Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: UnionJack ::::

Vedymin (1)



Ten kto literatury poznawał arkana;
kto przy kominka ogniem trzeszczących polanach,
gdy noc już panowanie zaczynała wokół
zwykł siadywać w fotelu, z binoklem na oku,
z lampką wina przedniego na podręcznym stołku
i z dziatwą roześmianą na swoim podołku;
kto obarczon był przez nią do czytania księgą,
ten świadom, że legendy były, są i będą!

Kto spał w swojej młodości pod gwiaździstym niebem;
kto wśród dzikich ostępów miał miejsce dla siebie;
kto siadywał wraz z bracią w kręgu, pośród mroku,
z tobołkiem na swych plecach i z lutnią przy boku,
ten odbył wiele rozmów. Ten zanucił pieśni,
o chrobrych bohaterach co w wielkiej boleści
wydzierali losowi utacone szczęście;
ten największej zalety doszuka się w męstwie.
W męstwie, które dozwala w twarz spojrzeć wyzwaniu,
siłę daje do walki, pasję we władaniu
mieczem; w męstwie, co moc daje by dla swej lubej
rzucić się na smoczysko, przywieść je do zguby
oraz przetrwać pozwala, gdy wiatr wieje w oczy.
Mężny człek ceni wielce Legendy Północy!

Wśród legend najprzedniejszych, na najpierwszym planie,
wymienić wprost należy o wiedźmie bajanie,
co żyła sobie, wstrętna, w samym środku kniei,
wśród niedźwiedzich barłogów i wśród roi pszczelich.
Dziwne sobie ta wiedźma zrobiła mieszkanie:
miała więc kurzą stopkę, a domostwo na niej
z drewna stało, na zgubę ludzi zagubionych.
Strzechę zaś chata miała z wysuszonej słomy.
Cały dom był więc dosyć mocno niebanalny,
przytulny trochę, lecz też strasznie łatwopalny.
Wiedźma więc, aby sprytnie uniknąć pożaru
ogrzewała domostwo z pomocą wywaru
wysoce magicznego. By uważyć napar
należało dokonać dalekich eskapad.
Wpierw ku bagnistym brzegom prędkiego Pontaru
udać się trzeba było. Tu zaś, dla wywaru,
straszna wiedźmia musiała przy blasku księżyca
ubić starego ghula (co ma blade lica).
Potem mózg mu rozetrzeć, doprawić składnikiem,
któren małżem jest zwany, złowionym w Blaviken.
Nie dość jednak zachodu, na domu ogrzanie!
Mózg krwią dziewki trza skropić, w jej ludzkiej odmianie.
(Tutaj dodać należy, że uprzedzeń brzemię
nadało strasznej wiedźmie elfickie korzenie).

W Północy żyła wiedźma. Zimy były srogie,
nie dziw, że ofiar jędzy było całe mrowie.
Taka mnogość, że w końcu sami Temerczycy
stwierdzili, że gadać nie trza po próżnicy
i wiedźmie zgonu życzyć, lecz go spowodować.
Uradzili morderców dla babska zgotować.
Uzbierano funduszy. Minęło pięć wiosen,
wynajęto zabójców - Jana i Małgosię.
Ci, dobrze wyszkoleni, wiedźmę wnet ubili,
wybili wszystek zęby, kark jej przetrącili,
ograbili jej chatkę, podłożyli ogień...
Był z wiedźmiego domostwa najprzedniejszy rożen!
Kurzą stopkę sprzedali zaś na rynku w Vittneir...
Wiedźmę (od nazwy wioski) zwą dziś wiedźmą z Blair.

Na marginesie nadmienię, że historii bieg
zamienił napar wiedźmy w najzwyczajniejszy piec.
Jaka była ku zmianie takiej motywacja?
W legendach też zachodzi industrializacja!

Szczęśliwie, postęp techniki nie zmienił ni krztynę
wspaniałej opowieści o dzielnym wiedźminie.

Wiedźmini, proszę Państwa, to szczególna kasta.
Wiedźmin dla mieszka koron z radością pochlasta
ekimmę, ghula, gryfa, straszną kikimorę,
lykantropa, żyrytwę, bruxę, mantikorę,
barbegazi, przerazę, sprytnego szynszyla,
bazyliszka i kunę... nawet krokodyla!
Każde za srebra mieszek ubije stworzenie.
Lecz na zawartość mieszka trzeba mieć baczenie,
bo wśród nielicznej dzisiaj vedymiskiej frakcji
nieobce jest bynajmniej pojęcie inflacji.
Więc zwierz, co przed wiekami za grosz srebrny ginął,
nie stanie się dopóty dla harpii padliną,
dopóki garniec złota nie będzie gotowy.
Wiedźmin to, proszę Państwa, towar luksusowy!

Jak rozpoznać wiedźmina? Takowe pytanie,
nie jest bynajmniej trudne. Odpowiemy na nie!
Należy więc głęboko, z uśmiechem uroczym
i bez cienia żenady zaglądać mu w oczy.
Wiedźmin bowiem, tajemnej Próbie Traw poddany,
może całkiem swobodnie swymi źrenicami
wedle woli kierować. Kiedy czas wieczerzać,
wiedźmin, by jadło widzieć, źrenice rozszerza.
Kiedy zaś słońce w oczy zaświeci mu z mocą,
wiedźmin źrenice zwęża, na manierę kocią.
Owa cecha szczególna, przez wrogów przeklęta,
pozwala widzieć świetnie. Na co dzień i w święta.

Za ten wzrok fantastyczny zapłacił ze szczętem
vedymin melaniną (po ludzku: pigmentem),
którą raz i na zawsze zupełnie utracił.
Nie znajdziesz ni bruneta wśród wiedźmińskiej braci.
Wszyscy, jako mąż jeden włosy mają białe
(sam mogę ja zaświadczyć - wielu już widziałem!).
Te zaś zwykły opadać na rękojeść miecza,
którego vedymini nosić chcą na plecach
nie zaś - jak u rycerza - za pas schowanego.
"Miecz za pasem schowany? Toż to do niczego!".
Tak Ci odpowie wiedźmin, walki wyuczony,
w twierdzy, w Górach Ognistych, z ich zachodniej strony,
Kaer Morhen nazwanej.

"Wiedźmińskie Siedliszcze"!
Tutaj adept wiedźmiński nauczy się wszystek
tego, co w walce z bestią może procentować.
W dziczy biegać bez szmeru, oddech kontrolować,
kroki stawiać uważnie, dbać o balans ciała
i o mimikę twarzy, by ta nie zdradzała
ni zmęczenia wiedźmina, ni jego słabości.
Takiej twarzy niejeden karciarz mu zazdrości.
Wiedźmin więc niemal zawsze marsową ma minę...
... spójrzcie! Jeden wszak kroczy drogą na Wyzimę!

Idzie krokiem sprężystym. Wśród wiosennych bazi,
konia piaszczystą drogą za uzdę prowadzi
wielce objuczonego. Nic sobie ze skwaru
nie robi. W płaszczu czarnym, od strony Pontaru
ku bramie Powroźniczej pewnie maszeruje.
Już się przed nim ostrokół przecudny maluje;
drewniany, choć na elfich jest on fundamentach
powstały (jak cały gród). Brama, niedomknięta,
ba! na ościerz otwarta przechodniom ogłasza,
że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.

Wiedźmin w gościnę wstąpił. Przekroczywszy bramę,
rozgląda się ciekawie za otwartym kramem.
Próżny to trud. Nastało późne popołudnie,
słońce wiosenne jęło przygrzewać przecudnie
i kramy zatrzaśnięto na spustów dwanaście.
Pusta była uliczka. Ni karczmarz nie wrzaśnie
na biednego pijaka, co szynk ogołocił
z trunków wszelkich, nim wreszcie bankrutctwo ogłosił
wszem, wobec i w około. Nie dają mięsiwa,
zgaszon ogień pod kotłem, nie pachnie oliwa,
nie smaży się sielawa, nie piecze się ciasto...
Szukając wszystek tego, wiedźmin ruszył w miasto.

Ruszył prosto przed siebie. Logiczne myślenie
(które mu mistrz Vesemir długo wbijał w ciemię)
mówiło, że by karczmy nie szukać wiekami,
należy się kierować wielkimi szyldami,
co tutaj - a i ówdzie - były rozwieszone.
Z lewej "Zakład balwierski", tam "Mięso suszone",
są i "Buty na miarę", są "Sukna we wzorki"
i "Zamtuz pod Helenką" (nieczynny we wtorki)".
Jest "Mleko ekologiczne", jest "Droga na port"...
O, jest i gospoda! Zwie się: "Stary Narakort".

Wiedźmin szyld zauważył. Przed drzwiami przystaje,
głowę lekko pochyla, wsłuchiwać się zdaje
w gwar głosów co dochodzi ze środka gospody.
A karczma gwarna była - i nie bez powodu!
Jadło miała wykwitne, wygodne kwatery,
pluskiew niewiele było, (no, może ze cztery).
Obsługa była uprzejma, zwłaszcza za dopłatą,
(a nie w każdej gospodzie można liczyć na to).
Piwo miała korzenne, stoliki urocze,
było więc czym się upić i pod co się wtoczyć.
Trzeźwych zaś zwykł zabawiać instrument wspaniały,
nowoczesny i dźwięczny - zwie on się "cymbały".

Gospoda cymbalistów miała całą chmarkę,
lecz żaden zagrać nie śmiał, przy pani karczmarce.
Ta, gdy tylko muzyki takty posłyszała,
biegła w mig ku alkowie. Tu nos pudrowała,
czernią rzęsy smagnęłą, użyła pachnidła,
pończoszki zawiązała (trzymając się zydla),
by na końcu otworzyć szafę z kreacjami.
Kreacje zaś do ciała kleiła plastrami
tak sprytnie, że żadne żyjące stworzenie
o plastrach nie wiedziało, choć miało baczenie
na występy karczmarki. Skończywszy z wizażem
prędko ku gościom idzie. Zastygają twarze
w przerażeniu i w trwodze. Nikt nie protestuje.
Każdy ten armageddon po męsku przyjmuje.
Karczmarka zaś takowe grobowe milczenie
za dobry omen bierze i śle pozdrowienie:
"Przycielom muzyki, co są tu tak licznie
zaśpiewane zostanie pasticcio liryczne"

Przyjaciele muzyki, wspomniani przed chwilą
wiedzą już co ich czeka i w swej duszy kwilą,
a karczmarka muzyczne seppuku zaczyna.
Wpierw nadyma się cała i mięśnie napina.
Potem z mocą dzwiękami w widownię uderza
(wszystkie dźwięki fałszywe, zechciejcie mi wierzać!).
Potem lirycznie cichnie. Opera tej diwy,
brzmi wówczas jak drzwi zawias, gdy brak mu oliwy.
Krótko fałsz owej pieśni trwać będzie w cichości.
Wkrótce nabierze mocy, nabierze prędkości,
jak furmanka na drodze kakofonią dźwięku,
zgoni z drogi przechodniów, wygubi do szczętu
znawców dobrej muzyki. Skręciwczy im szyje,
pieśń wreszcie się ku niebu od ziemi odbije.
Tu, wśród dźwięków wysokich, rozłoży ramiona
i zawyje, by wreszcie na bezdechu skonać.

Karczmarka zaś z uśmiechem wszystkim podziękuje,
wnet przyszłotygodniowy śpiew zaanonsuje,
po czem, z oczami dziecka, w nadziei zapyta,
czy chciałby kto autograf. Imię jej - Edyta.

Nie dziwne więc, że wiedźmin, wiedziony kaprysem
w dół ulicy podążył, ku karczmie "Pod Lisem".


UnionJack

unionjack@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||