|
Sekretny mord
Sekret
W realnym świecie. Zonie wydarzeń okrutnych i innej maści. Moje życie było synonimem tajemniczości. Wielu pragnęło oderwać się od realności i stać się podobnymi mnie. Tymczasem, zastanawiałem się kto chciałby egzystować tak jak ja. Nawet po śmierci wedle prawa Jego, do nieba nie mogłem trafić. Nie miałem duszy. Nie mam jej nadal. Będąc częścią natury znałem jej sekrety, które zresztą w dobie dzisiejszego rozwoju techniki takie tajemnicze już nie były. Wystarczyło sięgnąć po gazetę i już na pierwszej stronie było ich kilka. Chcieli patrzeć na świat moimi oczyma, ale czy w tej sytuacji chcą tego nadal? Z mojej perspektywy. Fakt, wszystko to inaczej wygląda z mojej pozycji. Te ich chrapliwe głosy niezrozumiałe dla mnie. Czytałem w ich myślach. Od zawsze byli tacy sami, już wieki temu nie interesowało ich nic innego jak oderwać się od swego ułomnego ciała. Podobni mnie nauczyli się czytać ich myśli już w Starożytnym Egipcie. Oni zdawali się jednak o tym nie wiedzieć, może nie chcieli tego po sobie pokazać. Wszak nie byłoby im w smak dzielić dar "rozumu" z kimś jeszcze oprócz ich samych. W zamierzchłej przeszłości byliśmy jedynie obserwatorami poczynań ludzi, od tych pamiętnych lat staliśmy się kimś więcej i mniej zarazem. Dla niektórych jesteśmy teraz częścią ich "nudnego" życia. Staramy się nie ingerować w ich sprawy, za to oni swoim zwyczajem mieszają się w nasze jak tylko potrafią.
Tak, jak my łączą się w pary i rodzą dzieci. My nie mamy stałych partnerów i jakoś nad tym nie ubolewamy. Ludzie dawniej też nie żyli w parach. Były stada i mieli wiele samic i samców. To religie i inne pobudki nałożyły na nich obowiązek posiadania co najwyżej jednego partnera. I te ich bzdury o reinkarnacji. Wśród nas nie występują tak często zachowania patologiczne jak homoseksualizm i temu podobne zboczenia. To w ich nadumysłach powstały takie nieuzasadnione pragnienia. Im dalej natury tym dalej normalności. Związek dwóch osobników, z którego nie może być potomstwa jest jedynie szkaradną karykaturą urągającą swoją brzydotą uporządkowanemu tokowi wydarzeń.
Dzieci. Może w ich świecie są dobrze wychowywane. Może. Jednak u nas to inaczej przebiega. Fakt, faktem o potomstwo trzeba dbać jednak do pewnego stopnia. Toż to śmieszne, że w ich świecie dojrzałość płciowa nie jest równoznaczna z dojrzałością emocjonalną. Zdani na samych siebie nie potrafią nawet zdobyć marnych ochłapów jedzenia. Choć wielcy i dumni tak naprawdę bez ich wynalazków nic nie znaczą. Pozostaje im tylko podziwiać naszą grację, nasze ruchy.
Są jednak rzeczy, które nam nie są dane, lecz im ich nie zazdrościmy. Bo cóż nam po wiecznym życiu. Wiadomo, że coś co trwa w nieskończoność musi się prędzej czy później znudzić. Co wtedy dzieje się z umysłem. Człowiekowi zaczynają do głowy różne myśli przychodzić. Tak zaczyna się burza myśli w jego głowie, co mikrosekundę rodzi się nowa a na jej miejscu powstaje kolejna. A może wręcz przeciwnie? Czynnikiem wywołującym obłęd jest co innego? Monotonia. Schizofreniczne wizje. Poobgryzane paznokcie i poszarpane włosy.
W chwili, gdy Ona jest tuż tuż, gdy czuć Jej chłodny oddech, wtedy wznoszą modły do bogów. Nagle przypominają sobie, że jest właśnie ten ktoś, kto stworzył ich i nas również. Przepraszają za to, co źle uczynili. Zabawne, tak patrzeć jak zagorzeli mordercy leżąc u Jej stóp płaszczą się w prochu. Teraz, gdy i ja leżę na wpół martwy, życie ucieka ze mnie jak powietrze z przebitego sterowca, którego przeznaczeniem jest ziemia, krwawy pocałunek złożony na asfalcie i towarzyszący mu chrzęst łamanych kości. Pisk opon. Przekleństwo. W tym to właśnie momencie zacząłem rozumieć. Pojąłem. Zacząłem się lękać. To brak wiary, bądź jej chwiejność powodowały te zmiany w ludziach w obliczu Śmierci. Bojąc się o swoją pozaziemską przyszłość błagali Boga o to by ich zbawił. Starali się tym zapewnić sobie lepszą świetlaną przyszłość. Gdy niemoc ogarnia wszystkie członki, drętwota i zimno zalęgają w stawach. Krew zaczyna krzepnąć w żyłach. Ciałem wstrząsają ostanie nerwowe ruchy przechodzące w mozolne podrygi. Płuca pracujące ostatkiem sił. Ostatnie wdechy i w końcu to westchnienie - wyzionięcie ducha. Skurcze, ostateczne, zanikające bicie przesilonego, stłuczonego serca. Przymrużone oczy, zaciągnięte mgłą z otchłani zapomnienia. Teraz stawałem się podobny tym wszystkim ludziom, którymi tak gardziłem. Rozpaczliwie pragnąłem żyć. Czuć, oddychać, zakosztować jeszcze przyjemności istnienia.
Choć ciało będące już zimną, krwawą miazgą nie wyglądało na żywe, umysł nadal pracował. Rozpaczliwie tłukł się w czaszce.
- Ratunku... Pomocy... Ja nie chcę. Boże... Dlaczego tacy jak ja... nie mają duszy? Duszy. Te wszystkie bajki, czyżby były prawdziwe? To już naprawdę koniec? - kotłowało się w małej główce.
- A fuj... ale paskudnie potrącony kot. Staszek weź przejedź po nim i dobij go...
Ciemno. Jakieś głosy w oddali. Bezpiecznie, ciepło i wilgotno. Coś zakłóca ten spokój. Ktoś mnie obejmuje. Głosy nabierają na sile, stają się też zrozumiałe. Fala jasnego światła, do oczu napływają łzy.
- Siostro, proszę podać matce środki przeciwbólowe.
Ktoś bierze mnie na ręce. Słyszę śmiech. Chcę zaprotestować. Z moich ust wydobywa się płacz dziecka. Słodka nieświadomość, niewiedza - zapomnienie.
- Pani Jarocka, ma pani pięknego zdrowego synka! - oznajmiła pielęgniarka.
Mord
Wstał w złym humorze. Otwarł najpierw jedno oko, potem drugie. Przetarł ropę nagromadzoną w kącikach oczodołów. Przygładził ręką wzburzoną fryzurę. Usiadł na łóżku, przeciągnął się i powitał radośnie nowy dzionek mruknięciem: "Kurwa mać...". Poszedł do łazienki, załatwił swoją potrzebę fizjologiczną i sięgnął po szczoteczkę. Umył zęby i przetarł twarz. Udał się do kuchni i już w progu zauważył ją... Siedziała na rogu stołu odwrócona do niego plecami. Nie dostrzegła go. Wygrzewała się w słońcu, nieświadoma tego, iż jest obserwowana przez rozzłoszczonego jej widokiem mężczyznę. Wlepiła wzrok w okruch chleba leżący na blacie. Niby tak mała rzecz, a mogła ściągnąć uwagę na dłużej.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę. Przystanął w miejscu zaraz na granicy dywanu leżącego w korytarzu i płytek kuchennych. Wpatrywał się w jej tłuste ciało, skrzącą się w słońcu skórę. Nienawidził tej istoty i jej podobnych. Nie zmieniając pozycji założyła nogę na nogę. Podrapała się po głowie. Za oknem wstawał nowy dzień. Jej siostry i bracia teraz uganiali się na podwórzu za niewiadomo czym. Ona nadal wpatrywała się w zasuszony kawałek chleba. W końcu właściciel mieszkania wpadł na pomysł jak pozbyć się zbędnej lokatorki.
Skierował swoje kroki do sypialni. Starał się iść w miarę szybko, jednak zachowując absolutną ciszę, aby go nie usłyszała i nie była przygotowana na to, co jej szykował. Zakradł się cichaczem do szafki ustawionej obok łoża i otworzył szufladę. Wyjął z niej potrzebne mu narzędzie. Podłużny trzon dobrze leżał w dłoni. Dla wprawy wykonał nim parę wymachów i uderzeń. Niczym muszkieter próbujący swoją szpadę, tak on wygiął przedmiot w łuk i wykonał dwa przysiady. Z kamienną miną powrócił do wejścia kuchennego. Ofiara nadal siedziała na stole.
Poziom adrenaliny zaczął gwałtownie się podnosić. Powietrze zgęstniało. Słońce schowało się za chmurą, powiał zimny wiatr. Zapanowała cisza. Słyszał bicie własnego serca. Teraz jednak nie mógł już zawrócić nie będąc zauważonym. To był jedyna taka dobra okazja. Ścisnął swoją prawicą mocniej narzędzie mordu i zaczął się do niej po cichutku zbliżać.
Ofiara nadal głupkowato przyglądała się niemalże pustemu blatowi i pocierała noga o nogę. Tymczasem nad nią wyłoniła się ogromna sylwetka mężczyzny.
Rozstawił szeroko nogi, uniósł narzędzie śmierci. W tym czasie ona drgnęła i zaczęła nasłuchiwać, kątem jednego z oczu dostrzegła spadającą z góry śmiercionośną broń. Było już za późno. Drugim ciosem zakończył jej życie. Leżała teraz obok okruszka. Swoimi wnętrznościami ubazgrała ceratę leżącą na stole.
Zaczął się zastanawiać. Jak zlikwidować ślady? Wziął mokrą szmatę i zaczął wycierać cały blat. Rozglądnął się nerwowo, czy nikt go nie zauważył. Na szczęście byli w tym domu tylko on i ona. Ona już nie żyje, więc nikt nic nie będzie wiedział, jak dobrze ukryje ciało. Począł szukać odpowiedniej kryjówki. Długo nie musiał myśleć.
Zrzucił truchło na ziemię. Wziął szuflę i zmiotkę. Jeden szybki ruch i mucha znalazła się na szufli. Poszedł do przedpokoju i podniósł dywan. Wrzucił trupa pod spód i przykrył. Przydepnął nogą, aby nikt nie zauważył nierówności. Uśmiech wykwitł na jego twarzy. Dokonał tego, czego jeszcze nikt nie zrobił. Morderstwo doskonałe. Żadnych świadków, żadnych śladów. Niczym rasowy morderca powrócił na miejsce zbrodni, chwycił nóż i ukroił sobie kromkę chleba.
Royal Gryffin
phantazm@interia.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|