|
Drive blind
Mężczyzna w krótkiej, granatowej kurtce szedł pod szarym, ciężkim niebem. Z chmur padały pojedyncze płatki śniegu. Osiadały na jego włosach i karku, całowały jego powieki i drażniły w nosie, gdy połykał je wraz z oddechem. Szedł coraz szybciej, a mróz skrzypiał pod jego stopami. Ziemia była twarda, ale nie twardsza niż próg domu, na który właśnie wstępował. Zapukał cicho, tak żeby nie pobudzić dzieci. Pod platynową kopułą nieba nie było gwiazd, dziś nie miały się pojawić. Dobrze było dziś patrzeć na ciepłe punkty świateł okiennych. Gdzieś w oddali przejeżdżał towarowy pociąg ciągnąc po stali szyn swoje pordzewiałe ciało. Mężczyzna nie był zwykłym człowiekiem. Gdy wytężył wzrok widział, jak z otwartych wagonów wysypują się pojedyncze bryłki węgla. Dostrzegał nawet gwiazdy i dym. Dostrzegał szczegóły, a ogół nie miał dla niego znaczenia. Otworzyły się drzwi czyniąc go mrocznym cieniem w wyspie światła. Jakieś małe rączki wciągnęły go do środka i ktoś zaczął się śmiać, ząbki jak perełki.
- Widzisz wujka po raz ostatni Iris, bądź dla niego miła - przestrzegł głos o barwie śliwek węgierek, połyskujący, ale zatopiony w ażurze robaczywych dziur. Iris nie spojrzała na ten dźwięk. Na te słowa. Wiedziała, że każdy jest pełen głupich zdań, nawet tatuś. Zlekceważyła go. Wujek nie mógł odejść, nie na zawsze, nigdy po raz ostatni. Śmiała się i jej brązowe włosy były jak delikatny kwiat. W oczach miała aksamit lotosu zbudowanego z samej czerni przetykanej złotem zieleni. Welwetowe usta o fakturze pytania w odpowiedzi na kwestię.
- Chodź, mała Iris. Wujek weźmie cię na spacer, chcesz usłyszeć historię? - głos był jak światło reflektorów, ciepłe, rozmyte lampy autobusowe w oczach krótkowidza. Kula blasku otoczona wyraźnymi płatkami olśnień. Dźwięki były jak szum silnika w porażającym palce mrozie, był jak rozsuwana pod oponami brudnoszara zaspa. Niósł koniec oczekiwania, był przebiśniegiem wieńczącym dzieło zimy, a będącym już wiosną. Spojrzała do góry w oczy kobiety, która odprowadzała ją wzrokiem. Widziała pełno kolorów - jaskrawa żółć, czerwień stonowana jak zgniły liść. Strach. Nie ona, nie dla niej, nie dla małej Iris. Wujek ma jej rękę, nic nie może się stać, bo z tym dotykiem już wszystko się stało. On miał dłonie pełne linii. Kiedy płakała zbierał jej łzy i nigdy nie wypuszczał. Nie strzepywał ich, nie wycierał, patrzył jak znikają, a widząc to przez zasłonę smutku Iris czuła w brzuszku ciepło i już nie było źle. Nie było źle. A potem wujek odchodził. A Iris czekała. A potem wujek przychodził. A Iris się śmiała. A teraz wujek chyba ma inny dotyk.
- Iris... - mała rączka zebrała łzy. Dziewczynka patrzyła, jak znikają na szlaku jej życia. W kresce znikały gwiazdy, nagłe rozbłyski żalu jej wujka. Była szczęśliwa i on chyba też. Mężczyzna w granatowej kurtce obiecał sobie, że nigdy nie zapomni, nigdy. Że odtąd będzie już w stanie rozumieć wszystko. Jeśli pojął Iris i pojął siebie, pojął jak łzy mogą łączyć ludzi tak mocno oddalonych wzrostem i wiekiem, to... to pomyślał, że zrozumiał istotę.
- Iris, opowiem ci ostatnią historię, dobrze?
- Dobrze - odparła dziewczynka sadowiąc się wygodniej w jego objęciu. Wujek był czasem jak dziecko. Jaka ostatnia historia? Drażni się, oj, drażni się, kochany. Przecież będzie zawsze opowiadał. Zawsze mi. Ja jestem Iris. Siedząc w konarach rozłożystego drzewa, w ciepłych ramionach słuchała. A słowa jej wujka były jak małe schodki, wykute pod jej stópki, wykute w cieniutkich jak wiatr płatkach śnieżnych kościach zajęcy. Prowadziły na księżyc. Pełny, przesłaniany przez pędzące chmury, przez żółwie wiosłujące swymi burzowymi płetwami, idealny na krótki spacer przed zaśnięciem. Po godzinie wujek musiał już iść, musiał znowu jechać. Pocałował ją delikatnie w rumiany od mrozu policzek i odszedł. Iris odwróciła się na pięcie w stronę domu i spojrzała w jego pomarańczowe oczy. Strach był teraz także jej. Biegła potykając się w ciemnościach. Czuła jak linie na jej dłoniach są rozsadzane przez zamarzające łzy mężczyzny. Bolało i cierpienie stało się jej udziałem.
Wiele lat później Iris leżała rozciągnięta na piasku, a w głowie huczały jej myśli, jak paranoiczne sny, widoki natchnienia, fotografie milczenia. Skądś dobiegały ją szumy - morza i traw. Szmer ocierających się o siebie chmur gradowych, szelest skradającego się wiatru. Powoli traciła wszystko, co czuła. Powoli stawała się nikim, pustką, ciszą, której nic nie mogło zakłócić. Składała się z błękitu, który się nad nią rozciągał. Niezmierzony, porażający. Burza była daleko, na skraju jej pojmowania. Odprężona coraz bardziej wyjęła papierosy i leżąc zapaliła. Pykała leniwie kółeczka i marzyła. Marzenia to plany, plany, które podejmujemy całkiem nieświadomie. Mamy już to wszystko ułożone w głowie, zamiary, których nikomu nie zdradzimy. Usta Iris szarzały i schły, bo dym zawracał do ziemi, mimo że wydmuchiwała go najmocniej jak umiała. Zjednoczyła oczy z niebem. Czubek jej nosa stanowił o rozległości horyzontu, drapiący go palec był statkiem, powolnym, białym, okrytym mgłą poranka. Powieki stawały się coraz cięższe, jak chmury. Niebo przymykało swe lazurowe przestrzenie czarną zasłoną. W oddali zahuczał grzmot. Piorun spadł na morze trzeszcząc siatką elektrycznych wyładowań i wypalając powietrze. Iris zamknęła oczy i oddała się deszczowi i wiatrowi. Powietrze dęło coraz silniej, mierzwiąc jej włosy, zatykając nos i otwierając usta. Krople deszczu były delikatnymi pocałunkami, powolnymi i ostrożnymi. W głowie cisza, kompletne nic. Wiatr gładził jej twarz bardzo lekko, prawie niedostrzegalnie. Iris poruszyła palcami pod piaskiem i przybrał na sile, był odrobinę agresywny, szybszy, szarpał. Rozwarła szerzej usta by łapać szare krople deszczu. Chmury przysłoniły całe niebo. Myślała, że są odbiciem jej samej, podczas, gdy to ona była lustrem gniewnych obłoków. Zacisnęła oczy najsilniej jak potrafiła przeżywając wspomnienia i przeglądając zdjęcia, które porobiła czasom. Szum wypełnił ją całą, czyli byli nawzajem sobą. Uśmiechnęła się trochę, a pojedynczy płatek śniegu spadł na jej usta. Zebrała się i odeszła, był początek następnej zimy. Zaczynał się chłód, którego nie lubiła. Obok niej szedł wiatr, spokojny i opanowany. W domu wybrał dla niej szminkę, tatuaż na usta, wybrał ubrania i maskę. Włożył do ust mowę. Opuścił ją, gdy szła.
Nie ma rozmowy, nie ma spojrzenia nawet. Nie dostała nic. Wiatr wybrał źle dla samego siebie. Nie ubrał jej tak, jak powinien. Wolno spadające płatki śniegu osiadały na jej kurtce i włosach. Żaden nie łączył się z innym, były samotne, jak myśli Iris, która zbłądziła. Nie potrafiła ich zebrać w jedną całość, nie miała mocy zdolnej je scalić. Nad morzem stojąc pytała, czy to ósmy dzień stworzenia, czy to dlatego jest tak źle. W lesie siedziała płacząc, a w domu myśląc sny, które doprowadzają do śmierci. Gdy patrzyła w lustro widziała wyjątkową istotę, mogła nawet dostrzec swoje piękno, mogła imponować, ale nie była poza tym lustrem. Nie istniała poza zmatowiałym szkłem wewnątrz starej szafy - bramy do magicznej krainy. Czekając na autobus myślała to wszystko i nie dochodziła do wniosków, a jej twarz coraz bardziej przypominała anonimowy list - na kopercie był tylko adresat. Nadawca odszedł, umarł, nie przetrwał. Zmarniał i zwiędł.
- Cześć, Iris.
- Cześć.
- Idziesz na imprezę do Gullfordów?
- Nie wiem. A ty?
- Raczej ta. No, ale nie mów, że nie będzie tam ciebie, kiedy będzie tam On.
- Nie muszę być tam, gdzie ktoś już kiedykolwiek był, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.
- Nie, mam z tym małe problemy, aktualnie.
- Cóż. Nie zależy mi na Nim aż tak, żebym musiała udawać dwa razy bardziej niż zwykle to robię. Jest przystojny, jednakże nie znam go...
- No to poznasz.
- Zamknij się.
- Cześć.
- Cześć. Spierdalaj.
- Idziesz na imprezę do Gullfordów?
- Nie wiem. A ty? Chuj Ciebie to obchodzi?
- Raczej ta. No, ale nie mów, że nie będzie tam Ciebie, kiedy będzie tam ona?
- Uważasz, że muszę być tam, gdzie kiedykolwiek ktokolwiek gdzieśkolwiek był? Hm...
- Głupi jesteś, buraku. Zrozum, że mnie osłabiają taki ukrywajki.
- Cóż. Nie zależy mi na niej aż tak, żebym musiał dla niej odrywać się od tego, co już mam. Nie muszę starać się dwa razy bardziej niż zwykle to robię, by mieć laskę na wieczór. Jest taka w miarę... Jest bardzo piękna i widzę, że jest muzą. Ma duszę piękną i ciało cudowne.
- No to na co czekasz?
- Zamknij się. Chciałbym ją poznać. Chciałbym dać jej prawdę. Chciałbym nauczyć się miłości.
- Cześć, Iris. Jak się bawisz?
- Dzięki, jest całkiem miło.
- Wspaniale wyglądasz.
- Dzięki.
- Słuchaj, nie czuję się tutaj zbyt dobrze...
- Uwierz, że mogę to zrozumieć.
- Może wyjdziemy na powietrze? Pogadamy...
- ...
Powoli odgarnął jej długie brązowe włosy na bok i pocałował jej kark. Błękitne światło księżyca błądziło po ubraniach i rozwydrzonych, pryskających guzikach. Dłonie przesuwały się powoli po wełnianym brzuchu Iris, coraz wyżej, zbaczały ku plecom i lekko musnęły jej piersi. Iris leniwie odwróciła się i pocałowała go w usta. Zamknęła oczy, gdy on patrzał prosto w jej powieki. Odchyliła głowę do tyłu, chwytając w usta trochę gwiazd, czerwona noc nad zachodzącym miastem zabarwiła jej wyobraźnię. Ciepłe, miękkie usta całowały dołek, w którym łączyły się kości obojczyka. Chłodna dłoń wsunęła się pod sweter i koszulkę wzbudzając dreszcz. Chmury gromadziły się w zastraszającym tempie, a wiatr dął coraz mocniej. Iris poczuła delikatny spazm, gdy jakiś cichy demon szepnął jej do ucha, że zniszczy, zabije tego gościa. Ale tym razem jeszcze silniej zacisnęła dłonie na ramionach chłopca. Kiedy zakażesz się kochać, będziesz sam kochał jeszcze mocniej. Rodzą się tajemnice, upiory gromadzą się gdzieś w głowie. Tajemne teorie połamanych ludzi. Iris nie wiedziała. Nie wiedziała z kim jest. W swoim domu była sobą i Nim. Jej kwiat kwitł coraz silniej i mocniej pachniał niż cały ogród nimf. Gdy obudziła się rano, łóżko było puste. Stał na balkonie, oparty o framugę drzwi. Podeszła i stanęła obok.
- Widziałem diabła w moich snach.
- ...
- Wtedy byłem sam. Spałem kilka lat.
- ...
- Wtedy byłem sam...
- ...
- ... i teraz też jestem sam. Dużo się modlę.
Iris stała na brzegu morza i patrzyła daleko w horyzont. Uśmiechała się płasko, nie unosząc kącików ust. Niebo jest cudownie szare, a ona przegląda fotografie. Znowu jest zima, jest rok mijający tamte zdjęcia sprzed pięciu, czy trzech lat. Zimny piasek jest jej płaszcz. Chce kochać, prawdziwym uczuciem, choć wciąż nie wie, jak to jest. Może nigdy się nie dowie. Morze jest bezkresne, zielone i słone. Dzikie. Nikt nie stanął stopą na jego dnie. Bałwany biją o skalisty brzeg nieopodal. Słychać ich trzask, a potem leniwy szum. I znowu. Na zimę można wyjść na pomost, daleko w lód, wydłubać dziurę i opuścić się na brzeg w dole. Łowić mroźne ryby. Lód jest zieloną kopułą podświetlaną słońcem, ostrym, lecz nie dającym ciepła. Jest się samemu, w królestwie ciszy i echa. Mierzysz to wszystko wzrokiem. Ono ciebie też. Iris wciągnęła powietrze. Elektryzowało się. Węszyła chwilę i prześledziła jeszcze raz horyzont. Burza nadchodziła. Była coraz bliżej. Pojedyncze płatki śniegu opadały samotne z nieba. Siadały i topiły się na jej ubraniach. Nie było już miejsca na wspomnienia, choć wiedziała, że to kłamstwo. Zawsze było. Jeszcze tylko jedna fotografia i uciekam stąd. Skończyło się lato.
Podobno jest tylko jedna miłość na świecie. Jest jak woda i przelewa się z człowieka na człowieka. Są odpływy i przypływy i na pewno największym szczęściem jest widzieć miłość w oczach kogoś, kto patrzy głębiej w Ciebie niż ktokolwiek wcześniej to robił. Nie wiem, czy już ktoś tak na mnie patrzał. Wierzę, że tak. Ale nigdy też nie zdobędę pewności, że to co widziałam, było prawdą, prawdą najprawdziwszą, bo przecież nigdy nie będę wiedziała, czy wszystko, co przeżyłam nie było fałszem, czymś kalekim i niepełnym. Jest też teoria mówiąca, że ludzie są pięknymi stworzeniami właśnie ze względu na swoje kalectwo, ograniczenia. Najpiękniejszymi, gdy potrafią te bariery pokonać. I chciałabym kiedyś tego dokonać. Chciałabym wyzbyć się nienawiści, ślepoty i nieporozumienia. Niestety nienawidzę i wciąż jestem ślepa na zrozumienie. Nigdy nikomu nie opowiem tego, co przeżyłam. Bo można przeżywać wszystko, walczyć albo trwać w poddaniu. Ale dzieci nigdy nie powinny walczyć o siebie. Nigdy nie powinny być świadome pewnych rzeczy. To powinno przychodzić z czasem. A moje dziecko widziało od razu. Nie potrafię nawet płakać. Wszystko już wylałam. Wierzę, że dzięki tej traumie mogę pomóc komuś, kto przeżywa coś, czego nie rozumie. Nigdy nie opowiem nikomu, bo to tak jakbym rzuciła na niego cały worek kamieni. Ta osoba będzie musiała mi wybaczać, będzie sobie tłumaczyła całe zło, jakie zrobię względem niej, moją przeszłością i po części teraźniejszością. Choć teraz, na obecnym poziomie mentalnej siły, nie odczuwa się tego wszystkiego w takim stopniu. A ja będę czuła się winna. Będę mocno nienormalna zawsze, skażona. Mam pod skórą po lewej stronie twarzy czarną bliznę. Kiedyś chciałam zabić. Nienawidziłam naprawdę. Nienawidziłam tak mocno, że przestałam czuć wszystko inne, nawet samą nienawiść. Ale tak naprawdę, tylko ludzie, którzy nie czują niczego, są beznamiętni, wyprani, potrafią odbierać życie. Człowiek, który czuje złość, płacze gorącem, a dłonie ma zimne - on nie będzie potrafił opuścić noża na ciało ofiary. Nie będzie potrafił jej udusić. Zawsze będzie odchodził i zawsze będzie czuł się nikim. Będzie czuł strach przed samym sobą, niemą obawę. Strach rodzi agresję. Może to stąd jest we mnie to zło. Może z powodu mojej nienawiści nie potrafię zrobić nikomu krzywdy, nie potrafię uderzyć. Chociaż czasem bardzo chciałabym umieć o to walczyć. Ale ja czuję zło tylko do słów. I rozumiem, że słowami można naprawdę zabijać. Powtarzać je wciąż i wciąż, aż do obłędu. Szaleją obie strony tego układu i w końcu ktoś puszcza, poddaje się i zabija, dla świętego spokoju. Nie liczy się już z konsekwencjami. Bije, mimo iż każdej nocy, gdy słuchał głosu, powtarzał sobie, modlił się, że nie może, że pójdzie do poprawczaka albo więzienia, albo go stracą. I będzie pokutował cały wiek. Jest tylko jedna nienawiść na świecie. I ona jest jak nieprzespana noc. Myślisz, czujesz wszystko i słyszysz żywiej niż w dzień, mimo mroku widzisz jaśniej swoją duszę, poznajesz siebie. Ale rano trzeba za to zapłacić. Ciało odmawia posłuszeństwa, a mózg pragnie snu. Nienawiść daje wielką siłę, nawet większą czasem od miłości. Bo miłość jest, a nienawiść trwa, trwa aż do bólu, czeka, skupia się i rośnie, aż w końcu nadarzy się okazja na jej wyładowanie. Cena jest wielka. Nie chcę jej płacić, ale nigdy nie wie się takich rzeczy. Jest tylko jeden Bóg.
Iris uciekała. Pęd powietrza załamywał jej krok. Mroźny wiatr sprawiał, że krztusiła się i drapało ją w płucach. Słońce zaszło już, pod stopami skrzypiał śnieg. Powiedz jej, gdzie to jest - gdzie autobus, który zatrzyma się. Stuka obcasami o beton, ślizga się i łapie równowagę. Chłopcy śmieją się z niej, pytają, co piła. Szczęka zębami chowając dłonie pod pachy.
- Zamarzam - wycedza przez zęby.
Autobus zatrzymuje się. Światło reflektorów, ciepłe, rozmyte lampy autobusowe w oczach krótkowidza. Kula blasku otoczona wyraźnymi płatkami olśnień. Dźwięki były jak szum silnika w porażającym palce mrozie, był jak rozsuwana pod oponami brudnoszara zaspa. Niósł koniec oczekiwania, był przebiśniegiem wieńczącym dzieło zimy, a będącym już wiosną. Iris wsiada i odjeżdża. Nigdy nie wraca i nikt nie wie, co dzieje się z nią w tak niedalekiej, jak i nieskończonej przyszłości.
Can't see the lights or the blue orange signs / can't see the road or the long white lines / feeling the ground through the pedals on the floor / feeling death pounding at the door / windows all open chaos in my hair / driving me round and leaving me there / cover my eyes and we'll die driving blind / cover my trail and we'll leave this life behind ... ... all at once too much light / captured and frozen hear no sound / bright flashes penetrate / glowing flowing lifting off the ground
Cover my eyes and we'll die driving blind. Cover my trail and we'll leave this life behind... ...drive blind
Homek Toft
podobny-chmurom-zbieg@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|