Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Nemo ::::

Bitwa o Kaer Morhen



Dziesiątki lat temu, kiedy Cintra była bogatym i dobrze prosperującym królestwem, a Nilfgaard jeszcze jej nie zagrażał, w Kaer Morhen odbywało się zebranie starszych wiedźminów. Mieli oni dziś wybrać spośród młodszych tych, którzy będą trzymali w pieczy mikstury używane do Zmian i Próby Traw. Od szóstej rano do trzeciej po południu obradowali i nie zdołali do niczego dojść. Gdy obrady przerwano na czas obiadu, strażnicy na wysuniętych posterunkach zameldowali zbliżanie się jakiegoś wojska.
- Nie są to wyszkoleni żołnierze, ale raczej pospolite ruszenie, wspierane jednak przez wielu magów. Armia wygląda na wściek... - Przekaz przez telepatyczny kryształ urwał się.
- Cragmorton, natychmiast zorganizuj obronę! - krzyknął Lifagnor - Wszyscy muszą jak najszybciej chwycić za broń i przygotować się do walki!
- Tak jest Lifagnorze!
Zaledwie w pięć minut później około czterystu wiedźminów zebranych w Kaer Morhen w czasie Zebrania, stało na murach potężnej twierdzy w kształcie trapezu. Każdy miał swój żelazny, obosieczny miecz i łuk. Zazwyczaj wiedźmini z łuków nie korzystali, ale obronienie twierdzy bez nich graniczyłoby z cudem. Wiedźmini woleli nie zdawać się na cuda i prócz odbijania strzał byli gotowi do wypuszczania własnych.

* * *



Cztery miesiące wcześniej, w Novigradzie, obradowała tajna rada czarodziejów.
- Witam wszystkich czterdziestu dwóch arcymagów zgromadzonych na naszym zebraniu. - powiedział Fogadub - Najważniejszym tematem tegorocznych obrad jest kwestia wiedźminów.
- Gwoli ścisłości - rzekł Movesac - chodzi o kwestię samego Kaer Morhen. Wiedźmini jako tacy wymrą sami, o ile pozbawimy ich możliwości tworzenia nowych mutantów. Żaden mutant na tym świecie nigdy nie będzie płodny.
- Tak więc zaczynamy. Kto chce się wypowiedzieć proszę zgłosić się do mnie, ustalimy listę wystąpień na jutro. - znów mówił Fogadub - a teraz reszta tematów: Testy zaklęcia Piorun Bothama są przewidziane na dzisiejszy wieczór, pojutrze zaś osądzimy Kaguba. Na teraz koniec, proszę wszystkich, którzy chcą się jutro wypowiedzieć o Kaer Morhen, o zgłoszenie się do mnie jeszcze przed obiadem.

* * *



Cała czwórka magów - renegatów - Botham, Kervon, Oxaliton oraz Gerthon, którzy obecnie tworzyli wiedźmińskie eliksiry, była stale przygotowana na atak, ale przy założeniu, że choć jeden wiedźmin przeżyje. Wtedy mógłby on bez większego trudu odnaleźć ukryte zwoje i receptury magicznych napojów używanych w Próbie Traw i Zmianach. Teraz, kiedy niemal wszyscy zebrali się tutaj, a pozostali byli niewtajemniczeni po ostatniej zmianie miejsca ukrycia receptur, pozostawało tylko mieć nadzieję, że odeprą atak. Inaczej wieki miną, zanim ktoś znajdzie zwoje i receptury, a do tego czasu ludzie mogą zapomnieć o wiedźminach.

* * *



Późnym wieczorem, po dwugodzinnych testach Pioruna Bothama, uznano czar za należący do kategorii drugiej - czarów wyjątkowo trudnych w rzucaniu. Dodatkowo zyskał on adnotację o wyjątkowym niebezpieczeństwie w przypadku błędu w rzucaniu. Zabroniono nauczania go w szkołach dla czarodziejów pierwszego i drugiego stopnia. Jednocześnie jednak został uznany za wyjątkowo skuteczny w czasie walki z liczniejszym wrogiem, ze względu na to, że przeskakiwał na kolejne cele.
- Testy zostały zakończone - oznajmił Fogadub. - Lista wypowiedzi w sprawie Kaer Morhen została ustalona. Żegnam panów i panie i życzę miłego wypoczynku. Zbieramy się jutro o dziesiątej na śniadaniu w wielkiej sali.

* * *



Potężna armia ciągnęła się aż po horyzont - niezbyt daleki w pokręconym i zalesionym górskim wąwozie. Wiedźmini widzieli przynajmniej dwa tuziny magów i arcymagów. Każdy uniósł łuk i napiął cięciwę. Byli gotowi do oddania pierwszej salwy.

* * *



- Tylko dwie osoby chcą wypowiedzieć się w kwestii zniszczenia Kaer Morhen - powiedział Fogadub. - Pierwszy jest Movesac.
Wysoki i przystojny arcymag w gustownej czerwonej szacie wstał z miejsca.
- Moim zdaniem Kaer Morhen musi być zniszczone. Daje ono schronienie bandom magów - renegatów, którzy buntują się przeciwko nam i naszej jurysdykcji! Ponadto wiedźmini miast zabijać potwory, wyłącznie przeganiają je z miejsca na miejsce, aby zarabiać na biednych wieśniakach, z których wyduszają ostatni grosz! Każdy szanujący się mag na prośbę mieszkańców okolicznej wioski, za symboliczną opłatą zabije każdego potwora, a wiedźmini nigdy nie schodzą poniżej swych ustalonych, a wysokich stawek, które wydają wyłącznie na dostatnie życie, jako że nie muszą kupować czy zdobywać magicznych ingrediencji, tak potrzebnych magom do leczenia i zabijania potworów!
Arcymag usiadł.

* * *



Średniego wzrostu blondwłosy renegat stał w swej niebieskiej szacie na wewnętrznym murze.
Był to Botham - wiedźmiński mag powietrza.
Botham zaczął nasączać kryształ w swym posochu swoim nowym czarem.
- Zabroniliście nauczania mojego czaru, tak? No to teraz wam pokażę co on może zdziałać!
Iskry sypały się z pełnego magicznej mocy ogromnego szafiru.

* * *



Fogadub znów wstał.
- Teraz kolej na wypowiedź Atemus.
Niska, blondwłosa czarodziejka z końcówkami włosów zafarbowanymi na rudo wstała, odkaszlnęła i zaczęła mówić. - Niestety, nie mogę zgodzić się z tezami postawionymi przez mojego szanownego kolegę. Najważniejszą jego pomyłką jest to, że uznał wiedźminów za oszustów, przeganiających potwory z miejsca na miejsce. Otóż jest to nieprawda. Miałam okazję kilkukrotnie podglądać wiedźminów w czasie wykonywania przez nich zleceń. Każdy z nich, zawsze, mimo iż nie wiedzieli, że są podglądani, sumiennie wykonywał swoje zlecenia. Nigdy żadnemu nie zdarzyło się wziąć nagrody za potwora, którego nie zabił. Poza tym, pobierają oni opłaty mniejsze, niż magowie z miast - przynajmniej od wieśniaków. Z kas bogatych miast biorą opłaty znacznie większe, jednak nie marnują ich na hulaszcze życie, a na leczenie ran odniesionych w starciu z potworami oraz na żywność czy paszę dla konia. Myślę, że Kaer Morhen mimo udzielania azylu renegatom, nie powinno zostać zniszczone.
Czarodziejka usiadła.
- A teraz przeprowadzimy głosowanie - głos Fogaduba przerwał ciszę.

* * *



Wyjątkowo wysoki renegat ubrany na zielono przykucnął obok Bothama.
To był Kervon - wiedźmiński mag ziemi.
Kervon pompował w wielki szmaragd na swoim posochu potęgę magii ziemi.
- Ciekawe co powiecie na deszcz kamieni po drobnych, dokonanych przeze mnie przeróbkach - mruczał po cichu, w przeciwieństwie do Bothama.
Po szmaragdzie spływały kropelki kwasu.

* * *



Fogadub wstał.
- Dwudziestu dwóch z nas opowiedziało się za, dwudziestu jeden przeciw wnioskowi o zniszczenie Kaer Morhen - powiedział. - A więc wyrok został przypieczętowany.

* * *



Krępy, czarnowłosy renegat unosił nad sobą laskę z turkusem.
To był Oxaliton - wiedźmiński mag lodu.
Oxaliton koncentrował się na zaklęciu możliwie największej mocy w turkusie, który magazynował jego zaklęcie burzy lodowej. Myślał tylko o zemście.
Turkus powoli pokrywał się szronem.

* * *



- Niech trzech z was zgłosi się na misję zniszczenia Kaer Morhen - powiedział Fogadub. - Jeśli zgłosi się was więcej, wybiorę najlepszych, jeśli mniej, sam wybiorę pozostałych, a tego nie chcę robić, bo głosowanie było tajne i mógłbym zmusić kogoś do oznajmienia jak głosował.
- Ja pójdę - odpowiedział Movesac.
- Dostaniesz osiemset koron na żołd dla żołnierzy, siedemset na ich wyposażenie i pięćset dla siebie - odpowiedział Fogadub.
- Ja też - zgłosiła się wysoka czarodziejka z krótkimi blond włosami.
- Tobie dam o sto więcej, bo wiem, że ostatnio masz niewiele pieniędzy.
- Tylko dlatego idę. Nie mam własnego zdania w tej sprawie, ale skoro można zarobić...
- Przy twoim trybie życia - rzekł czarnowłosy arcymag w szacie koloru stali - nie dziwię się, że nie tracisz okazji by zarobić. Ja też pójdę, ale te pięćset koron wydam na żołd i broń.
- Co w tym złego, że dużo wydaję?! - krzyknęła z oburzeniem czarodziejka.
- Uspokój się Monica! Bagen nic takiego nie powiedział. Lepiej pomyśl, kogo zrekrutujesz i jak uzbroisz, bo macie na to czas do Belletyn, czyli cztery miesiące.

* * *



Wysoki, krótko obcięty renegat w nieskazitelnie czystej szacie stał na końcu szeregu renegatów.
Był to Gerthon - najpotężniejszy z nich - mag ognia.
Gerthon wpatrywał się w ogromny rubin na końcu swego posocha i mruczał słowa zaklęcia. Z każdą wypowiedzianą zgłoską rubin był coraz bardziej wypełniony magiczną mocą.
Po klejnocie pełgały niewielkie płomienie.

* * *



Movesac postawił na najemników, Monica wzięła mieszczan i biedną szlachtę, zaś Bagen opłacił i uzbroił wielką liczbę chłopów. W lecie zawsze najmniej wiedźminów przebywało w Kaer Morhen, więc armia dotarła w góry w połowie maja. Wraz z nią maszerowało trzech arcymagów i dwa tuziny magów, opłaconych przez Fogaduba. Żaden z nich nie wiedział o Zebraniu.
Ujrzeli, jak wiedźmini naciągają cięciwy łuków, a renegaci nasączają klejnoty na swych posochach magiczną mocą.

* * *



Wszyscy obserwowali armię. Na czoło wyszli łucznicy i kusznicy. Podbiegli kilka kroków, wycelowali... i w tym momencie spadła na nich pierwsza wiedźmińska salwa. Wszyscy którzy przeżyli ten potok strzał, natychmiast zwolnili cięciwy, a wszyscy którzy mieli broń do walki wręcz runęli biegiem w kierunku twierdzy.
I wtedy zaczęło się piekło.
Olbrzymia fala ognia rozerwała ziemię na wysokości pierwszych szeregów biegnących i runęła w głąb armii. Magowie rzucili na siebie i swoje najbliższe otoczenie niewielkie, ale wytrzymałe magiczne tarcze.
Przydały się.
Niemal w tej samej chwili na wysokości strzelców spadł deszcz olbrzymich kamieni, a zaraz za nimi, tam gdzie stali magowie, spadały olbrzymie kawały lodu. Potężne, przeskakujące z człowieka na człowieka wyładowanie elektryczne trafiło najpierw w jednego z magów, przebijając jego tarczę magiczną, a następnie zmasakrowało kilkudziesięciu ciężko uzbrojonych najemników stojących wokół niego.
Po pierwszym szoku, znów wszyscy runęli do ataku.
Znów zostali zasypani przez strzały wiedźminów.
I znów sypnęły się potężne czary.
Ale tym razem ze strony oblegających.
Gerthon, Oxaliton i Botham postawili potężną magiczną zasłonę, aby osłonić wiedźminów przed czarami.

* * *



Dwanaście godzin drogi dalej, niewielka armia kawaleryjska dowodzona przez Atemus zdążała w kierunku Kaer Morhen. Atemus myślała tylko o tym, żeby pomóc wiedźminom obleganym przez Movesaca, Monicę, Bagena i ich armię.

* * *



Kervon spoza osłony rzucił potężny czar pola kamieni, które pokryło ziemię na której stała armia, potężnymi, ostrymi jak brzytwa kamiennymi kolcami. Kolejny mag padł, rozsypując wokół siebie wnętrzności z brzucha rozprutego przez kamienne kolce.
Monica skoncentronała się na rzuceniu jak najpotężniejszej kuli ognia. Po chwili kropla skoncentrowanej magii ognia pomknęła w kierunku murów. Cragmorton odbił i zniwelował ją swoją klingą pokrytą runami. Monica zaklęła po krasnoludzku i postawiła osłonę spowalniającą strzały. Nieomal trafiła ją strzała Lifagnora.

* * *



- Masz doskonały refleks, nawet jak na wiedźmina - zwrócił się jeden z młodszych do Cragmortona. - Dzięki - odparł.
Był niski, mierzył ledwie pięć i pół stopy, miał krótko ścięte, brązowe włosy i szare oczy. Zwykle lubił dużo mówić, ale kiedy sytuacja nie pozwalała, powstrzymywał się od gadania. A teraz sytuacja nie pozwalała na gadanie. Chyba że deszcz strzał i szturmująca armia nie są wystarczającym pretekstem do zaprzestania rozmów. Kolejny raz oddział najemników, dowodzony przez wysokiego i chudego człowieka o rybich oczach runął do szturmu. Cragmorton wycelował i spuścił cięciwę. Dowódcę przeszyła strzała.
Zdołał on pomyśleć tylko o swoim synu Bonharcie. Miał nadzieję, że zdoła go pomścić. O ile którykolwiek wiedźmin przeżyje.
Po jego śmierci kolejny atak załamał się. Już od pół godziny wiedźmini i renegaci masakrowali armię arcymagów.

* * *



Magowie zaczęli stawiać magiczne osłony, zaś arcymagowie zaczęli sypać magicznymi pociskami by zniszczyć mury. Renegaci powstrzymywali je promieniami odginającymi i polami osłonowymi.
Wiedźmini wciąż wypuszczali strzały.

* * *



Berlus dowodził oddziałami miejskiej milicji z Novigradu zaangażowanymi w szturm na Kaer Morhen. Jak zawsze potrafił poderwać swych ludzi do walki. I znów oddziały ruszyły z drabinami i hakami na linach do szturmu na mury. Były dowodzone przez wysokiego, z krótkimi, ciemnobrązowymi włosami oficera - Berlusa właśnie. Biegł - nie on jeden zresztą - z potężnym berdyszem, doskonale przystosowanym do szturmów.
Nagle prosto w niego trafił magiczny pocisk burzący odgięty przez renegatów.
Oddział, widząc śmierć dowódcy rozerwanego na strzępy, zawahał się na chwilę.
I runął do ataku ze zdwojoną siłą.

* * *



Wysoki, blondwłosy wiedźmin wycelował w jednego z magów, który został porwany przez tłum trochę zbyt blisko murów.
Spuścił cięciwę.
I trafił.
Kolejny mag padł.
A to oznaczało wyrwę w magicznej tarcz otaczającej armię.
Potężna fala kwasu runęła w wyrwę powstałą po śmierci maga, parząc, raniąc i zabijając tych, których napotkała.
A nienawiść i żądza zemsty wśród szturmujących wciąż rosła.
I po godzinie jeszcze nie osiągnęła apogeum.
A odsiecz była jedenaście godzin drogi dalej.

* * *



Atemus zmuszała armię do szybkiego marszu. Wiedziała, że ma coraz mniej czasu, ale nie mogła zbytnio forsować koni. Musiało im wystarczyć sił na szarżę w tyły zaskoczonej armii. Oby tylko wystarczyło miejsca, by konie mogły się rozpędzić.

* * *



Fervon musiał patrzeć jak fala kwasu zmywa jego najlepszego przyjaciela. On i jego oddział uzbrojonych we włócznie najemników był już gotów do szturmu.
Podnieśli tarcze.
Nastawili włócznie.
I czując nad sobą magiczną tarczę, pobiegli do ataku.
Cragmorton, jak zwykle ubrany na czarno, i jego najlepszy przyjaciel, długowłosy Tograd, wycelowali jednocześnie i w tej samej chwili spuścili cięciwy.
Strzały trafiły jednocześnie.
Fervon przeszyty dwiema strzałami padł na twarz.
Ale jego oddział biegł dalej.
Oxaliton wypuścił chmurę ostrych, lodowych kryształków, które przebiły tarcze - najpierw magiczną, a potem te, które żołnierze trzymali nad sobą. Włócznicy padali, przeszyci na wylot maleńkimi, lecz ostrymi okruchami lodu.
Kolejny oddział nie wróci z tej bitwy.
Ale tych oddziałów byłe jeszcze bardzo dużo.
A wiedźminów nie.
Odsiecz była wciąż daleko.
I nie mogła przyśpieszyć.

* * *



Przez kolejne trzy godziny trwała niesamowicie zacięta walka między wiedźminami a armią magów. Zrekrutowana za olbrzymie wręcz pieniądze armia ponosiła straszliwe straty w walce z garstką wiedźminów.
Cała trójka arcymagów zasypywała Kaer Morhen magicznymi pociskami. Botham stawiał tarczę, która miała osłonić wiedźminów przed uderzeniami czarów, zaś pozostałych trzech renegatów usiłowała przełamać magiczną barierę tworzoną przez magów z armii.
Obie bariery trzeszczały napięte do granic możliwości.
Aż wreszcie nie wytrzymały.
Obie potężne bariery pękły w tej samej chwili.
Wśród armii szturmujących nagle eksplodowała ziemia, wyrzucając w górę fontanny kamieni.
Jednocześnie na armię spadł deszcz płonącej siarki.
I straszliwe zimno spowolniło ruchy żołnierzy, zestaliło ich zbroje i spowodowało, że broń stała się krucha jak szkło.
Ale pękła też bariera wiedźminńska.
Potężne magiczne pociski trafiły w bramę, roznosząc ją na strzępy.
Kolejny zniszczył jedną z sekcji murów.
Cragmorton i Tograd musieli patrzeć, jak tuż obok nich kawał muru pada rozerwany straszliwym pociskiem i przynajmniej tuzin wiedźminów spada siedem jardów w dół w lawinie kamieni. Normalnie skok z takiej wysokości przeżyli by wszyscy, ale spadło na nich tysiąc ton kamieni.
Nie przeżył nikt.
Ale Botham miał już gotową odpowiedź.
Z szafiru na końcu jego posochu straszliwa błyskawica pomknęła z prędkością światła w kierunku Bagena.
Nie miał szans się osłonić.
Jego ciało jeszcze długo skwierczało na polu bitwy.
A armia magów ruszyła z nowym zapałem do walki.

* * *



Atemus wiedziała, że jej armia posuwa się wolno. Ale szybciej nie mogła. Była oddalona od Kaer Morhen o dziewięć godzin drogi.

* * *



Oddziały magów musiały przejść przez straszliwą wiedźmińską fosę. Fosa była sucha, ale pełna dwu - trzy stopowych, zaostrzonych palików, na które nadziewał się każdy, kto do niej wszedł.
Fosa miała piętnaście stóp szerokości, więc przeskoczenie nad nią było niemożliwe.
Ale oddziały magów i tak pobiegły.
I tym razem, wiedząc, że mogą przejść przez zniszczoną bramę i wyrwę w murze, nie mieli zamiaru się cofać.
Botham znów postawił osłonę, tym razem wspierany przez Gerthona. Arcymagowie - we dwoje - nie mieli szans jej przebić.
Ale dwóch pozostałych renegatów nie mogło przebić bariery znów ustawionej przez magów.
Po zniszczeniu bramy jako pierwszy ruszył do szturmu oddział mieczników, złożony z członków cechów płatnerzy i kowali, rekrutowanych w Kovirze.
Żaden z nich nie zdołał dojść do fosy.
Nie zdołały do niej dojść też trzy następne oddziały - chłopi, poddani króla Vesemira, mieszczanie z Cintry i najemne elfy uzbrojone w miecze.
Ale czwarty oddział doszedł.
Byli to Rivijscy chłopi, uzbrojeni w pałki i puklerze.
Kiedy pierwsi dobiegli do fosy, zawahali się na moment.
I skoczyli.
Żaden z nich nie zdołał doskoczyć do przeciwległego krańca fosy.
A po nich byli następni.
Ci wszyscy żołnierze byli prawdziwymi fanatykami - chcieli zniszczyć wiedźminów za wszelką cenę - nawet za cenę własnego życia.
I skakali.
A fosa zaczęła zapełniać się ich ciałami.
Zanim ich ciała stworzyły w fosie most, po którym mogli przejść następni, minęła godzina.
A ten jeden most nie wystarczał.

* * *



Oddział najemnych halabardników maszerował właśnie przez całkiem już szeroki most z ciał tych, którzy szli tu wcześniej.
Nie byli w stanie biec w pełnych zbrojach płytowych.
Ale za to byli nimi całkiem nieźle chronieni przed wiedźmińskimi strzałami.
Ten oddział był pierwszym, który nie tylko przeszedł na drugą stronę fosy, ale też wszedł na dziedziniec.
Żaden z halabardników miał już nigdy go nie opuścić.
Wiedźmini jak na komendę zeskoczyli z murów i zaczęli masakrę przy użyciu swoich mieczy.
Ale coraz to kolejni żołnierze wdzierali się przez wyrwę w murze.
I spychali wiedźminów krok po kroku ku wewnętrznemu murowi.

* * *



Cragmorton dopadł halabardników pierwszy.
Pierwsze, długie cięcie jego miecza trafiło w złączenie napierśnika i osłony szyi dowódcy oddziału. Fontanna krwi tryskająca z rozpłatanego gardła zdeprymowała na moment innych żołnierzy, co pozwoliło wiedźminom otoczyć wyrwę w murze potężnym pierścieniem. Kolejne nadchodzące oddziały spychały wiedźminów.
I ginęły od ich mieczy.
Oni nie mieli gdzie się cofać, więc szli do przodu.
A wiedźmini mieli gdzie się cofać.

* * *



Tograd, ubrany na czarno, z długimi brązowymi włosami związanymi w kitkę, walczył tuż obok tak samo ubranego Cragmortona. Obydwaj byli doskonale zgrani w walce.
Teraz młócili mieczami różnorodnie uzbrojony oddział chłopów i mieszczan z Cintry.
Krótkie, niebywale celne cięcia obydwu rozcinały gardła i większe tętnice, a ich krótkie i oszczędne pchnięcia przeszywały serca. Nic dziwnego, że cały obszar dziedzińca, na którym były oddziały magów był zalany krwią niczym podłoga w rzeźni.

* * *



Lifagnor potężnym znakiem Aard powalił oszczepnika. Jeden z młodszych przebił go mieczem. Cragmorton wymieniał ciosy z miecznikiem z Novigradu.
Tograd znakiem Igni przypalił mu mundur. Gdy miecznik się odwrócił, Cragmorton odciął mu głowę jednym szybkim cięciem.

* * *



Jodyp, dowódca oddziału wyspiarzy uzbrojonych w trójzęby i miecze zaatakował jakiegoś młodo wyglądającego wiedźmina.
Ten błyskawicznie sparował cios trójzębu i wyprowadził własne pchnięcie, odbite mieczem Jodypa.
Przez chwilę wymieniali pchnięcia i cięcia.
Wiedźmin odsłonił się przy kolejnym cięciu. Jodyp wyczuł w tym swoją szansę i potężnie pchnął swym trójzębem.
Wiedźmin tylko na to czekał.
Jodyp musiał stracić równowagę.
A wtedy został trafiony znakiem Aard.
Runął na ziemię.
A wiedźmin przebił go swym mieczem.

* * *



Atemus wraz ze swoją armią była już tylko pięć i pół godziny drogi od Kaer Morhen. Wiedziała że muszą zdążyć. Inaczej ten świat zaleje plaga potworów, której magowie nie opanują.
Musieli zdążyć.
Ale nie mogli się śpieszyć.

* * *



Trzy godziny po przejściu pierwszych wrogów przez wyrwą w murze pierścień wiedźminów był już mocno rozciągnięty i przetrzebiony. Od początku bitwy zginęło około stu wiedźminów.
W pewnej chwili wiedźmini usłyszeli hałas.
Znacznie mniejszy od obecnego, ale inny.
Były to odgłosy kroków.
Żołnierze magów przebiegli przez zniszczoną bramę.
Wiedźmini nie mogli walczyć w otoczeniu.
Musieli wycofać się za wewnętrzny mur.
Odwrót pochłonął niemal pięćdziesiąt ofiar wśród wiedźminów i o wiele więcej wśród żołnierzy armii magów.
Wiedźmini bronili się już od ośmiu godzin.

* * *



Cragmorton i Tograd stanęli za niziutkim wewnętrznym murem. Miał tylko pięć stóp wysokości, więc Tograd bez trudu używał zza niego miecza, ale Cragmorton ledwie widział to, co działo się po drugiej stronie tego murku. Szybko ktoś życzliwy podstawił mu kawałek nie wiadomo skąd wytrzaśniętego pniaka.
Wiedźmini zatrzymywali szturmujących mieczami, zaś renegaci zasypywali dziedziniec magicznymi pociskami.
Część czarów spychała żołnierzy wprost do fosy.
Niemal cała była wypełniona ciałami.
Ponad połowa armii była martwa.
Żyło tylko czterech magów i dwóch arcymagów.
Kiedy jednak arcymagowie przerwali na chwilę kanonadę, by zaczerpnąć mocy ziemi i powietrza, renegaci zdjęli na chwilę własną osłonę.
I cała czwórka naraz wypuściła czary zmagazynowane w kryształach.
Bariera stawiana przez magów pękła w jednej chwili.
Niebo pokryło się chmurami, z których spadł deszcz kwasu.
Ziemia eksplodowała gejzerami ognia.
Powietrze wypełniło się prądem i piorunami.
A po chwili przez wszystko przetoczyło się tsunami.
Wszystko to jednak kończyło się przed zniszczonym murem.
Tylko jedna wyspa wśród zniszczenia ostała się nienaruszona.
Ziemia wokół Monici.
Renegaci wiedzieli, że tylko jedna moc, jeden żywioł mógł powstrzymać ich połączoną potęgę.
Monica czerpała z mocy śmierci.
W jednej chwili stała się nekromantką.
Straszliwe, czerwone oczy wyróżniały się na nagle pobladłej twarzy.
Powoli uniosła ręce.
I wypuściła straszliwą ilość energii.
Renegaci wiedzieli, że tylko czerpiąc energię śmierci i rozkładu z trupów będą w stanie powstrzymać Monicę.
Oxaliton nadał telepatyczny impuls do Vesemira, który nie zdążył przybyć na spotkanie. Zawarł w nim informacje o nowym miejscu ukrycia zwojów i eliksirów oraz o przebiegu bitwy.
Kervon nadał taki sam impuls do Geralta.
Botham wysłał go do Cöena.
Gregorius postawił wokół siebie tarczę z mocy śmierci, chorób i rozkładu.
Poświęcił się śmierci, by ocalić od niej wiedźminów.
Energia Monici rozbiła się o tarczę.
Ale wysłała jeszcze jeden strumień energii.
Tym razem Gregorius również zdążył wysłać swój promień.
Potężne starcie dwóch magów śmierci nasyciło powietrze wonią rozkładu.
A pod nimi wiedźmini walczyli o życie.

* * *



Coraz bardziej zmęczeni wiedźmini broni się za wewnętrznym murem.
Ale żołnierze z armii zagów wspinali się na mur po ciałach własnych sojuszników, którzy zginęli tu wcześniej.
A Gregorius nie mógł im pomóc, całą moc koncentrując na pokonaniu Monici.
Pierwszy oddział z armii magów wszedł na mur. Magowie - a właściwie Monica - mogli wprowadzać do walki coraz to nowe rezerwy.
Wiedźmini nie.

* * *



Lifagnor czuł, że to jego ostatnia walka w życiu. Był już bardzo zmęczony, więc uznał, że musi zabić jak najwięcej wrogów przed śmiercią. Ujął swój miecz oburącz i rzucił się w wir walki.
Pierwszego napotkanego włócznika pchnął mieczem prosto w serce.
Następny uzbrojony był w maczugę i tarczę. Pierwsze cięcie zdołał sparować swoją tarczą, ale zaraz potem padł z przeciętą tętnicą udową. Zmarł w kilkanaście sekund.
Kolejny w dłoniach miał lancę.
Lifagnor nie zdołał nawet dojrzeć ruchu dłonią.
Nie dlatego że był szybki.
Dlatego, że Lifagnor padał z kręgosłupem przeciętym mieczem żołnierza z armii magów, który stał za nim.

* * *



Broniło się już tylko pięćdziesięciu wiedźminów, tuż przed wejściem do wewnętrznej cytadeli.
A nad dziedzińcem trwało starcie dwójki nekromantów.
Odsiecz była coraz bliżej.
Ale wiedźmini o niej nie wiedzieli.
Myśleli, że skoro i tak umrą, lepiej jest nie wytrzymać jak najdłużej, lecz zabić i powalić jak najwięcej wrogów.
Wiedźmini naprawdę nie bali się śmierci.
Oni nie bali się niczego.
Gdyby wiedzieli o odsieczy, może wytrwaliby do jej przybycia.
Ale nie wiedzieli.

* * *



Atemus coraz bardziej popędzała swoją armię. Byli już tylko dwie godziny drogi od Kaer Morhen.

* * *



Cragmorton i Tograd stali zwróceni do siebie plecami. Masakrowali mieczami wszystkich wrogów, którzy do nich podeszli.
Byli jednymi z tuzina, który przetrwał jedenaście godzin od rozpoczęcia bitwy.
Gregorius już od godziny walczył z Monicą.
Promienie energii wciąż stykały się dokładnie w połowie odległości między nimi.
Żadne nie mogło przeważyć szali na swoją stronę.
Monica była słabsza, ale całkowicie oddała się śmierci.
Gregorius nie chciał oddawać się jej całkowicie, więc mimo że był silniejszy, nie mógł pokonać Monici.

* * *



Minęło jedenaście i pół godziny.
Żyło już tylko pięciu wiedźminów.
Odsiecz właśnie wchodziła w doliny, co oznaczało, że jest o pół godziny drogi od Kaer Morhen.
Monica zdobywała coraz wyraźniejszą przewagę nad Gregoriusem.
Cragmorton właśnie powalił kolejnego najemnika.
Stojący tuż za nim Tograd hojnie rozdawał ciosy przy użyciu znaku Aard.
Dowódca oddziału najemników wyposażonych w łuki i topory zaatakował Cragmortona. Pierwszy cios topora został bez wysiłku odbity przez wiedźmina. Kolejny, wyprowadzony z olbrzymią siłą, został przezeń zgrabnie wyminięty.
- Nie masz najmniejszych szans - wysyczał wiedźmin.
Zadziałało.
Jego przeciwnik zachwiał się przez chwilę po ostatnim ciosie.
Cragmorton szybkim cięciem rozpłatał mu skroń.
Kolejny uzbrojony był w miecz.
I taki ciąg ataków i trupów powtarzał się coraz częściej.
A zza atakujących wciąż nie było widać końca armii.
- Gdzie stoją ostatni? - Cragmorton spytał Tograda.
- Nie wiem - odparł. - Może ostatni wspinają się na wewnętrzny mur? Może przechodzą przez fosę? A może stoją przed zamkiem?
Byli dwójką ostatnich wiedźminów.
Wsparli się plecami o drzwi do wewnętrznej cytadeli. Były one zagłębione w mur, więc armia magów mogła atakować ich tylko z jednej strony.
I w tym momencie usłyszeli straszny huk.
Gregorius nie wytrzymał.
Zdołał tylko wysłać sygnał do Lamberta.
Wiedźmini myśleli, że to już koniec.
I w tej samej chwili zza załomu doliny wynurzyła się konna armia Atemus.
Monica nie zdołał się nawet obejrzeć, gdy konnica stratowała ją kopytami.
Ale zdołała wcześniej rzucić ostatni czar.
Czar natychmiastowej śmierci, przez wtajemniczonych w arkana nekromancji zwany po prostu Palcem Śmierci.
Cragmorton i Tograd padli pod nogi atakującej armii martwi, myśląc, że trzeba będzie zacząć wierzyć w bogów.
A już na pewno w boginię miłosierdzia.

* * *



Zanim żołnierze zdołali się obrócić, konni byli już na dziedzińcu.
Nie mieli już żadnych włóczników, nie mieli jak przeciwstawić się konnym.
Jeszcze przez pół godziny po rzezi spieszeni żołnierze Atemus wyszukiwali niedobitków wśród murów i zaułków Kaer Morhen, Wiedźmińskiego Siedliszcza.
Opuszczonego przez wiedźminów.
Atemus czuła telepatyczny impuls, wysłany przez Gregoriusa.
Ale ona czuła też to, czego on nie wyczuł.
Barierę ustawioną przez arcymagów z Novigradu.
Barierę, której jedynym zadaniem było zatrzymać wszystkie telepatyczne impulsy, które zostałyby wysłane z Kaer Morhen.
Wiedziała też, że bariera ich nie zatrzymała całkowicie, jedynie czasowo.
Ale nie wiedziała na ile.

* * *



Arcymagowie wiedzieli.
- Na sto, może sto pięćdziesiąt lat - stwierdził Fogadub.
- Nie wiemy do kogo zostały wysłane?
- Nie. Ale i tak nikt nie zechciałby porwać się na wiedźminów. Nie po tym, co zrobili z naszą armią.

* * *



Atemus pochyliła się nad ciałem Cragmortona.
- Byłeś ostatnim wiedźminem na tym świecie - szeptała, jakby zwracając się do trupa.
- Nie - stwierdził krótko żołnierz, który za nią stał.
- Jak to? - zdziwiła się Atemus, obracając się do żołnierza.
- Zawsze część wiedźminów pozostaje poza Siedliszczem, aby służyć wiedzą, gdzie znaleźć magiczne zwoje i eliksiry, potrzebne do Próby Traw i Zmian.
- No więc trzeba będzie poszukać żywych wiedźminów.

* * *



Poszukiwania Atemus i ich zakończenie to już temat na inną opowieść... Atemus miała przed sobą dużo więcej niż sto pięćdziesiąt lat życia.
Ale ile mieli wiedźmini, do których adresowane były telepatyczne impulsy - Vesemir, Cöen, Geralt i Lambert?


Nemo

hoyo@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||