnie naparł na drzwi, te natomiast ze słabym skrzypieniem uchyliły się na kilka cali. W końcu otworzył je do końca i zajrzał do środka. Komnata okazała się być wielkości mniej więcej jego, z tym że urządzona była w wielkim przepychu. Na ścianach wisiały gobeliny i obrazy przedstawiające jakichś ludzi i krajobrazy, na suficie wisiał kandelabr, przy ścianach stały szafy do końca upchane książkami. Wszedł do środka. Po jego prawej stronie był kominek, przed którym stał stary zniszczony fotel. Na ścianie po lewej stronie pomiędzy dwoma obrazami przedstawiającymi idiotycznie uśmiechających się szlachciców, wisiało duże pozłacane lustro. Widocznie właściciel tego wszystkiego był wyjątkowo zamożnym człowiekiem, a do tego wyjątkowym bałaganiarzem. Cały pokój był pokryty grubą warstwą kurzu, w rogach ścian wisiały pajęczyny a po ścianach łaziły długie jak palec pająki. Elf ostrożnie podszedł do lustra i przejrzał się w nim. Nie był zbyt wysoki, bo miał około stu osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, jego długie białe włosy opadały kaskadą na zabliźnione czoło, co świadczyło o przeżytych niezbyt miłych przygód. Zielone oczy i krótko przycięta czarnego koloru broda, wraz z włosami stanowiły z niego łatwo zapamiętywanego osobnika o dość przystojnej urodzie.
Po krótkiej penetracji lustra, odwrócił się i podszedł do fotela. Przyjrzawszy się mu, zaintrygowała go jedna rzecz: dlaczego choć stare nie było na nim ani krztyny kurzu? Widocznie ktoś tu często urzęduje. Książki w biblioteczce okazały się być pamiętnikami, opowiadaniami, choć znalazły się tytuły dotyczące poezji, historii Barsawii a nawet coś o Therze. Nagle jego oglądanie przerwał mu dochodzący zza niego głos:
- Widzę, że już jesteś w dobrej formie. - zaskoczony elf ujrzał w drzwiach stojącego wysokiego człowieka, postury niemalże trolla. Ubrany był w lniane ciemne szaty i długi stary podarty płaszcz. Splątane na klatce piersiowej ręce pokryte były gęstymi włosami z pomiędzy których wydzierały się szramy i blizny. Jego twarz nie wyglądała lepiej. Długie spuszczone brązowe włosy, ciemno osadzone pod gęstymi brwiami czarne niczym mrok oczy, wąskie usta i szeroka szyja, wszystko to pokryte zasłoną wielu blizn, w tym także i świeżych. Mężczyzna miał posturę wielkiego i silnego niczym niedźwiedź wojownika, który, co zauważył elf, nie nosił żadnej broni.
- Przepraszam, nie chciałem naruszyć twej gościnności, panie. Byłem tylko diabelnie głodny i chciałem coś zjeść, wobec czego ruszyłem znaleźć kuchnię.
- Tu jej na pewno nie ma. - odpowiedział burkliwie wysoki mężczyzna.
- Zauważyłem, pająki raczej niejadalne... - elf starał się wybrnąć z całej sytuacji żartem, lecz mężczyzna dalej wpatrywał się w niego swymi szeroko rozwartymi oczyma. Na kilka sekund zapanowała niespokojna cisza, a elfowi wydawało się jakby właściciel zaraz miał mu się rzucić do gardła. Jednak po chwili jego rysy twarzy stały się jakby łagodniejsze i mężczyzna rzekł:
- No dobrze. Przepraszam za mój ton, jestem dzisiaj trochę rozdrażniony. Nazywam się Nordgaz von Hagart i jestem panem tego zamku. - elf się wyraźniej rozluźnił.
- Jam jest Yavthol de Orr. -ukłonił się lekko, na tyle na ile pozwalały mu bolące żebra. - Byłem właśnie w drodze, kiedy zaskoczyła mnie ta wyjątkowo silna burza. Na domiar złego goniły mnie wilki, myślały że będę łatwa zdobyczą, ale się grubo myliły.
- Na wszelkie wyjaśnienia przyjdzie czas, mój drogi gościu. Teraz zaś, jak już powiedziałeś, czas coś przekąsić. Jak słyszę jesteś bardzo głodny. - Yavthol uśmiechnął się lekko i już miał zrobić krok, gdy nagle Nordraz odezwał się spokojnym głosem:
- Nie ruszaj się.
Elf nie poruszył się. Zastygł w bezruchu myśląc że niedoszły kompan kolacji zaraz dokończy dzieła wilków. Kurczowo trzymał pochodnię, którą w razie czego miał zamiar użyć jako broni. Tymczasem potężny właściciel ruszył w jego kierunku. Yavthol spiął mięśnie i już spięty i czujny był gotowy na odparcie ataku. Mężczyzna podszedł na krok od elfa i zatrzymał się wpatrując się prosto w oczy niższego od siebie. Yavthol bez cienia strachu ale z wielką podejrzliwością odpowiedział wzrokiem na wzrok tamtego. Wydawało mu się jak by przez chwilę ujrzał w czarnych oczach człowieka szaleństwo i bezdenną rozpacz. Jakby miał uwięzioną w swych oczach własną duszę, która korzystając ze sposobności starała się wołać o pomoc.
Nordraz nagle błyskawicznie wysunął rękę i szarpnął Yavthola za ramię, po czym równie szybko ją cofnął. Całe te dwa ruchy trwały może z pół sekundy, wyjątkowo za szybko jak na zwykłego człowieka. Tym bardziej że Yavthol nawet nie zdążył zareagować, choć uchodził za szybkiego i niezwykle zręcznego.
- Miałeś na ramieniu pająka. - Nordraz pokazał mu zgniecionego teraz już owada. Tylko delikatne drgawki jego kończyn wskazywały na to że jeszcze przed chwilą żył. - Był jadowity. Jak większość w tym pokoju. - to powiedziawszy, mężczyzna odwrócił się i wyszedł bez słowa z komnaty. Yavthol, chcąc nie chcąc, uważnie rozglądnąwszy się po komnacie ruszył cicho za właścicielem.
Przez kilkanaście minut szli przez długie i kręte korytarze, z których wiele prowadziło do nieznanych Yavtholowi komnat. Po drodze mijali różne sale, pokoje, hale, wszystko to pokryte było niemalże wiekowym kurzem i pajęczynami. Elf domyślił się, że Nordgaz od dawna musiał mieszkać tu sam, znaczyło o tym choćby wygląd zamku, ponure milczenie i brak ogłady właściciela. Wszystko wskazywało na to, że są w zamku sami.
- Gdzie idziemy, panie? - zapytał zniecierpliwiony Yavthol.
- Tam gdzie chciałeś, mój drogi przyjacielu. Coś zjeść.
- Fakt, przez to wszystko zapomniałem o swoim wilczym głodzie.
- Cóż, piękno mego zamku, może wzbudzić wiele wspomnień, wprowadzić trochę nostalgii i melancholijności... - wysoki mężczyzna zawiesił na chwilę głos, po czym dodał - choć sam zamek jest już nieco wymarły. Niestety.
- A cóż się stało z resztą twojej rodziny, służbą, lokajami... O ile wiem, bogaci ludzie posiadający w swoim posiadaniu zamki, takie jak ten chociażby, mają jeszcze kogoś. - elf zaczął się zastanawiać nad pochodzeniem i wiekowością budynku. - W zasadzie wygląda mi to na robotę krasnoludów, mam rację?
- Może. A może nie. - burknął cicho Nordgaz.
Wreszcie zatrzymali się na chwilkę przed dużymi wrotami, okutymi w żelazo i potężny właściciel chwycił za dużą mosiężną klamkę, otwierając powoli drzwi. W nozdrza Yavthola uderzyły rozmaite zapachy sosów, mięsa, grzybów, jarzyn i wielu innych potraw, a cała ta mieszanka była tak silna, że aż przyjemnie łechtająca podniebienie. Ślina mu wezbrała i aż zadrżał na myśl o ciepłym, świeżym jedzeniu. Już mieli wejść do środka, gdy elf zauważył na ścianie portret młodej, ładnej kobiety z niemowlęciem w ramionach. Ku zdziwieniu Yavthola, jej twarz wyrażała cierpienie i smutek, a jej oczy... Jej oczy były jakby bezdenną studnią wiecznej nicości, niebotycznego wewnętrznego bólu, jakby coś rozdzierało jej skromna duszyczkę. Jakby demony dobrały się do wnętrza jej głowy i zaczęły manipulować zmysłami, wyglądem i wewnętrzną charyzmą...
Nagle penetracje Yavthola przerwał nieziemsko basowy głos:
- Już? Napatrzyłeś się ? - zaskoczony elf odwrócił się i ujrzał górującego nad nim zmienionego mężczyznę.
Stał się jakby wyższy i potężniejszy, jego kształty twarzy nabrały wyrazistości, usta zamieniły się w długą, spiętą nerwami kreskę. A do tego te oczy... Głęboko osadzone, czarnego koloru, skryte pod krzaczastymi gęstymi brwiami. Nagle, jakby na dokładkę wrażeń gdzieś w górze trzasnęło okno, a po korytarzach zamku zawiał zimny, jesienny wiatr. Czarny płaszcz Nordgaz wygiął się i zafalował, jakby w geście wirującego tańca.
- Przepraszam, nie chciałe...
- Nie mów mi co chciałeś a co nie, ja wiem czego ci brak. Jesteś głodny, pamiętasz? - Nordgaz stał nad niższym około czterdziestu centymetrów elfem, niczym potężny, żelazny posąg.
- Wybacz po raz kolejny, przepraszam jeśli nadużyłem twej gościnności, panie. - bronił się Yavthol.- To ten obraz. Jest... piękny. Na swój sposób, oczywiście.
Nordgaz uniósł brwi w geście zaskoczenia.
- A więc uważasz że jest piękny? Że jest czymś ważniejszym od mojej gościnności? Że stanowi dla mnie jakąś wartość? - Elf zaczął się zastanawiać, czy czasem nie przesadził, przyglądając się portretowi. W końcu był daleko od domu, a jak krasnoludowie powtarzają, inny kraj, inne obyczaje. Postanowił to respektować i przywiązać do tego większą uwagę. Ignorowanie nawet takiej rzeczy mogło wydać kiedyś na niego karę śmierci...
- Jeszcze raz proszę o wybaczenie. A jeśli chodzi o ten portret, to rzeczywiście jest piękny. Jest jakby magiczny, przyciągający uwagę obserwatora...
- Yavthol. - przerwał mu ostro Nordgaz.
- Tak?
- Nie pieprz. Ten obraz jest do bani. - zaskoczony elf chciał coś odpowiedzieć, ale mężczyzna odwrócił się i wszedł do dużej sali, skąd dobiegały naprawdę smakowite zapachy. Yavthol jeszcze raz rzucił ostatnie spojrzenie portretowi, cicho westchnął, po czym ulegając głodowi wszedł do sali.
Widok jaki mu się ukazał, po wejściu do sali jadalnej, był oszałamiający. Jeszcze nigdy w życiu Yavthol nie widział tak dużo różnego jedzenia naraz. Na długim na około dziesięciu metrów stole, ozdobionym płonącymi świecznikami z diamentami i szmaragdami w rękojeści, stało chyba z kilkanaście potraw. Było tu wszystko: dzik zapiekany w sosie, sałatki warzywne, duże sagany z parującą zupą kilku rodzajów, kilka butelek starego wina, udziec wołowy, owoce - inaczej mówiąc, było tu tyle, że sam elf by tego nie zjadł w tydzień. Cała jadalnia mierzyła sobie z dwadzieścia metrów wysokości, około czterdziestu długości i trzydziestu szerokości. Olbrzymia sala podparta była ornamentowymi zdobionymi filarami, natomiast w ścianach z dwóch stron umieszczone były duże, kolorowe witraże. Oba przedstawiały rycerzy w pełnym rynsztunku, podpartych o potężne dwuręczne miecze. Wysoko w górze świeciły trzy kandelabry, których zapalenie wydawało się elfowi rzeczą niemożliwą, a jak już to cholernie niebezpieczną.
- Gość w dom. Jedz, pij i odpoczywaj, mój przyjacielu. - Nordgaz uśmiechnął się ukazując białe pieńki zębów, po czym gestem ręki, wskazał miejsce Yavtholowi.
- Dziękuję, panie. Twa hojność i dobroć nie zna granic. - elf z wdzięcznością skinął głową, i ruszył w kierunku wskazanego krzesła.
Na drugim krańcu stołu, naprzeciwko Yavthola usiadł Nordgaz. Nie czekając na zaproszenie, Yavthol wziął
się do jedzenia. Starał się jeść powoli i spokojnie, jednak mdłości i burczenie w żołądku nie pozwalały mu na to. Wkrótce zaczął chłonąć coraz to większe porcje dzika, zaraz potem zupę z jeżyn a na koniec dopchał się marynowanymi grzybami. Wszystko to popijał słodkawym winem z jabłek, które jak sądził musiało mieć chyba z kilkadziesiąt lat. Słowem, było wyborne.