|
Genesis 2
1. Hiobowe dni
Dnia siódmego sierpnia roku pańskiego dwa tysiące następnego odnotowano pierwsze zaburzenie w linii cudów. Dawno już obliczono, iż tygodniowo mogą się przydarzyć dwa cudy, jednakowoż tylko dwa mają prawo jednego dnia, oraz między drugim a trzecim musi być co najmniej dzień przerwy - zasada ta zwie się Stałą Kardynała Gianlucciego, który na przełomie wieków szesnastego i siedemnastego spisał ją po tym, jak dostał objawienia po uderzeniu młotkiem w głowę. Można więc powiedzieć, że w ten oto sposób ujarzmił Boga, lecz nikt nie ośmielił się tak owego olśnienia nazwać.
Tymczasem w czwartek, siódmego dnia sierpnia, nastąpiło zdecydowane naruszenie owej zasady, a pierwszym który to zauważył był Gżu-gżu, kongijski buszmen uczestniczący w lekcjach prowadzonych przez tamtejszą misję. Szczegóły są niezbyt jasne, lecz wiadomo, iż wpierw Gżu-gżu jadł zupę, której przydział dostał tak jak co dzień od ojca misjonarza, a następnie - po opróżnieniu miski - spostrzegł że napełniła się ona z powrotem. To był cud pierwszy; drugi nastąpił, jak ustalono, trzy minuty później w Kanadzie, gdzie na pogrzebie urzędnika pocztowego usłyszano podejrzane pukanie. Wkrótce dźwięk przybierał na sile, aż stało się jasne, że to denat zmartwychwstał i puka w wieko trumny.
Gdyby na tym się skończyło, zasada nie zostałaby naruszona - tymczasem już cztery godziny później do Watykanu dotarło zgłoszenie o cudownym uzdrowieniu w Włókach Górnych, a niewiele później - o chodzeniu po wodzie niezidentyfikowanego mężczyzny nieopodal wsi Orovka w Kazachstanie.
Watykan postawiono w stan najwyższej gotowości: pospiesznie zebrana rada kardynałów ustaliła, iż szykuje się jakaś niespodzianka, a że wielebni byli na ogół niechętni jakimkolwiek ustępstwom od regulaminu, na wszelki wypadek nakazali zaimprowizować pielgrzymki do świętych miejsc na całym świecie, a także przyspieszyć wykonanie obrzędów z okazji świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Tym samym był to pierwszy przypadek, kiedy owe uroczystości odbyły się w tym samym czasie, na dodatek pośrodku lata.
Wydawało się, że wszystko się uspokoiło, a następnego dnia wypadki uprzednich godzin zaklasyfikowano jako "niegroźne, acz niezależne odstępstwo od normy". Sprawy znów toczyły się właściwym biegiem, lecz ponownie - tydzień później dotarły zgłoszenia o lewitacji kapłanów, krwawiących obrazach i objawieniach. Nic już nie było można poradzić, gdyż najważniejsze prawo mówi, iż każde święto może się odbyć tylko i wyłącznie raz do roku, toteż wyczerpano asortyment skuteczniejszych obrządków. Kościół mógł tylko stać i bezsilnie się przyglądać.
Jednak wszystko uległo zmianie już po dwóch dniach. Świat zaczęły nawiedzać plagi - będące odwzorowaniem incydentu egipskiego sprzed pięciu tysięcy lat. W panice ludzie poczęli uciekać się do najróżniejszych metod, mających uchronić ich przed kataklizmami. Pielgrzymki kursowały w regularnych odstępach czasu, a msze odprawiano na okrągło. Kiedy i to nie przyniosło skutku, a całkowita ciemność spowiła świat, zaczęły się zamieszki i rozruchy, którym towarzyszyło ogłaszanie początku końca świata.
2. W dolinie śmierci zła się nie ulęknę
Ociemniały, głuchoniemy staruszek tylko czuł; ułomność nie pozwalała mu na nic więcej. Wydarzenia za oknem mijały go tak, jak kolejne słoneczne dni, niczym nie różniące się od deszczowych nocy. Jednakże kiedy kolejny dzień żołądek nie otrzymywał swojego pokarmu - nieokreślonego smaku papki, jaką żywił się od dawien dawna, mężczyzna poczuł głód, a tym samym upływ czasu. Wiedział również, iż stało się coś, co stać się nie powinno, ponieważ karmiono go odkąd tylko pamiętał.
Z początku go to przestraszyło - już wiele lat temu, kiedy wyrwał się ze swoich wyimaginowanych, kolorowych i głośnych światów głuchej ciemnoty; kiedy zdał sobie sprawę iż nie potrafi sobie wyobrazić rzeczywistości, zrozumiał iż sam sobie nie poradzi. Lecz w miarę, jak starzec głodniał - przerażenie mijało, zamieniając się w dawno utracone wizje różowo-zielonych krain pełnych płynących dźwięków; powracał mimowolnie do idealnego (wyobrażenia) wszechświata. I pomimo, że był to widok złudny, potrafił cieszyć zniszczony umysł. Niestety - nie umęczoną duszę... Ta była tylko przelotnie oszukiwana kłamstwami wyczerpanego rozumu, a kiedy przychodziły krótkie chwile otrzeźwienia, uświadamiała sobie iż ciało już dawno umarło.
Wtedy też istota duchowa widziała prawdę: czyli nic. Pustkę, szarą i wypraną nie tylko z obrazów, ale i dźwięków, uczuć, doznań... I jakichkolwiek innych dusz, co bardzo dziwiło - nie wspominając o tym, iż szokowało zawartą w niej szczątkową esencję boskości, która od chwili wypełznięcia z takiej właśnie nicości miała zakodowany w sobie obraz miejsca, które jako pierwsze ujrzała: miejsca pełnego innych uczuć, a także nadzorującej je siły wyższej.
Dusza jednak podróżowała, co i rusz popadając w kolorowy stan uzależnienia, który narzucało wspomnienie ziemskiego ciała, tak zakorzenione w osobowości starca. Szukała oddalonej teraz krainy z której przybyła; szukała potęgi, z jaką powinna się złączyć. Robiła to być może chwilę, a może miliardy lat, nie tracąc nadziei.
Trwała...
Aż zniknęła.
3. Legiony
Na ziemskim padole zapanowała anarchia większa, niż kiedykolwiek do tej pory; nie dorównał jej żaden wcześniejszy gniew boży ani wybuch głupoty ludzkiej. Jakiekolwiek ułożone życie stało się anachronicznym terminem, a pozostały tylko dziesiątki biczujących się pokutników oraz zupełne - i przeważające - ich przeciwieństwo - miliardy grzeszników gwałcących, mordujących i okradających swych bliźnich. Płonęły kościoły, waliły się budynki. Obrazy wyjęte niczym z destrukcyjno-paranoicznych koszmarów burzyły Świat - każdy Świat. Zło zakradało się również do psychiki nielicznych odosobnionych w dobrze - powoli, lecz skutecznie niszczyło autystyczny świat mnichów, w którym nie było miejsca dla czerni.
Apogeum szaleństwa zostało osiągnięte już miesiąc po pierwszym przełamaniu linii cudów. Ludzie, oszołomieni przemieszaniem cudów z kataklizmami, zechcieli się ratować, a w tym celu musieli sięgnąć niebios. Budowano nową wieżę Babel, lecz teraz do nieba sięgały nie wypalone w piecach cegły, lecz stosy ciał.
Jednocześnie w różnych częściach świata działo się różnego rodzaju pomniejsze zło, prześcigające się w łamaniu kolejnych przykazań, a w niektórych przypadkach przyjmując formy zorganizowane. Armie ciemności zabijały się między sobą, w dodatku czyniąc to w bluźnierczym geście - wykrzykując imię Boga podczas wbijania ostrza w czarne serca hord mroku.
Piekielne otchłanie zstąpiły na Ziemię.
Lecz ludzie szybko się do nich przyzwyczaili.
3. Kraina mlekiem i miodem płynąca
...i odrodziła się.
Albo może - wyłowiono ją ponownie z otchłani. Dusza stanęła na nieskończenie długim placu, dookoła którego miliardy zastygłych w bezruchu, pokłonionych anielskich postaci kuliło skrzydła, jednocześnie opuszczając głowy w wyrazie czci. Wszystko to jednak zdawało się być chwilowe i niepewne. Rozpływało się, mogło runąć w jednej chwili i niezapowiedzianie.
Czuła, iż dotarła na miejsce. Wiedziała to całą swoją postacią, lecz jednocześnie odczuwała niesprecyzowany brak; pustkę, która mocno kłuła, lecz tym samym dawała poczucie większej swobody.
Starzec podążył wzdłuż placu, a wieczność sekundy później, kiedy już dotarł do jego skraju, ujrzał wznoszący się ponad niebo tron. U jego stóp leżała nieruchomo zasuszona postać, jakby zmumifikowana w tejże dziwnej pozycji. Dusza zbliżyła się, aby przyjrzeć się osobie, odczuwając ogarniający smutek. Leżąca postać była tuż-tuż.
Twarz jej była nie do określenia...
Bowiem była to twarz Boga.
Wtedy zrozumiał. Starzec pojął rzecz niepojętą.
Bóg umarł.
W duszy zakotłowało się od myśli i sprzecznych uczuć.
Ominęła ciało i zaczęła wdrapywać się na opuszczony tron...
4. Armagedon i Genesis
Zło rosło w siłę, aż w końcu zniszczyło samo siebie i nie pozostało już nic prócz spalonych pól i gnijących zwłok.
Ludzie wymarli; zniszczyła ich zaraza w postaci najczystszego, niczym nieskalanego człowieczeństwa. Następnie umarł świat, stopniowo zmieniając się w nicość - powracając do stanu pierwotnego.
I to właśnie była prawdziwa natura: przyroda doskonale nieskalana. Przyroda w stanie najpiękniejszym, bo nienaruszonym. W stanie sprzed próby ukształtowania jej wedle czyjegoś gustu.
Lecz oto znów, po tym jak wieczność minęła trzykrotnie, znowuż ktoś (uważał, że) usidlił tą nieujarzmioną siłę i zapragnął ją wykorzystać. Ponownie na tronie zasiadł intruz, formując mozolnie kształty z nieuchwytnej mocy.
Obiecał sobie, że będzie dobry; lepszy niż jego poprzednik, lecz w istocie tak być nie mogło - wszak był ukształtowany na jego podobieństwo... A już wkrótce, po wiecznych dniach dziewięciu, na oczy przejrzała zupełnie nowa istota. Istota doskonała.
Kolejna istota doskonała...
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|