|
<<< Military: "Nieznajoma." >>>
Postąpiła
pierwszy krok, światła promyk padł na twarz;
Oczy z brązu pojaśniały, usta miękkie drgnęły raz.
W fali blasku słonecznego kasztan włosów aniołowych
oplótł szyję jej szlachetną niczym klejnot tych królowych,
co wiek temu, też podobnie, były wielu zamarzeniem.
Dzisiaj przeto jam jest gotów, by bić dlań pochwalną cześć;
Chwała niechaj wieczna jej - echem niewinności jest.
Delikatna, mądra, skromna, piękna, dumna i powabna -
Oto ta, co serce moje bez wahania wnet posiadła
I zniknęła gdzieś po chwili, niczym rankiem snu wspomnienie.
Takoż więc ja oszalałem, być to może - z mej miłości
Do powabów nieznajomej, tracąc wtem rząd (dwa?) wartości,
Co to dotąd tak skutecznie w szyku życie utrzymały.
Czy to jednak jest kochanie? Wszak miłostki już bywały -
Nic dobrego z nich nie przyszło, jeno rozczarowań sak.
Po raz drugi ją widziałem; ciałem wzdrygnął dreszcz gorąca.
Jak po ciosie wymierzonym stałem w blasku tego słońca -
Co i ona go dzieliła - nie ruszając się, nie żyjąc.
Stałem pono tak bez końca, w myśli pewność z wolna wijąc,
Iż oto ta jedyna stoi tuż-tuż obok mnie, a jam tylko marny wrak.
I widziałem ją raz trzeci, niczym tafla morza drżąc,
a obsesja wciąż, wciąż rosła; w myślach moich nawet śpiąc
kotłowała się ta twarz. Dzień czy miesiąc, czy wręcz - ba!
Roku pół i dłużej nawet uczuć mych obsesja trwa,
Nie dając wytchnienia chwili. Czas ukrócić to czym prędzej.
Bo z sił wszystkich choćbym chciał, to jednakże nie. Nie mogę -
Teraz czy za czasu wór - zwrócić się doń choćby słowem
Jednym. Czemuż to tak? Za co? Po co? Czyżby ona,
Ma kochanka, cud wyśniony - dama boska, wymarzona,
Na mnie urok zły rzuciła? Muszę skończyć to szaleństwo.
Zmrok alei, ciemna noc; błysnął ostry noża szpic.
Nie pozostał mi już wybór - na dziś dzień nie miałem nic.
Po cóż dobra materialne? W życiu brak radości więcej.
Pojawiła się tuż obok; ostrze lekko weszło w serce,
Życie wnet z bogini pierzchło - i umarła. Ja wraz z nią.
To opowieść jest prawdziwa - choć w niej kłamsta znajdziesz dwa.
Pierwsze - oczywiście koniec. Smutna jest historia ta,
Lecz racz wiedzieć, drogi widzu - mimo płaczu i rozpaczy
Miłość się nie karmi żalem; ona wiele Ci wybaczy.
Drugie możesz też odszukać, jeśliś dociekliwy jest -
Mieści ono się w tych liczbach: trzy, cztery, jak i od sześć.
Jednak to Ci nie potrzebne; masz tu dobrą radę mą:
Nie wpędź się w ten stan haniebny, zamiast tego duszę swą
W garść chwyć i nie słuchaj myśli.
Obdarz tą, co ci się przyśni.
Daj jej słów kwiecisty bukiet,
Ciepłych uczuć zdobny sak,
Nitek srebrnych pieśni pukiel.
Jeszcze mówisz - nie wiem jak?
Och, daj pokój proszę, boś ty chyba z łez stworzony
Skoro męczysz rok swój umysł żarem krwi tak rozpalony.
Cóż, historia pokazuje, w nieskończonych swych annałach,
Opowieści tej podobne, smutne pieśni-kryminały,
Lecz bohater tegoż tworu nie jest Tobą, dziś czy jutro.
On to tylko zmartwień futro,
W którym każdy mały włos,
Posiwiały coraz bardziej,
To braku pewności cios -
A siwością miłość gardzi.
Mówię więc, powtarzam znów, póki Twój nie nadszedł czas
W ręce swoje drżące z nerwów weź swój żywot, aby wraz
Z wybranką twą, jedyną, wnet szczęśliwy dzielić los.
Bo cóż stoi na przeszkodzie? A od szczęścia dzieli włos...
|