|
Deja vu
Patrzył na strumień światła, które od niechcenia wylewało się srebrzyście na podłogę, zakłócając jej szarą, drewnianą monotonię. Przyglądał się pyłkom tańczącym obłędnie na skraju rzeczywistości. Ruchy przywołujące wspomnienia, przykre wspomnienia. Światło, które nie daje ciepła... Zamknął oczy... Zaczął tworzyć światy. W niczym nie przypominały tego, w którym obecnie wiódł pełną bólu egzystencję... Kolorowe... Otworzył oczy. Światy umknęły, wylatując przez okno lub chowając się w najciemniejszych kątach pokoju. Na skraj rzeczywistości... Tam gdzie sięgała jedynie jego dusza, a raczej jej nikły cień drgający z każdym ruchem powietrza. Starał się ją zamknąć na zawsze w sobie lecz nie udawało mu się to. Ten nikły cień miał jeszcze na tyle siły, by się mu sprzeciwić...
Sięgnął do kieszeni płaszcza. Z największym wysiłkiem wyciągnął z niej mały drewniany przedmiot. Jego ukochana fajka. Jedyna przyjaciółka, która pozostała z nim na zawsze... Zapałki miał w drugiej kieszeni. Próbował dosięgnąć jej lewą ręką. Siłą woli udało mu się. Uśmiechnął się w myślach - cienkich nitkach wiodących w otchłań zapomnienia. Ale nie wszystko mógł zapomnieć... Zapalił zapałkę, zdawało mu się, że...
***
...dotyka go. Tak, jej ciepła dłoń dotyka jego twarzy. Uśmiecha się. Odwzajemnia dotyk. Poznają się od nowa. Jej usta... Ciepły oddech, który jest teraz jego jedynym pokarmem. Syci się nim bez opamiętania. Jej oczy... Miły, niebieski akcent w oceanie falującej czerni jej włosów. Uśmiechnięte... Skóra, przy której jedwab jest szorstkim materiałem. Delikatny rumieniec... Rytm serca... Pocałunek... Ten najzwyklejszy a zarazem niedościgniony w swej prostocie. Zamknęła oczy... On nie mógł. Musiał na nią patrzeć... Chociaż wielokrotnie to sobie powtarzał, teraz naprawdę wie... Kocha ją...
***
...rozjaśniła pokój. Nie, to tylko złudzenie. Kolejne w nieustającym ich ciągu... Wziął fajkę do ust. Zapach tytoniu pobudził dawno nieużywane zmysły. Zapalił kolejną zapałkę. Uczynił to z największym trudem. Udało się... Miły, czerwony żar. Kojący widok dymu. "Nic tak nie oczyszcza umysłu, jak wydmuchiwany dym" - przypomniał sobie cytat z jakiejś książki. Nieważne jakiej. Tytuł nic nie znaczy. Autor też nie. I tak w końcu o nim zapomną. Nikt nie kupi jego książki, ani nie pożyczy jej od przyjaciela. Jego żar zgaśnie w końcu, zdmuchnięty przez inny albo zadeptany przez przypadkowego przechodnia, mknącego gdzieś za swoimi pozornie ważnymi sprawami. Czasem tylko jakiś człowiek siedzący sam w ciemnym pokoju, oświetlanym jedynie przez srebrne światło księżyca, palący fajkę, przypomni sobie cytat z książki autora, dawno pochowanego pod gruzami cudzych myśli...
Miły, czerwony żar... Położył rękę na podłodze. Poczuł coś mokrego. Zbliżył dłoń do oczu. Zupełnie jak... Miły, czerwony żar... Zupełnie jak...
***
...jej krew. Wszędzie... Otacza go... Płynie spod zamkniętych powiek, zamazując wszystko nieprzebytą czerwienią. Wyrywa mu oczy... Krwawiące ręce na łóżku... Kontrastujące z bladością skóry... Nóż... Jeden mały, pierdolony nóż... Krzyk... To wcale nie tak!... To się nie zdarzyło!... Nie chciałem!... Zaprzeczenia uderzające w czerwone ściany. Płacz dziecka w jej łonie... Szydzące z niego ściany. Pławiące się w czerwieni. Ciemniejące... Spoglądające na niego z pogardą... Brak tchu... Brak słów... Jakieś niedokończone wątki... Strzępki zdań... Matowa czerń...
Szaleńczy bieg w otchłań... Ten sam mały, pierdolony nóż. Prawy przegub...
***
...krew. Jej? Jego? Nie wie. Wciąż siedzi. Pokój nieco się przechylił. Nie widzi prawej dłoni. Dlaczego? Nie pamięta... Chyba, że... Niemożliwe... Niemożliwe?...
Fajka dogasła, schował ją do kieszeni. Próbował zapłakać. Nie mógł. Chciał coś powiedzieć... Jedyne co wydostało się z jego gardła to suchy krzyk... Bolesny... Chciał coś usłyszeć... Usłyszał ciche stukanie...
***
Weszły karaluchy.
***
Zamknął oczy. Próbował przywołać stworzone światy. Z przeciwległego kąta przyszedł na wezwanie jeden... Kolorowy?... Raczej nie... Zajrzał do niego... Był smutek i łzy... Płacz i cierpienie... Nóż i krew... Przecięty lewy przegub...
***
Karaluchy wdrapały się na łóżko.
***
Ostatkiem sił wstał... Podszedł do łóżka, na którym czekało przeznaczenie... Wraz z nią... Ściany zaśmiały się w głos... Nie zwrócił na nie uwagi... Niedbale otworzył drzwi w suficie... Położył się obok niej...
***
Karaluchy dokończyły dzieła.
Rafał "placeq" Malicki
rustin_parr@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|