Ból.
Tylko tyle pamiętam.
W życiu nie widziałem tyle okrucieństwa dopóki znudzony życiem w bogactwie zdecydowałem się opuścić rodzinne ziemie i uzbrojony w miecz Thoma szukać przygód.
Zebrałem czwórkę przyjaciół, tak samo zanudzonych przepychem jak ja i zaczęliśmy naszą wędrówkę po Barsawii.
Dzień wcześniej, w karczmie, zdecydowaliśmy, aby jechać trzy dni bez przerwy, aż do najbliższego miasta.
O poranku wsiedliśmy na konie i nieświadomi niebezpieczeństw wyruszyliśmy w drogę, która miała nam dać miejsce w sercu każdego Dawcy Imion. Jakże byłem głupi, nie zdając sobie sprawy, jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za sławę i chwałę.
Pierwszy dzień przeminął jak w mgnieniu oka. Poznaliśmy okoliczną faunę i nieliczne owady. Jednak nie napotkaliśmy żadnych bestii, stworzeń, niczego.
Drugi dzień przerodził się w początek mojego koszmaru, z którego do dziś nie mogę się obudzić. Wierzchowiec Akial'yn wraz z nią wpadł nagle do, jak nam się wtedy wydawało, wilczego dołu. Zerwałem się z konia i rzuciłem w dół kryształ świetlny. T'skranka krwawiła z licznych ran, a kark jej wierzchowca przebijał jeden z wielu zaostrzonych drewnianych pali.
Akial'yn próbowała spazmatycznie złapać swój miecz, kiedy w zasięg światła z kryształu wkroczyło TO. Żywotrup kroczył w jej kierunku w niezbyt przyjaznych zamiarach. Instynktownie odczepiłem od boku zwój sznura i przywiązałem go do siodła. Kątem oka zauważyłem, że Myrsin tka jakieś zaklęcie, a C'onal wyciąga swój topór bojowy nerwowo wyszczerzając zęby. Wrzuciłem linę prosto do dołu i zacząłem się po niej spuszczać.
Wisząc kilka metrów nad dnem mogłem tylko przyglądać się, jak Akial'yn próbuje się bronić przed oszalałym ożywieńcem. Jeden z jej ciosów pozbawił potwora dłoni, ale on nawet tego nie zauważył, tylko rzucił się na dziewczynę w opętańczym szale. Akial'yn przewróciła się, a miecz wysunął się z osłabionej dłoni. Podmuch zimnego powietrza wyrwał mnie z otępienia, więc krzyknąłem do T'skranki, aby podniosła swój miecz. Sekundę później usłyszałem jej krzyk i ujrzałem, jak z rozbitej czaszki wypływa skrwawiona masa. Zeskoczyłem na dół i rzuciłem się na żywotrupa. Odtrąciłem go parę metrów w tył, prosto pod topór C'onala.
To właśnie wtedy poczułem coś, czego jeszcze nigdy nie doświadczyłem. We wnętrzu mojej głowy usłyszałem głos. Obcy, ale jednocześnie znajomy. Tak miękki, a zarazem tak władczy...
' Witaj w mym domostwie'
Stałem jak wmurowany, podczas gdy C'onal raz po raz uderzał ożywieńca, który chwilę potem zapłonął niczym pochodnia. Do uszu dobiegł mnie śmiech Myrsina, ale głos w mojej czaszce odezwał się ponownie.
' Zostań z nami'
- NIEEEEE!!! - wykrzyczałem na cały gardło i na chwilę powróciłem do rzeczywistości. C'onal potrząsał mną, wrzeszcząc, że zbliża się do nas jeszcze więcej ożywieńców. Upadłem na kolana i zacząłem szlochać, zdając sobie sprawę, że Akial'yn nie żyje. Tymczasem krasnolud wymierzył mi solidny policzek i nakazał wspiąć się po linie na górę.
Chwile później poczułem na swojej ręce delikatny uścisk Myrsina. Z olbrzymim trudem wyciągnął mnie na powierzchnię. Tuz za mną wygramolił się C'onal. Zwróciłem się twarzą ku tej przeklętej jamie, szukając wzrokiem ciała T'skranki. Zniknęło. Myrsin podszedł do mnie i zapytał, dlaczego spanikowałem. Mętnie wyjaśniłem, że to pewnie przez jakiś stary, dawno zapomniany czar, chroniący tamto przeklęte miejsce. Mag poklepał mnie przyjacielsko po placach i doradził, byśmy stamtąd jak najszybciej odjechali.
A w mojej głowie znowu eksplodował głos.
' Nie martw się. Ona do was wróci '
C'onal podtrzymał mnie i jakoś wsadził na konia. Wiedzieliśmy, iż nie jesteśmy jeszcze gotowi, by stawić czoło tym bestiom. Ruszyliśmy w stronę miasteczka, by sprowadzić pomoc i jeszcze tu wrócić z krwawą vendettą. By odkupić śmierć Akial'yn.
' Ach, więcej łakomych kąsków, och tak, tak!'
Kilka dni później napotkaliśmy tę drużynę i od tego czasu podróżujemy po Barsawii w poszukiwaniu sławy, szczęścia, wolności i odkupienia.
Czekając.
Halver zamilkł, dorzucając do gasnącego ognia kilka patyków. Następnie wstał z westchnieniem i udał się ku namiotom.
Powoli dopiłem resztkę wina z bukłaka i wyciągnąłem się na trawie, aby spojrzeć w granat nieba poprzetykamy tysiącami maleńkich pereł, z których każda była odbiciem ludzkiej duszy. Jedne z nich były jasne, błękitne, inne ciemniejsze, niektóre zaś krwistoczerwone.
Po mym umyśle cały czas plątały się usłyszane przed chwilą słowa. Halver odkupił swoje pierwsze starcie życiem przyjaciółki. Zginęła z rąk Dawcy Imion, który sam umarł przed jej narodzeniem.
Do mych uszu dobiegło odległe wycie wilków. Znacznie bliżej pasikoniki grały jakąś godową melodię. Przekręciłem się nieco by powąchać polne kwiaty, który na noc zwarły płatki.
Leżałem tak, w śpiewie nocy koło dogasającego ogniska. Cienka strużka dymu pisała na swojej drodze do niebios niezrozumiałe znaki. Zapach żywicznego drzewa zmieszał się z wonią trawy, mile pieszcząc moje nozdrza. Chciałem śpiewać, tańczyć, krzyczeć, podziękować Pasjom za tę cudowną noc.
Zastanawiałem się wciąż nad opowieścią wojownika, który uciekał przed głosem z wnętrza swej głowy. Dusza każdego Barsawianina jest pełna ukrytych pragnień, tajemnic i mrocznego dziedzictwa lat Pogromu.
Podkuliłem nogi i podłożywszy rękę pod głowę znów popatrzyłem na gwiazdy. I leżałem tak,
Marząc?
Czekając.
Inspiracja: 'Tomes of Peritia'