|
Ucieczka
Dym papierosowy w małym, ciemnym pokoju gęstniał coraz bardziej, aż zmienił się w ścianę namacalnej mgły. Mimo tego, mężczyzna siedzący przy stoliku wyjął sfatygowaną paczkę marlboro. Uśmiechnął się kwaśno, a kolejna kropla potu spłynęła na kołnierz poszarzałej i pomiętej koszuli, tworząc tam ciemną plamę, chociaż na zewnątrz panowała biała zima. Poczęstował dwóch pozostałych obecnych, lecz zarówno więzień w wyblakłym, niebieskim uniformie, jak i człowiek w garniturze stojący przy drzwiach, odmówili.
- Nie to nie. - Rzekł, prostolinijnie jak zazwyczaj, mężczyzna, chowając paczkę. Spojrzał na nieogoloną twarz aresztanta. - Nazywam się porucznik Gabriel Brajer, a to kapitan Ryter. - Wskazał człowieka w garniturze i okularach o grubych szkłach, połyskujących z ciemnego kąta pomieszczenia. - Mamy się zająć twoim... przypadkiem.
Brajer potarł brodę, zbierając odpowiednie słowa. Jego przełożony założył ręce na pierś i przyglądał się w ciszy. Zakuty w kajdanki człowiek zmarszczył brwi.
- Zdaję sobie sprawę z twojego... stanu - chrząknął porucznik, splatając palce - ale musisz wiedzieć, że nie ma to wpływu na aresztowanie. W tym przypadku nic nie pomoże opinia lekarza.
Więzień uniósł brew, zaintrygowany; nachylił się nad stolikiem i zwrócił się do policjanta cichym, stanowczym głosem.
- Może zacznie pan od wyjaśnienia mi, kim jestem.
Brajer powoli cofnął się na krześle, aż to zaskrzypiało w wyrazie protestu, przytaknął i sięgnął po spoczywającą pod jego dłonią teczkę. Wyjął kilka papierów, przekartkował i przeczytał na głos:
- Rainer Fendler, urodzony osiemnastego sierpnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku; co ciekawe - miejsce urodzenia nieznane. Obecnie bez miejsca zamieszkania. Rozwiedziony. Tyle tego, co mam - funkcjonariusz spojrzał aresztowanemu w oczy. - więc może to pan powie mi, kim jest.
Mężczyzna otworzył usta, lecz nie zdążył nic powiedzieć nim Brajer odezwał się ponownie:
- Amnezja, wiem. Rozumiem.
Porucznik założył ręce za głowę, wzdychając. Rozrzedzone światło padało na jego starzejącą się twarz, tworząc głębokie cienie w miejscach, w których pojawiały się pierwsze zmarszczki nadające mu poważny - a zarazem starczy - wygląd.
- Nie da się jednak zaprzeczyć - rzekł - iż wokół twojej osoby trup ściele się gęsto.
Zatrzymany spojrzał pytająco, masując skute ręce; w tej samej chwili z cienia wyszedł kapitan, wkraczając w krąg światła i ukazując zaczesane na bok włosy oraz, typową dla urzędnika, pociągłą, nienagannie ogoloną twarz.
- Panie Fendler - zaczął przemawiać nosowym głosem. - Już chwilę po pańskim przyjeździe do miasta zaczęły się kłopoty. Od początku wiedziałem, że nie jest pan typem spokojnego człowieka. I, zgodnie z tym co przewidziałem, skończył pan w areszcie.
- Niech pan poczeka - zaprotestował Rainer. - Nie możecie mnie o nic oskarżyć. Fakt, nie pamiętam, kim jestem, ale na pewno nie kradnę i nie zabijam ludzi. To nie jest... w mojej naturze.
Mężczyzna w garniturze pochylił się przed nim, uśmiechając się krzywo.
- Oczywiście, że pierwsza pańska ofiara nie została zamordowana. - wyjaśnił tonem, jakim zwykle rodzic zwraca się do dziecka, tłumacząc iż w jego szafie na pewno nie czai się żadna zmora.
W istocie gardził przestępcą, jego amnezją czy cokolwiek sobie wymyślił. Te wszystkie psychologiczne bzdury zawsze były dobrą wymówką do uniknięcia kary - jeśli jesteś oskarżony, mówisz że to nie twoja wina, tylko niesfornego mózgu, nad którym oczywiście nie panujesz. Co dziwne, numer ten działał od lat równie dobrze. Ale nie na niego; Olafa Rytera nie było łatwo oszukać, tak przynajmniej twierdził on sam.
- Nawet sąd tak orzekł. - dokończył, odsuwając się znów w cień; w pobliże uchylonych drzwi; jedyne miejsce w pokoju gdzie można było zaczerpnąć świeżego powietrza.
Fendler spojrzał na niego, próbując wydobyć z pamięci jakiekolwiek wspomnienia.
Jego granatowy, lecz pokryty gdzieniegdzie brązem rdzy ford skręcił w jedną z wielu niemal identycznych uliczek miasteczka. Jak każda inna, i ta prezentowała dumnie kilkanaście niewielkich domów na skraju drogi - głównie moteli z nazwami nakreślonymi wymyślnymi literami - a także niewielki market Cistro, odróżniający dzielnicę od sióstr-bliźniaczek, podobnie jak niewielka stacja benzynowa, której patronował dmuchany łoś szczerzący w uśmiechu zęby ku kierowcom.
Rainer wyłączył radio, nadające jedynie irytujące go piosenki disco. Jeszcze tylko kilka dni - pomyślał. Kilka dni i już go nie będzie. Sięgnął po leżącą na siedzeniu pasażera butelkę coli. Trzymał ją w jednej ręce, kiedy pojazdem targnął silny wstrząs. Kierowca natychmiast wdusił pedał hamulca, odrzucając napój i nerwowo wyglądając ofiary wypadku.
Zwierzę. To musi być zwierzę, pomyślał. Boże, żeby to było zwierzę.
Wysiadł błyskawicznie, spoglądając z przerażeniem pod koła. Około czterdziestoletnia kobieta w krótkiej spódnicy i przewiewnej bluzie leżała pod wozem, skąpana we własnej krwi. Szkarłatna ciecz wypływała z otwartych ran i tworzyła na chropowatym betonie rosnącą w mgnieniu oka kałużę.
Dokoła zebrał się tłum gapiów.
- Wszyscy świadkowie zgodnie uznali, że kobieta wbiegła pod koła. - rzekł Brajer, krzyżując ręce na piersi.
Zapanowała cisza. Fendler w spokoju kontemplował to, co usłyszał, dostosowując do informacji skrawki wspomnień, jakie mu pozostały. Był pewien, że wcześniej przeczuwał, iż nie należy zatrzymywać się w tej dziurze. Ale dlaczego...? Uciekał, to pewne. Przed czym...?
Przed kim?
Do tego jeszcze tych dwóch gliniarzy pewnie przetrzyma go tutaj do momentu, w którym przyzna się nawet do wywołania zasranej wojny światowej. Musi stąd wyjść. Robi się zdecydowanie zbyt gorąco, pomyślał z ironią. Jednak nie był mordercą - nie mógł być.
- Po tym wszystkim nie ulega jednak wątpliwości, że wypadek był zaaranżowany, prawda, panie Brajer? - odezwał się Ryter, jak zauważył aresztowany - karykaturalnie wręcz wysoki i szczupły elegant. Ale to tylko nieruchome cienie tworzyły realistycznie wyglądającą iluzję, tak jak i iluzją mogło być wszystko, co działo się dookoła.
Nie można zapomnieć, kim się jest!
- Nie mamy na to dowodów - odparł porucznik. - Aczkolwiek kilka poszlak pozwala nam przypuszczać...
- Nie wiem, o czym pan mówi, poruczniku, ale, jak sam pan wspomniał, nawet sąd uznał, że to wypadek. - orzekł podejrzany, wzruszając ramionami.
- Nie pieprz, Fendler. - warknął garniturowiec, opierając się o stolik i przybliżając swoją twarz do twarzy Rainera. Był poirytowany tymi bzdurami; nie wierzył, że coś takiego może ujść poza ekranem telewizora. - Dobrze wiedziałeś, że ona była żoną Bissingera.
- Kto? - nieśmiało zapytał zdezorientowany Fendler.
- Amanda Bissinger, do ciężkiej cholery! - człowiek w garniturze niemal wrzeszczał, nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenie podwładnego. - To babsko, które potrąciłeś.
Chwycił zdziwionego Fendlera za koszulę, wywlekając ją ze spodni, i spojrzał mu prosto w oczy twardym wzrokiem.
- Słuchaj, tak między nami - szepnął - każdy w miarę inteligentny człowiek w tym mieście wie, że Bissinger jest bossem lokalnej mafii. On i jego zasrani Niemcy trzymają na krótkiej smyczy połowę sklepikarzy i dilerów, ale nikt tego nie mówi na głos, bo wyniknąłby cholerny skandal - żyła na skroni kapitana śmiesznie pulsowała; kropla potu spłynęła z czoła. Puścił więźnia i poprawił mankiety. - A ty mu przypadkiem przetrącasz żonkę - i w porządku, wypadek. Tyle, że później znajdujemy cię z obskurnej piwnicy Lotosu, z Jurgenem Bissingerem we własnej osobie. Martwym Jurgenem Bissingerem.
Fendler, zdziwiony każdym słowem policjanta, otworzył usta jakby chciał przemówić, lecz z gardła dobył się dźwięk, który można uznać za karykaturę westchnięcia.
- I z trupami trzech jego pomagierów. I dwóch innych facetów, prawdopodobnie z gangu Rusków, czy jakie tam rumuńskie gówno do niego należy.
Rainer otworzył oczy powoli, nie chcąc ryzykować oślepienia jaskrawym światłem. Z ulgą zauważył, że pomieszczenie oświetlała jedynie migająca jarzeniówka. Rozejrzał się dookoła i uzmysłowił sobie, że znajduje się w jakiejś piwnicy. Chciał wstać, lecz coś mu w tym przeszkodziło. Poruszył dłonią.
Ręce.
Miał skrępowane ręce, przywiązane do jakiejś rury. Zauważył, że wszystkie mięśnie ma obolałe, a twarz pulsuje mu w rytm bicia serca. Poczuł na ustach krew.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, lecz widział tylko rozmazane kształty. Musieli mi nieźle przyłożyć, pomyślał. Wiedział tylko, że był w jakiejś ciasnej, odrapanej komórce, wilgotnej i prawdopodobnie kręciły się tu szczury. Chyba, że to w rurach tak piszczało; w każdym razie nie było to zaplecze pięciogwiazdkowego hotelu.
Wnet drzwi, które dostrzegł dopiero teraz, otworzyły się i po schodkach zeszło na dół kilka niewyraźnych postaci. Ich twarze niknęły we mgle i orgii kolorów, jaka wraz z morzem gwiazd przesuwała się przed oczami. Jakiś osobnik zbliżył się do Fendlera i zaczął coś mówić, jednak słowa były zbyt niewyraźne, aby je zrozumieć. Po chwili jednak dźwięk wyklarował się, tak jak i świat zwolnił wirowanie.
- ...niespodzianka, prawda, chłopcy? - zaśmiał się mężczyzna, górujący nad skrępowanym Fendlerem. - Teraz troszkę się zabawimy, jeśli masz chwilkę czasu.
Zamachnął się ręką, celując w twarz Rainera, lecz nie wyprowadził ciosu, zaskoczony nagłym wyważeniem drzwi. Deski rozprysły się i upadły na zimną podłogę, a do pomieszczenia z pistoletami w ręku wpadli trzej mężczyźni. Ich zdeformowane sylwetki, które dostrzegał Fendler, stąpały cicho ku tym, którzy przyszli wcześniej. Po chwili wszyscy mierzyli w siebie, odbezpieczywszy broń. Jak na filmie, pomyślał mimowolny obserwator.
- Jesteś ostatnią rzeczą, jakiej bym się tu spodziewał. - rzucił z niedowierzaniem w głosie człowiek od "zabawy". - Jak się tu dostałeś? Chyba nie drogą dedukcji?
Inna postać zbliżyła się do Fendlera, ciągle celując, i mężczyzna poczuł jak jest szarpany za kołnierz skórzanej kurtki.
- Technika, synu. - rzucił intruz, a następnie pociągnął za spust.
Wszyscy zacisnęli palce na cynglach. Huk wystrzałów rozniósł się echem po korytarzu za wyważonymi drzwiami. Padła pierwsza ofiara, wydając charkliwe dźwięki, które przerodziły się w głuche bulgotanie. Kolejne rozbłyski gazów wylotowych z luf oślepiały Fendlera; rykoszety odłupywały ze ścian i tak sypiący się tynk. Niespodziewanie Rainer poczuł silne uderzenie w głowę i popadł w otchłań czerni. Świat zakręcił się.
Stracił przytomność.
- Musiałeś mieć powiązania z Ruskami. - wycedził Ryter. - Nie ulega wątpliwości. Więc może powiesz mi, kto ich trzyma za dupy, a ja... powiedzmy... załatwię ci lżejszy wyrok.
- Obawiam się, że nie rozumiem... - wyjąkał Fendler. Odziany w garnitur kapitan poczerwieniał na twarzy.
- Wiele zapomniałeś, więc pomogę ci sobie przypomnieć. Wyobraź sobie, że szef tych sowieckich zasrańców nie wystawia swojej gęby na światło dzienne. Prawdopodobnie nawet większość jego osiłków nie wie kim jest i jak wygląda. Rozkazy wydaje przez swojego pełnomocnika, ale on też nie jest skłonny do organizowania konferencji prasowych. Jednak jego zna już więcej osób, choć też milczą jak pieprzony grób. - wskazał Rainera palcem. - Ale ty musiałeś się z nim widzieć. Musiałeś, i wiesz, kto to jest. I mi teraz powiesz, a ja załatwię ci złagodzenie wyroku. Taka nasza umowa.
Oskarżony przełknął głośno ślinę i spojrzał pytająco na drugiego funkcjonariusza, który nie bez zdumienia oglądał niedawny wybuch przełożonego. Brajer w końcu szepnął coś koledze, po czym tamten znów usunął się w cień. Niższy stopniem policjant cmoknął z dezaprobatą - jeden z jego wielu irytujących zwyczajów; skubnął wąs i powiedział:
- Cała ta sprawa śmierdzi, i to nie jest żadna tajemnica.
Zapalił papierosa i zerknął na Rytera. Odkąd pracuje w tej dziurze - a pracuje nie od wczoraj - nie widział, żeby szef był tak rozdrażniony. Myślał nawet, że ten cholerny elegancik jest najbardziej apatycznym człowiekiem na ziemi, że pewnie żre ten sam, gęsty jak psie gówno żel, którym smaruje sobie ulizane ("na pożyczkę", ciężko nie zauważyć) włosy. Chociaż - patrząc z jego perspektywy - miał prawo się rozzłościć. Prowadził dochodzenie w sprawie lokalnych mafii już od lat, i wreszcie zdarzył się przełom. Znalazł świadka - a ten, o dziwo, miał amnezję. Nieprawdopodobna sprawa. Jednak, to i tak lepiej niż nic - Gabriel, kiedy tydzień temu zjawił się w piwnicy baru Lotus, nie przypuszczał że z takiej jatki ktoś mógł wyjść cało... A już na pewno nie zmaltretowany Fendler, którego twarz wyglądała jak rozgnieciony pomidor... czy pizza.
Facetowi szybko goją się rany, pomyślał Brajer. A jak on się zatnie przy goleniu, jeszcze przez trzy dni chodzi z blizną na twarzy. Cholerna sprawiedliwość.
- Na miejscu zbrodni - podjął porucznik, odtrącając niezwiązane ze sprawą myśli - znaleźliśmy pięć trupów. No i ciebie.
Spojrzał w błękitne oczy więźnia, jego zmrużone powieki próbujące pomóc skoncentrować się umysłowi. Nie, on nie mógł kłamać. Miał amnezję. Ten ignorant Ryter wściekał się na próżno. Nic na to nie poradzą, i możliwe, że nigdy nie dowiedzą się co zaszło w Lotusie.
Lotus... Mieli tam tanie budweisery, ale nie odpowiadał mu bijący w oczy, dyskotekowy wystrój knajpy.
Potarł oczy. Robił się coraz bardziej rozproszony. Musiał wyjść z tej komory i zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Kapitanie - rzekł Brajer. Nigdy nie wiedział, czy zwracać się do szefa po imieniu; rzadko sobie na to pozwalał. - Sądzę, że dzisiaj już do niczego nie dojdziemy. Dajmy odpocząć i jemu, i nam.
Ryter zmierzył podwładnego wzrokiem od stóp do głów.
- Możliwe. - powiedział wolno, przeciągając każdą literę. - Ale sądzę, Fendler, że coś kombinujesz. A to może się okazać niebezpieczne. Dla nas wszystkich.
Wyszedł z pokoju przesłuchań, trzaskając drzwiami tak mocno, że zadrżał tynk na bladozielonych ścianach.
- Czy jeszcze coś zrobiłem? - zapytał Rainer, wzdychając.
- Cóż... - zawahał się Brajer. - Według zeznań kelnera z Wilczej Jamy, byłeś na miejscu kiedy popełniono tam morderstwo.
Fendler zaśmiał się szyderczo. Nie zdziwiłby się, jeśli posądziliby go o zabójstwo Lennona.
- Co to takiego ta "wilcza jama"? - spytał zrezygnowany.
- Bar fast-foodowy. - odparł porucznik. - Mała, porządna restauracja.
- Więc co się tam stało?
Południowe słońce nie tylko nie prażyło, ale z ledwością przebijało zasłonę z ciemnych, ważących chyba tonę chmur. Płatki śniegu bez pośpiechu oblepiały ulice, tworząc niewielkie zaspy, które w ciągu kilku dni miały zdecydowanie się powiększyć. Mróz przybierał na sile każdego dnia, tworząc co rano wymyślne wzory na oknach. Miasteczkiem zaczynała bawić się zima.
Szklane drzwi rozsunęły się, a do środka lokalu wmaszerował szybkim krokiem Fendler. Zbliżył się do lady, zza której kelner w firmowym fartuchu - Adam, jak wskazywała plakieta - zmierzył go krytycznym spojrzeniem. Rainer był tu obcy, a takich miejscowi prawdopodobnie nie lubili. W dodatku jego strój - czarna, skórzana kurtka, takiegoż koloru spodnie i buty - w połączeniu z masywną, umięśnioną posturą, nie mógł budzić zaufania. Mniejsza z tym, pomyślał Rainer, i tak zaraz się stąd wynosi.
- Gdzie tu jest toaleta? - zapytał.
Kelner bez słowa wskazał niebieskie drzwi w głębi restauracji, wciąż lustrując spojrzeniem gościa. Fendler, ignorując wścibskiego osobnika - nie chciał znów wplątać się w kłopoty - przekroczył wskazany mu próg.
Chwilę później padł strzał.
- Jedna osoba ranna w głowę, ale nie od kuli. - podsumował Brajer. - Druga zabita strzałem z bliska. Co dziwne, to nie ty strzelałeś, ale właśnie druga ofiara.
- Czemu to takie "dziwne"? - zadrwił Fendler. - Czyżby pan we mnie nie wierzył?
- Ten, który przeżył, jest święcie przekonany że ich zaatakowałeś. - westchnął. - Niech mnie cholera, jeśli kiedyś dowiemy się, co zaszło. - mruknął i przeczesał włosy dłonią.
Podejrzany siedział spokojnie, z wyrazem twarzy nie zdradzającym żadnych emocji. Nie był pewny niczego, a skoro i policjanci nie byli pewni, nie mogli mu nic udowodnić. Sytuacja patowa, która zasadniczo była dla Rainera korzystna. Mimo tego miał wrażenie - nie, niemal pewność - że ktoś go wykorzystuje. Na razie jednak największym problemem było wydostanie się z pudła. Sąd chyba powinien zwolnić go ze względu na stan zdrowia i brak dowodów...?
- Myślę, że na dziś skończymy, panie Fendler. - zaproponował Brajer, wstając z miejsca.
Dźwignął się z trudem - ostatnio przytył, na dodatek odezwała się stara kontuzja - po czym przywołał dwóch mundurowych, którzy zaprowadzili Rainera do celi. Następnie wyszedł z pokoju przesłuchań, przeszedł pomiędzy ciasno ustawionymi biurkami posterunku i, chwytając swoją niebieską, puchową kurtkę z wieszaka, ominął kilku rozmawiających funkcjonariuszy. Jak najszybciej chciał zaczerpnąć świeżego powietrza. Pot ściekał z niego strumieniami.
Fendler w tym czasie leżał już na niewygodnej pryczy, podpierając głowę rękami i wpatrując się w sufit. Trzy pozostałe cele w areszcie były puste; tylko w tej, w której przebywał paliło się światło. Szare ściany były matowe i nie odbijały blasku lamp jarzeniowych, więc panował półmrok - mimo środka dnia. Jedyne okno, jakie przewidział architekt, zapewne zmarły kilkadziesiąt lat temu, zostało dawno zamurowane.
Drzwi w głębi korytarza otworzyły się bezgłośnie i dwóch umundurowanych policjantów, kroczących pospiesznie - lecz cicho - przez korytarz, zwróciło uwagę Fendlera. Podeszli do drzwi jego celi; jeden z nich przekręcił klucz w zamku. Kratowane wrota rozchyliły się z piskiem, jakby prosząc o nasmarowanie.
- Proszę z nami. - rzekł jeden z gliniarzy; w tym świetle ich twarze były niemal jednakowe.
Nie, poprawił się Rainer. Jednakowo puste. Nie zdradzały żadnego uczucia. Kosmici, mruknął ironicznie. Stawał się zbyt przewrażliwiony.
- Dokąd idziemy? - spytał, podnosząc się niedbale z miejsca. W istocie każdy mięsień miał napięty; instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo, choć nie potrafił wytłumaczyć czemu. Chwilkę... Nie widział wcześniej tych krawężników...
- Przeniesienie. - odparł policjant, wyjmując broń i mierząc z niej w więźnia. - Proszę zachować spokój.
Niższy glina schwycił więźnia za rękę; drugi szedł o krok za nim, przyciskając lufę dziewięciomilimetrowca do pleców Fendlera. Weszli do pomieszczenia biurowego; wyminęli spokojnym, lecz zdecydowanym krokiem stłoczonych ludzi i sprzęty.
Cały posterunek był dość duży, lecz mieścił się w parterowym budynku, więc wszystko było poupychane do granic możliwości. Kserokopiarka dotykała przegrody - "biura", jak nazywano ją z pogardą - jednego z pracowników, trzęsąc wszystkim podczas pracy. Szafy na akta tworzyły swoisty przesmyk prowadzący do toalet. Z góry pomieszczenie wyglądało jak bezładnie zaprojektowany labirynt.
Będąc blisko drzwi, Fendler szarpnął się i przewrócił, taranując gliniarza po swojej prawej stronie. Wszyscy zwrócili uwagę na szamotaninę, lecz wtedy więzień zdołał się oswobodzić i, gubiąc niemal but w pośpiechu, wybiec z budynku. W pościg rzucili się jego "ochroniarze" - w tej samej chwili, w której Ryter dobył z kabury broń, zauważywszy ze zdziwieniem, że nie są to prawdziwi funkcjonariusze. Kapitan ruszył za nimi, lecz przewrócił się w tłoku; jego zdezorientowani podwładni zastygli, oczekując na wyjaśnienia bądź rozkazy. Zbyt dobrze znali jego humory, kiedy ktoś postąpił wbrew poleceniom.
- Gonić ich! - wrzasnął Ryter. Napotkał niezdecydowane spojrzenia policjantów, którzy nie dostrzegli osoby wyprowadzanej przez funkcjonariuszy. - Przyszli uwolnić Fendlera!
Na te słowa kilku ludzi popędziło do drzwi, lecz wtedy Rainer był już daleko.
Kluczył między wąskimi uliczkami, aż dotarł do placu. Znajdował się prawdopodobnie na tyłach jakiegoś sklepu - dwie bramy sporego magazynu przed nim były zamknięte, a wysoki mur zagradzał przejście do kolejnej alejki. Wprawdzie jakieś pudła zalegały pod jedną ze ścian, ale wolał nie ryzykować sprawdzania ich wytrzymałości. Na dodatek mróz paraliżował mu dłonie i twarz.
Na miejsce przybiegli fałszywi policjanci. Zdyszani, wycelowali w Fendlera i sapiąc podchodzili doń powoli.
Rainer rozejrzał się, szukając bezsilnie ratunku. Ceglany mur wciąż stał na swoim miejscu, a na dachy budynków nie prowadziła żadna drabina. Na domiar złego ten przeklęty śnieg, przez który przemakały mu tenisówki... Nie mógł pobiec i spróbować doskoczyć do krawędzi zapory; był pewien, że nogi odmówią posłuszeństwa.
Zielone audi z piskiem opon zahamowało za plecami pościgu, a z środka wyskoczyła młoda kobieta z pistoletem w dłoni.
- Spieprzajcie - krzyknęła, mierząc w zaskoczonych policjantów.
Ci unieśli ręce, rzucając broń pod jej nogi i pobiegli w zaułek, nie odwracając się za siebie. Kobieta jeszcze przez chwilę trzymała broń uniesioną; następnie opuściła ją i podeszła do drżącego z zimna Fendlera.
A to kto, do cholery? - zapytał samego siebie Rainer. Nie zwracał już uwagi na chłód. Krótkowłosa brunetka w czarnych dżinsach, ciemnej kurtce i okularach po raz pierwszy tak zajęła jego uwagę. Dziwne, pomyślał, przecież woli blondynki. Tak przynajmniej czuł - nie mógł sobie przypomnieć, czy to prawda. Trudno było jednak zaprzeczyć, że delikatna z wyglądu, góra dwudziestoletnia dziewczyna robiła wrażenie. Błękitne oczy podkreślone przez cienkie oprawki okularów intrygowały, a dzięki prostym włosom sięgającym nieco powyżej ramion i jasnej cerze nieznajoma nie wydawała mu się głupia, tak jak nasmarowane w środku zimy samoopalaczem blondynki. I ta jedwabna, jasna cera...
Kobieta podeszła do Fendlera, a ten uśmiechnął się, czy to w wyrazie podziękowania, czy z braku pomysłu na inne zachowanie. Po chwili masował szczękę po ciosie kolbą rewolweru.
- O co ci chodzi? - zapytał z wyrzutem.
- Powinnam cię zabić... - wysyczała nieznajoma z nutą rozpaczy w głosie.
Ręka jej drżała, a palec zaciskał się niebezpiecznie na spuście.
- Czekaj, czekaj! - krzyknął Rainer, zasłaniając się odruchowo rękami. - My się w ogóle znamy?
Dziewczyna westchnęła.
- Słyszałam o twojej amnezji. - powiedziała, zabezpieczając broń i chowając ją do kieszeni. - Więc to prawda... - odwróciła się na pięcie i wsiadła do samochodu. - Pospiesz się. Musimy jechać, policja cię szuka.
Za radą wybawczyni, Fendler leżał na tylnim siedzeniu wozu, kiedy ona prowadziła. Nakrył się kocem, jaki znalazł w schowku na oparciu fotela kierowcy, i zdecydował się zacząć rozmowę.
- Dokąd jedziemy?
- Do mnie. - rzekła krótko.
- Znakomicie... - zawahał się uciekinier - a mogę wiedzieć, kim jesteś i dlaczego mnie ratujesz, skoro mówisz, że powinnaś mnie zabić?
Dziewczyna zerknęła w lusterko wsteczne, w którym odbijał się jej pasażer; na jej obliczu czaił się ukryty smutek. To samo dostrzegła u Fendlera i postanowiła skupić się na prowadzeniu.
- Mam na imię Julia, jeśli ci coś to mówi. - usłyszał po kilku sekundach; pokiwał przecząco głową. - Julia Ross. A ratuję cię, bo ty uratowałeś mnie. Teraz jesteśmy kwita.
- Ach, tak... - przytaknął Rainer, wciąż zdezorientowany. - A dlaczego chcesz mnie zabić, Julio Ross?
- Ty zabiłeś moich rodziców... - odparła cicho. - Też bylibyśmy kwita.
Kolejne trupy? - zapytał sam siebie z niedowierzaniem Fendler. Z pewnością nie był mordercą; nie mógłby zabić człowieka. Jeszcze godzinę temu był pewien... ale teraz miał tylko nadzieję. W co ja się wplątałem, zastanowił się.
- Posłuchaj... - rzekł cicho. Jąkał się z zakłopotania. - Nie wiem, co się stało, kim byłem. Ale na pewno nie jestem zabójcą. Musisz mi uwierzyć... - milczała. - Bo ja przestaję wierzyć samemu sobie... - wyszeptał. Nie umiał znaleźć słów. - Jak... do tego doszło?
- Jesteśmy na miejscu. - Julia ucięła rozmowę i skręciła w prawo.
Wychylił głowę i dostrzegł, że znajdują się na parkingu przed dwupiętrowym, położonym na niskiej górce budynkiem. Zauważył stylizowany na herb znak z nazwą "Motel Tęcza", wymalowaną barwnymi literami. Okrył się kocem i wysiadł z pojazdu, podobnie jak jego wybawczyni. Skierowali się ku obwarowanych trzema poręczami schodom. Jak domyślił się Rainer, prowadziły one do klatki schodowej wychodzącej na korytarze. Te zapewne mieściły drzwi do poszczególnych lokali.
Julia skręciła w lewo i podeszła do drzwi, których Fendler wcześniej nie zauważył. Weszła do recepcji, gestem nakazując mu na nią zaczekać.
- Proszę, proszę. - Rainer usłyszał głos za sobą. - Nasz bohater.
Odwrócił się i zobaczył dwóch mężczyzn w szarych garniturach i popielatych płaszczach. Spostrzegł, że oboje pod okularami przeciwsłonecznymi mieli podbite oczy.
- Znamy się...? - spytał.
- Pozwól, że ci przypomnę. - rzekł niższy mężczyzna z wąsikiem, zamierzając się pięścią.
- O co ci chodzi? - zapytał Rainer, robiąc unik i odsuwając się o krok.
Mężczyźni popatrzyli po sobie.
- Motel Rozgwiazda. Jakieś dwa tygodnie temu. - wyjaśnił wyższy.
Fendler siedział na krześle w motelowym pokoju. Tuż przed nim, na stole, spoczywała spakowana torba podróżna. Obok niej piętrzył się stos opakowań po chipsach i sokach.
Jak długo jeszcze zabawię w tej dziurze? - myślał. Jak najszybciej stąd uciec - to było bowiem jego aktualnym celem. Jakby los czynił mu na przekór, trafił na kolejne miejsce i kolejne zdarzenia przemawiające za wyjazdem.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Rainer zerwał się z miejsca, lecz goście nie czekali i kopniakiem wyważyli kruchą dyktę drzwi. Zanim zdążył cokolwiek zrobić, odziani w szare płaszcze i garnitury mężczyźni celowali w niego. Z przerażeniem spojrzał w ciemność wyzierającą z luf pistoletów. Dziewięciomilimetrowe dziurki to nienajlepszy dodatek do skórzanej kurtki, zdążył pomyśleć Fendler.
- Jurgen Bissinger przesyła pozdrowienia. - rzekł niższy nieznajomy.
Powoli zacisnął palec na spuście, po czym...
...pociemniało mu przed oczami i padł. Tak, jak jego partner.
- A, tak. - uśmiechnął się Rainer. - Coś sobie przypominam. Czy wy chłopcy nigdy się nie przebieracie?
Mężczyźni popatrzyli po sobie, speszeni.
- Żartuj sobie, żartuj, i tak zaraz zginiesz. - powiedział jeden niby to groźnie, w rzeczywistości jednak tonem zazdrosnego malca; jednocześnie dobył pistolet z kabury pod odzieniem.
- Fendler? - zawołała Julia, wychodząc z nieprzeniknionych odmętów motelowej klatki schodowej.
Napastnicy zerknęli na nią, chowając broń. Po chwili wahania oddalili się bez słowa, zostawiając oniemiałego mężczyznę samego z kolejnymi pytaniami.
Kobieta podeszła do Fendlera.
- Chodź do pokoju, recepcjonistka jest zajęta - rzekła. - Kim byli ci ludzie?
- Nie wiesz? - spytał Rainer.
Pokręciła głową przecząco. On wzruszył ramionami i ruszyli do klatki schodowej.
Julia zaprowadziła go do swojego mieszkania. Nie było wielkie - ot, pokój z kuchnią i łazienką, zupełnie wystarczający młodej, samotnej kobiecie na czas pobytu w mieście. Nie była bowiem, jak zdradziła Rainerowi, stąd - przyjechała w odwiedziny do rodziców na kilka tygodni. Nie przypuszczała, że wkrótce oni...
Odejdą.
W mieszkaniu czuć było ducha właścicielki. Julia Ross nie była osobą przywiązującą wielką wagę do porządku - toteż części garderoby, długopisy czy książki poniewierały się dosłownie wszędzie. Nie dopuszczała jednak, aby gdzieś zalągł się brud nieprzewidziany; panował więc względny ład, przynajmniej w pojęciu Julii.
Podarowała gościowi ubranie, które zakupiła w pobliskim sklepie - dżinsy, koszulę, zimowe buty oraz ciepłą lecz lekką kurtkę z nazwą drużyny baseballowej. Dołożyła czarną czapkę i czekała, aż gość się ubierze. Kilkanaście minut później Rainer wyszedł z łazienki w nowym stroju, odświeżony i uczesany. Nie przypominał tego samego, zziębniętego i nieogolonego mężczyzny, jakiego spotkała w zapomnianej przez Boga i ludzi alejce. Jasne włosy doprowadził do porządku, zgolił zarost i zmył kilkudniowy brud.
- Może teraz, kiedy już jestem umyty i ubrany, opowiesz mi o szczegółach naszego pierwszego spotkania - zaproponował, przysiadając obok niej na kanapie.
Spojrzała nań niezdecydowana. W końcu przełamała się i rzekła:
- Nie wiem czemu, ale... podświadomie ci ufam. Mimo, że nie powinnam...
Fendler uśmiechnął się smutno. Czuł do niej dokładnie to samo.
- Pierwszy raz - podjęła znów - zobaczyliśmy się na tyłach jakiejś podrzędnej restauracji... Bodajże Wilczej Jamy.
- Gdzie tu jest toaleta? - spytał kelnera Rainer.
Ten wskazał mu niebieskie drzwi w głębi lokalu, wciąż obserwując przybysza. Zignorowawszy bezczelne spojrzenie mężczyzny, Fendler przekroczył ich próg...
...i znalazł się na tyłach lokalu, w wąskiej alejce pomiędzy dwoma budynkami. Zaśmiał się w duchu. Typowy małomiasteczkowy humor. Podszedł do kontenera na odpadki, aby załatwić potrzebę. Klapa była otwarta i dochodził zeń okropny smród, lecz zew natury okazał się silniejszy.
Kiedy zrobił, co należało, odwrócił się w stronę drzwi Wilczej Jamy. Wnet z krzyżującej się z uliczką innej ulicy, około sto metrów dalej, pomiędzy rzędami pudeł i kontenerów, dwóch mężczyzn pojawiło się wraz z szamoczącą się dziewczyną w ramionach. Krzyki kobiety były donośne, lecz Fendler wątpił czy jest w pobliżu ktokolwiek, kto mógłby je usłyszeć. Okolica wydawała się bezludna.
Puścił się pędem ku bandytom, lecz wyhamował dziesięć metrów przed nimi, kiedy spostrzegł iż jeden z nich trzyma broń. Napastnicy również zauważyli nieproszonego gościa.
- Puśćcie ją. - zakomenderował, jednakowoż bez przekonania, Fendler.
Mężczyźni roześmiali się i poluzowali uścisk. Dziewczyna szarpnęła rękę i po chwili była oswobodzona. Dysząc ciężko, podbiegła do swego wybawcy i ukryła się za jego plecami. Człowiek z bronią wycelował pistolet w ich kierunku.
- Spokojnie, piękne dziewczę. - wycedził. - Wróć do nas, a nic się wam nie stanie. No dalej...
Palec drżącej dłoni nerwowo zaciskał się na spuście. Fendler gorączkowo próbował znaleźć wyjście z sytuacji, lecz mimowolnie zrobił to, co nakazał mu nieoczekiwany impuls. Błyskawicznym ruchem podniósł z ziemi kamień i cisnął go w kierunku przeciwnika. Pocisk sięgnął celu - zraniony w głowę człowiek zatoczył się i upadł, odruchowo pociągając za spust. Pocisk wystrzelił z hukiem; rykoszetował od ściany i wwiercił się prosto w pierś drugiego mężczyzny. Obaj przestępcy upadli; pod nimi utworzyła się kałuża krwi.
Fendler i brunetka patrzyli bezradnie na nieruchome ciała. W końcu dziewczyna schwyciła Rainera za ramię i pognała w głąb ulicy. Czuł, że delikatne ciało drży z przerażenia.
Wsiedli do jego samochodu; niedługo potem Julia uspokoiła się. Przedstawiła się i podziękowała za ratunek, ocierając napływające łzy. Pokierowała Rainera do jej mieszkania w motelu Tęcza, gdzie zaparzyła imbryk herbaty.
- Zadzwonię do mojego ojczyma. - powiedziała, popijając gorący płyn. Pokój przesiąknął aromatem mocnego, indyjskiego naparu. - Żeby się nie martwił... Właśnie chciałam do niego pójść, kiedy... - wzruszyła rękami.
- Nie chciałem ich zabić... - usprawiedliwił się Fendler, czując dziwną obojętność, a może nawet satysfakcję ze swojego uczynku. Nie zamierzał czynić sobie wyrzutów sumienia. Chcieli zawiadomić policję, lecz po przedyskutowaniu tej sprawy doszli do wniosku, że anonimowy donos załatwi sprawę. - Nie wiedziałem, że tak się stanie. Nie pomyśl sobie, że jestem mordercą...
Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się lekko. Odłożyła szklankę wychodząc do kuchni. Kilka minut później wróciła radosna; oparła się o framugę i powiedziała:
- Mój tato dziękuje ci i chce się z tobą spotkać - zauważyła zdziwienie w jego oczach. - Jest bogatym człowiekiem... biznesmenem. Pewnie chce ci wyrazić swoją wdzięczność w dużych nominałach...
- Nie zrobiłem tego dla pieniędzy. - zapewnił Rainer.
- Wiem, że nie... - westchnęła Julia. - On już taki jest...
- Następnie podałam ci adres, no i poszedłeś. - rzekła Julia Ross. - A kilka dni później dowiedziałam się, że on nie żyje. I że ty byłeś na miejscu zbrodni... - załamał jej się głos. - Nie widziałam go od tamtego momentu.
Fendler objął ją i przytulił. Nagle drgnął - niemal podskoczył, przypominając sobie o czymś.
- Jak się nazywał twój ojczym?
- Jurgen Bissinger - oświadczyła, bezskutecznie powstrzymując łzy.
Nagle poczuł narastające współczucie dla dziewczyny. Nawet nie wiedziała, że jej ojczym działa hen poza granicą prawa... Była z niego dumna. Zdecydował, że lepiej jej tego nie mówić, tym bardziej że stary Bissinger nie żyje. I możliwe, że to ja go zabiłem - pomyślał Rainer.
I jej matka...
Ślina stanęła mu w przełyku.
- Twoją matką... - mruknął chrapliwym głosem - była Amanda Bissinger?
Przytaknęła.
Fendler w jednej chwili poczuł się jak morderca; zupełnie inaczej niż w przypadku zbirów z Wilczej Jamy. Zabił rodzinę tej dziewczyny, całą rodzinę! Że też się nie domyślił wcześniej... Julia musiała używać nazwiska panieńskiego matki.
Jasna cholera!
Chciał jej coś powiedzieć; chciał przeprosić, ale głos uwiązł mu w gardle. Nie mógł przełknąć śliny. Jeszcze bardziej nurtowały go zajścia poprzedniego tygodnia. Przeleżał kilka dni w śpiączce; przynajmniej tak powiedzieli mu lekarze. Ale co się stało wcześniej? Przyjechał do tej mieściny z jakiegoś powodu - uciekał, czy coś takiego... I już na wstępie potrącił Amandę Bissinger. Później był proces, na którym go uniewinnili. Następnie... Następnie byli ci dwaj sprzed motelu. Mówili coś o jego pokoju, o pozdrowieniach od Bissingera...
Oczywiście! Bissinger chciał go sprzątnąć za zabicie żony, jak każdy szanujący się mafiozo.
- Muszę się czegoś napić. - powiedziała Julia i skierowała się do kuchni. - Herbaty?
Pokiwał głową twierdząco.
Jednak coś zrobił tamtym zbirom... Prawdopodobnie ich znokautował, innego wytłumaczenia nie mógł teraz wymyślić. A potem, jeśli w międzyczasie nie stało się coś, o czym nie wie, uratował Julię przed gwałcicielami. Ona nie wiedziała, co takiego uczynił kilka dni temu, więc zaprosiła go siebie. A następnie do domu ojca... A tam?
Przecież Bissinger miał go jak na tacy. Wystarczyło pociągnąć za spust... Lecz nie zrobił tego. Dlaczego? Z wdzięczności? Skoro Julia kochała ojczyma, na pewno miała powód. Więc i on kochał ją. Ale czy to wystarczający powód dla mordercy, aby darować mu życie...? I ten incydent w piwnicy...
Chwila, przecież Ryter wspominał, że musiał kontaktować się z jakimś pełnomocnikiem Rosjan...
- Proszę. - powiedziała dziewczyna, stawiając przed Rainerem kubek z parującym napojem.
- Julio... - rzekł mężczyzna, przełykając gorącą herbatę. - Wiem... Zdaję sobie sprawę, że miałem jakiś udział w zrujnowaniu życia tobie i twojej rodzinie... - ujął ją za dłoń - jednak bez względu na to, co było, wiem - i ty wiesz - że nie jestem złym człowiekiem - zauważył, że spojrzała na niego ze zrozumieniem i to go ucieszyło. - Jednak nie wiem, kim jestem. Proszę, pomóż mi się tego dowiedzieć.
Porucznik Brajer siedział przy swym biurku, z trudem znosząc irytującą krzątaninę. Każdy na posterunku uwijał się jak w ukropie, bo nikt nie zauważył że dwa gnojki przebrane za policjantów wyprowadzają prawdopodobnie najważniejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek schwytali w sprawie Bissingera... i tajemniczego towarzysza X. Jezu, oni po prostu z nim wyszli, jak z jakiegoś kina, pomyślał. Że też nie było go na miejscu... Teraz prawdopodobnie nie ma choćby iskierki nadziei na awans. Kiedy Ryter dobierze się wszystkim do dup, będą się cieszyli że jeszcze żyją. Ostatnio coś działo się z tym człowiekiem...
- Nie przepracuj się, bo jeszcze złapiemy ich wszystkich do wieczora, i co będziemy robić jutro?
Gabriel podniósł głowę. Przed jego zagraconym przeróżnymi papierami biurkiem stał kapitan. Jak w zwykle w nienagannie uprasowanym garniturze. Ręce miał w kieszeniach, co nie było dobrym znakiem, a w dodatku jego ironia była nie tyle złośliwa, co złowroga...
- Nie uważasz, że jesteś zbyt... podekscytowany? - zwrócił uwagę przełożonemu Brajer.
Ryter natychmiast poczerwieniał, nachylił się nad funkcjonariuszem i chwycił go za koszulę. To u niego irytujący zwyczaj, pomyślał porucznik.
- Słuchaj, dupku - wysyczał kapitan. - Może ciebie gówno obchodzi cała ta sprawa, ale ja nad nią pracuję od lat i nie mam zamiaru wypuścić z garści świadka, który może stanowić do niej klucz.
Brajer skrzywił się i zaczął poprawiać pomiętą - choć i bez reakcji Rytera, bo nigdy nie miał czasu na prasowanie - koszulę. Przytaknął niechętnie.
- Masz coś nowego?
- Owszem. - rzekł kapitan, już nieco spokojniejszy. Jak baba w ciąży, osądził Gabriel. - Może się znajdować u Julii Ross, pasierbicy Bissingera. Dziewczyna mieszka w motelu Tęcza, pokój trzysta czwarty.
Porucznik uśmiechnął się prześmiewczo.
- Nie sądzisz, że to niedorzeczne? Facet zabija jej matkę, możliwe że i ojca, a kobitka przyjmuje go pod dach i opatruje rany. Skąd masz ten cynk?
Ryter spojrzał nienawistnie na podwładnego.
- Od tego śmiecia ze strzelaniny za Wilczą Jamą. - odparł twardo. Czy on zawsze musi uchodzi za macho, spytał w duchu Gabriel. - Zmienił zeznania. Powiedział, że Fendler chciał ją porwać a on ze znajomym starali się mu przeszkodzić. Jaki jest efekt, sam widzisz...
- Jasne, że widzę. Nasz wybawca zastrzelił kumpla - gestykulował przy tych słowach zamaszyście. - On łże jak pies!
Kapitan nabrał głośno powietrza, z trudem się opanowując. Brajerowi drażnienie go przynosiło jakąś sadystyczną satysfakcję, choć nie mógł nie przyznać, że w swych osądach nie ma racji.
- Zbierz specgrupę i wyślij ją na miejsce - zakomenderował szef okręgowej policji. - Musimy sprawdzić każdą poszlakę.
Rainer Fendler jechał swym fordem sierrą samotną autostradą, biegnącą wzdłuż ściany nieskończonego, iglastego lasu. Cały krajobraz jak okiem sięgnąć pokryty był białym puchem, osadzającym się na każdej pojedynczej gałęzi wszystkich sosen, świerków i jodeł. Na świat padały osamotnione złote promienie przebijające się przez ciężki, szary nieboskłon, stanowiący kurtynę dal zbliżających się występów słońca..
Gdzieś na horyzoncie zamajaczyły sylwetki budynków. Miasteczko, osądził Rainer. Ostatnie na jego drodze. Później jeszcze kilka kilometrów i znajdzie się za granicą. Musi tylko zatankować...
I jak najszybciej uciec z tego popieprzonego kraju. Wydostać się; uwolnić.
Przegrał sprawę rozwodową i musiał oddać żonie (byłej żonie, byłej cholernej żonie) niemal wszystko, co miał. Mimo, że to ona opiekowała się ich synkiem...
Daniel. Oddałby wszystko, żeby go zobaczyć...
Miasteczko na horyzoncie powiększało się; zdołał zauważyć, że to niewielka miejscowość. Prawdopodobnie turystyczna.
...żeby przywrócić mu życie.
Gdyby przy nim był, nie stałoby się nic złego. Ale to żona wysłała go po lody... Ona była przy wypadku. Ona nie dopilnowała małego.
I ona zatrudniła lepszego prawnika. Co za popieprzony kraj. Nie liczy się, kto jest winny. Liczy się tylko, kto aktualnie ma więcej na koncie...
Dotarł do pierwszych zabudowań. Nie jest tu brzydko, pomyślał spoglądając na ładne, parterowe domki.
...i kto ma lepsze znajomości, i kto ładniej kłamie. Ale wiedział to od dawna; dopiero teraz doznał okrucieństwa losu na własnej skórze. Czy tak jest na całym świecie...? Tak przynajmniej się mówi, ale woli to sprawdzić sam, niż siedzieć tu bez przerwy, ze wspomnieniami.
Nie ucieknie od nich.
Nie, nie ucieknie, ale może zostawi je w tyle wystarczająco daleko, żeby móc normalnie funkcjonować.
Kierował się według znaków reklamowych stacji benzynowej, oddziału jednej z dużych sieci.
Zatankować i uciec z tego kraju. Jeszcze kilkanaście kilometrów.
Skręcił w kolejną uliczkę, różniącą się od innych, bliźniaczych, tylko obecnością niewielkiego marketu i stacji benzynowej.
Sięgnął po butelkę coli, leżącą na siedzeniu pasażera.
Poczuł silny wstrząs...
Rainer odłożył teczkę z aktami. Usiadł na kanapie, przy Julii. Właśnie skończył studiowanie przyniesionych przez nią dokumentów (miała w policji przyjaciela, jakich zresztą błyskawicznie zdobywa każda urocza dziewczyna) i pamiętał już, dlaczego się tu znalazł. O, ironio, a tak chciał zapomnieć...
Spojrzał na nią ze zrozumieniem i dostrzegł współczucie w błękitnych oczach. Dziewczyna też straciła najbliższe osoby. Przeżyła to samo, co on; nie miała już nikogo.
Zbliżył swoje usta do jej ust...
Wnet rozległ się ogłuszający łomot. Drzwi wypadły z zawiasów, a z okien posypało się szkło. Przy wtórze wichru do pokoju wpadli uzbrojeni, ubrani w kamizelki kuloodporne, kostium w kolorze khaki i czapki-kominiarki mężczyźni. Wycelowali karabiny wprost w Fendlera. Julia krzyknęła, lecz jeden z mężczyzn chwycił ją za rękę i wyprowadził przed motel. Opierała się, lecz nie dała rady żelaznemu uściskowi antyterrorysty; mimowolnie zauważyła, że z każdego okna wyglądają lokatorzy, z ciekawością przyglądając się zajściu.
Brajer przyglądał się z oddali, stojąc oparty o radiowóz. Dostrzegł na twarzy swego przełożonego wyraz bezgranicznej satysfakcji.
Powrót na stare śmiecie, pomyślał Fendler siadając na pryczy. Zbliżał się wieczór, w sekcji więziennej posterunku było jednak tak samo mrocznie jak rano czy pośrodku nocy. A on, mimo upływu czasu, nie potrafił powiedzieć co stało się feralnego dnia w piwnicy Lotosu. Wątpił, by olśnienie przyszło z czasem...
- Nie uciekłeś daleko. - usłyszał z głębi korytarza. Ktoś tu szedł. Domyślił się, że to Ryter; znał jego głos, nosowy i krzykliwy, a jednocześnie mający w sobie jakiś kłujący jad. Kapitan pojawił się za kratami. - A teraz posiedzisz jeszcze dłużej... - zaśmiał się. - Nieźle to sobie wymyśliłeś, wiesz, amnezja i te sprawy... Prawie ci uwierzyłem.
- Posłuchaj... - wyrzucił z siebie Rainer głosem, który przypominał syk węża - nie wiem, co się wtedy stało. Gówno mnie obchodzi, co sobie myślisz, ale nic nie pamiętam.
Ryter spojrzał na więźnia z lekceważeniem.
- Cóż... Tym lepiej! Tymczasem masz gościa. - odwrócił się na pięcie i odszedł.
Obok niego przeszła Julia, niemal biegiem kierując się do jedynej oświetlonej celi. Fendler uśmiechnął się serdecznie na jej widok.
- Martwiłem się, że coś ci się stało. - powiedział, podchodząc do krat.
Ujął jej dłoń.
- Ze mną wszystko w porządku - odparła. - Oni myśleli, że mnie porwałeś... Zeznałam, że uratowałeś mnie tam, w barze. Przynajmniej jeden zarzut mniej. - uśmiechnęła się.
Fendler zdziwił się, że w takim momencie dziewczyna może zdobyć się na humor. Dziękował jej w duchu za rozładowanie napiętej atmosfery.
- Co zrobimy teraz? - spytał.
- Byłam w domu ojca... - rzekła ściszonym głosem. - Ale nie znalazłam nic, co mogłoby...
Rainer poczuł ucisk w żołądku. Nie mógł jej okłamywać.
- Posłuchaj... - przerwał dziewczynie, początkowo wahając się. - Twój ojciec był szefem jednego z miejscowych gangów.
Jej spojrzenie przybrało zdziwiony i przerażony wyraz. Julia poczuła nagle obrzydzenie do człowieka za kratami. Wyrwała dłoń z jego uścisku.
- Jak możesz? - zapytała z niedowierzaniem.
- Nie chciałem ci mówić, ale byłoby nierozsądnie cię okłamywać. To prawda. Miał powiązania z przestępcami, i prawdopodobnie to w jakiś sposób doprowadziło do zajścia w Lotusie...
- Nie wierzę ci... - krzyknęła ze łzami w oczach, choć nie zabrzmiało to przekonywująco nawet w jej uszach.
Zdawała sobie sprawę, że ojczym był bogaty i miał władzę, lecz nie wiedziała, co to rzeczywiście oznacza. Od dawna nie była w mieście, a wyjechała może po części dlatego, że nie chciała się dowiedzieć...?
- Jeśli chcesz, zapytaj policjanta o nazwisku Brajer. - zaproponował. - Policja też jest o tym przekonana, jednak nie mieli dowodów...
Dziewczyna opanowała się i przyjęła fakt do wiadomości. Jednak nawet teraz, kiedy potwierdziły się jej skrywane podejrzenia, nie mogła przestać uwielbiać człowieka, którego poznała stosunkowo niedawno - dwa lata temu - lecz który od razu znalazł miejsce w jej sercu. Tą pustkę którą odczuwała od zawsze - wszak nigdy nie znała prawdziwego ojca...
- Jednak wciąż nie wiem - ciągnął Fendler, patrząc jej głęboko w oczy - dlaczego doszło do tragedii... Musimy znaleźć kogoś, kto nam to wyjaśni. Musi istnieć taka osoba.
- Cóż - Julia pozbierała myśli i zastanawiała się, przytupując nerwowo nogą. - Żyje jeden z bandytów z Wilczej Jamy... Jest w szpitalu, zapewne pod opieką policji.
- Myślisz, że można się z nim skontaktować...?
Julia Ross stała w szpitalnym pokoju, przy szpitalnym łóżku, na którym leżał sparaliżowany mężczyzna z obandażowaną głową. Julia Ross stała z rewolwerem w dłoni, wycelowanym wprost w hospitalizowanego człowieka.
Weszła do szpitala bez problemów, mimo krzątających się wszędzie policjantów. Nikt jej nie sprawdzał. Łatwo znalazła salę, w której leżał świadek - wystarczyło kierować się tam, gdzie zbiorowisko glin było największe; w końcu dotarła przed pomieszczenie, przy którym czuwał, rozsiadłszy się na krześle, funkcjonariusz. Podała się za siostrę pacjenta, a gliniarz - zgodnie z oczekiwaniami - wpuścił ją. Jak można nie wierzyć niepozornej, młodej, inteligentnie wyglądającej dziewczynie?
- Nie waż się krzyknąć - szepnęła, uprzednio zamknąwszy jedną ręka drzwi. Spuściła również żaluzje, tak cicho jak tylko potrafiła.
- Poznaję cię... - wychrypiał pacjent, uśmiechając się obleśnie. - Laleczka z Jamy.
- Zamknij się - rzuciła ostrym tonem. - Powiedz mi wszystko, co wiesz o Fendlerze. - brak reakcji. - Wiem, że go spotkałeś i że pracujesz dla Rosjan, nie musisz udawać.
- Skąd wiesz? - mężczyzna wybałuszył oczy. Tego nie zdradził nawet policji.
- Właśnie mi powiedziałeś. A teraz opowiadaj.
Wahał się, lecz kiedy pogroziła sześciostrzałowcem, stał się bardziej zdecydowany.
- Mówił, że miał z tobą do czynienia trzy razy - wyjaśniła Julia.
Rainer przyglądał się jej zza krat. Zaradna dziewczyna, pomyślał. Poradzi sobie sama. Będzie musiała.
- Więc jak to było?
Wysłuchał jej uważnie, a wspomnienia zaczęły się kotłować w jego głowie. Urywki zamazanych w pamięci wydarzeń zaczęły tworzyć jedną całość, choć niektóre wnioski pozostały tylko domysłami. Jednak... tak, to było prawdopodobne. A na tę chwilę nie miał lepszego wytłumaczenia.
- Zawołaj Brajera. Chcę złożyć zeznania.
Znowu w tym parszywym miejscu, pomyślał Fendler. Ponownie trafił do wyciszonego, mrocznego i ciasnego pokoiku przesłuchań. Siedział w kręgu światła, opierał się o drewniany stolik, a przed nim stali Ryter, jak zwykle w nienagannym garniturze i z masą żelu na coraz rzadszej fryzurze, oraz ubrana w sweter i dżinsy Julia. Brajer spoczął na krześle naprzeciw Rainera, nastawiając niewielki dyktafon.
- Proszę, oświeć nas - rzekł, wciskając przycisk nagrywania.
- Kolejne kłamstwa... - parsknął z lekceważeniem kapitan, jak zwykle usuwając się w cień.
Fendler przypatrzył mu się ze złością. Westchnął i zaczął opowieść.
- Kiedy przyjechałem do miasta, jak wiecie, potrąciłem Amandę Bissinger, która wbiegła pod mój samochód. - ale dokąd się tak spieszyła, swoją drogą, zastanowił się Rainer. - Sąd mnie uniewinnił, ale jej mąż, Jurgen Bissinger, szef niemieckiej mafii... - zauważył, że Julia spuściła wzrok, zawstydzona. Mimo wszystko kontynuował. - Wydał na mnie wyrok śmierci. Nasłał do mojego pokoju motelowego dwóch siepaczy, lecz nie mieli okazji mnie zabić. Sami padli, od ciosów Rosjan.
- Skąd mamy wiedzieć, że to prawda? - wtrącił Ryter.
- Leżący w szpitalu człowiek...
- Nazywa się... - Brajer pogrzebał w aktach - Alek Kreon.
- Kreon sam to przyznał. - dokończył Fendler, zauważając złość na twarzy Rytera, która powoli przeistaczała się w furię.
- Skontaktowaliście się z nim mimo zakazu? - syknął.
Gabriel starał się go uspokoić.
- Daj spokój, nie czas ani pora na to... - rzekł.
Jego przełożony oparł się o ścianę, niechętnie ustępując.
- Kontynuując - podjął Rainer - Rosjanie postanowili dać mi szansę. W końcu nieopatrznie im pomogłem, likwidując żonę Bissingera.
- To mogło wywołać wojnę gangów... - zauważył porucznik.
- Fakt... - przytaknął Fendler, zastanawiając się chwilę - lecz to prawda, tak powiedzieli... W każdym razie, dali mi wybór: albo pójdę z nimi, albo zaoszczędzą pracy osiłkom Bissingera. Na szczęście udało mi się uciec przez okno; nie wiem czemu, ale obyło się bez strzelaniny. Ci dwaj nie byli chyba zbyt rozgarnięci...
Chciałem jak najszybciej wyjechać z miasta. Zatrzymałem się tylko na chwilę, w restauracji Wilcza Jama, aby... załatwić potrzeby fizjologiczne. Co stało się na zapleczu, wiecie z zeznań Julii Ross. - spojrzał na nią i uśmiechnął się. Odwzajemniła uśmiech. - Udaliśmy się do jej domu, gdzie zadzwoniła do swego ojczyma, aby opowiedzieć mu o zajściu. Zostałem zaproszony do jego domu; chciał mi osobiście podziękować.
Nie wiedziałem, że ojczym Julii to Jurgen Bissinger.
Nie jestem pewien, co stało się u niego, ale sądząc z opisu trzeciego spotkania z człowiekiem ze szpitala i kilku innych faktów, Bissinger dał mi ofertę nie do odrzucenia. Miałem go doprowadzić do szefa gangu Rosjan.
Odnalazłem kilku jego ludzi, prawdopodobnie w jakimś barze. Nie zdziwiłbym się, gdyby był to Lotus... I, cóż, przyjęli mnie.
- Z tego, co wiem - wtrącił się Brajer; widać było po nim, że słucha z napięciem i skupia się tylko i wyłącznie na porządkowaniu faktów. Świat prawdopodobnie teraz dla niego nie istniał.
- Każdy członek rosyjskiego gangu musi zostać zaakceptowany przez "asystenta" pana X. Selekcja wstępna, jak ją nazywamy. Musiałeś więc go poznać.
Fendler znów zamyślił się, lecz wciąż nie przypominał sobie twarzy. W ich miejscach tkwiła tylko czarna, nieskończona pustka.
- Wiem na pewno - kontynuował - że zostałem przyjęty. Byłem eskortą dla jakiegoś człowieka. Mężczyzna ze szpitala twierdzi, iż pojawiłem się u niego wraz z jego bratem. Jego więc prawdopodobnie miałem ochraniać.
- Chwilkę! - przerwał niespodziewanie Gabriel. - Więc można sprawdzić, kto odwiedzał Kreona w poprzednim tygodniu, i mamy w kieszeni jakąś rosyjską szychę!
- Nie podniecaj się, Brajer - uspokoił podwładnego Ryter, niskim, grobowym głosem. - Skoro ona - wskazał Julię - weszła do niego podając się za siostrę, bratem mógł być ktokolwiek, i pewnie nawet nikt tego nie odnotował. Poza tym skąd masz pewność, że nie był to jakiś zwykły osiłek z ulicy, który miał być partnerem Fendlera?
Porucznik usiadł na krześle, rozzłoszczony i zawstydzony własną reakcją. Jednak nie eskortuje się byle osiłka z ulicy.
- Według tego, czego się dowiedzieliśmy - ciągnął Rainer - człowiek ze szpitala natychmiast mnie rozpoznał, jako człowieka zza restauracji. Jego brat wycelował we mnie i... miał się mną zająć. U Rosjan oznacza to...
- Zaprowadzenie w ustronne miejsce i zlikwidowanie. - dokończył Brajer.
- Dokładnie - przytaknął Fendler. - I tak dochodzimy do masakry w piwnicy Lotusa.
Wszyscy zebrani mimowolnie zbliżyli się do mężczyzny.
- Zabrali mnie do podziemi baru, aby sprzątnąć. Lecz nagle - chwilę przed egzekucją - wpadł Bissinger. Namierzył Rosjan dzięki pluskwie, którą ukrył w mojej kurtce. W ten właśnie sposób dotarł do dziupli Rosjan.
- Czekaj... - Brajer pokiwał szybko głową, usiłując przypomnieć sobie szczegóły zeszłotygodniowego śledztwa. - Nie znaleźliśmy niczego takiego na miejscu zbrodni.
Spojrzał pytająco na Rytera; ten uniósł bezsilnie ręce.
- Może coś przeoczyliście? - zasugerowała Julia; Brajer przecząco pokręcił głową.
- Jestem pewien, że tak było - oświadczył Fendler. - Pamiętam, jak ktoś z Rosjan zapytał Bissingera, w jaki sposób ich odnalazł. On powiedział coś w rodzaju "dzięki technice", a następnie wyjął jakieś urządzenie zza mojego kołnierza.
Funkcjonariusze westchnęli głęboko.
- Może to i prawdopodobne - rzekł pouczającym tonem Ryter - ale nie mamy dowodów na potwierdzenie twoich zeznań. Równie dobrze mogłeś...
- Byłem związany. - przerwał mu Fendler, krzycząc z podekscytowania. Przypomniał sobie kolejny szczegół. - Właśnie, byłem związany. Miałem skrępowane ręce, a wy odnaleźliście mnie wolnego...
Popatrzyli po sobie.
- Ktoś myślał, że nie żyję i chciał mnie wrobić w morderstwo. Ktoś przeżył strzelaninę.
Na kilkanaście sekund zapanowała martwa cisza.
- Czy w Lotusie zginął brat człowieka ze szpitala? - spytała nieśmiało Julia. - Nie wydawał się poruszony śmiercią jakiegokolwiek członka rodziny, kiedy z nim rozmawiałam...
- Zleciłem dokładne sprawdzenie jego przeszłości - rzucił niedbale Brajer. - Wkrótce się dowiemy.
- Nie poinformowałeś mnie o tym. - zeźlił się kapitan. Twarz znów mu czerwieniała. - Jak, do ciężkiej cholery, mamy do czegoś dojść, skoro cała ten zasrany posterunek jest niezorganizowany jak banda amatorów?
- O co ci chodzi? - Gabriel nie wytrzymał i dał upust emocjom. - Prawie dotarliśmy do Ruska, który rządzi tym burdelem, a ty zachowujesz się jak rozwrzeszczany dzieciak!
- Zrozum - zacisnął pięści Ryter - że nie mamy ani jednego dowodu na potwierdzenie zeznań. Żadnej pierdolonej pluskwy. Niczego. Fendler może nam wciskać bajeczki, jakie tylko mu się zamarzą.
Drzwi pokoju uchyliły się i ze szczeliny wysunęła się głowa policjanta. Wszyscy zwrócili uwagę na niego.
- Poruczniku, można na chwilkę? - zapytał, speszony zastaną sytuacją.
Gabriel zniknął w drugim pomieszczeniu. Po głowie plątały mu się rozbiegane myśli. Jezu, pomyślał, co się ostatnio dzieje? Wszystko stanęło na głowie. Miał nadzieję, że wszystko skończy się jak najszybciej.
Wrócił do pokoju kilka minut później. Wydawał się być bardziej spięty niż kilka minut temu. Ramiona naprężyły się i wyprostowały, a spotniałe dłonie były ściśnięte, aż kłykcie zrobiły się białe.
- Mam wyniki poszukiwań w sprawie mężczyzny ze szpitala. - rzekł. - Jest czysty.
Ryter parsknął lekceważąco. Zauważył, że bardzo się spocił w ciągu kilkunastu ostatnich minut.
- Jednakże - podjął Brajer - nasi ludzie nie chcieli uwierzyć, że taki drań ma czyste konto. Nic, ani jednego mandatu - przełknął głośno ślinę. - Więc szukali dalej. Wśród osób, które w ciągu ostatnich dziesięciu lat zmieniły nazwisko. I znaleźli.
Gabriel popatrzył po wszystkich. Splótł ręce z tyłu. Cała trójka czekała na kolejne wyjaśnienia.
- Alek Kreon przybrał swoje nazwisko ponad dziewięć lat temu. Z jego akt zostało to jednak usunięte, i informacja istniała tylko w archiwach sądu najwyższego, gdzieś pośród setek podobnie małych, nieistotnych zdawałoby się zapisków. Można to było przeoczyć... - powoli sięgał dłonią do pistoletu, włożonego za pasek spodni. - Prawda, panie kapitanie?
- O czym ty mówisz? - oburzył się mężczyzna, jednocześnie odsuwając się krok w tył.
- Alek Kreon przed zmianą nazwiska zwał się Alek Ryter. To pański brat.
W umyśle Rainera nagle zapanował nienaturalny wręcz porządek. Czarne plamy rozmyły się, i widział teraz kapitana policji, z którym umówiono go telefonicznie na spotkanie na parkingu. Miał przejść przez selekcję... Przez okres próbny ochraniać pełnomocnika szefa rosyjskiej mafii. A gdyby okres próbny nie wypali... buch. Kolejna ofiara zbłąkanej kuli. Cóż za pech, że człowiek, którego znokautował na zapleczu jakiejś speluny okazał się bratem tego człowieka.
"Technika, synu." Ostatnie słowa Jurgena Bissingera. Właśnie to powiedział z szyderczym śmiechem, zanim wystrzelił w kierunku kapitana Rytera. Wyjął zza kołnierza Fendlera jakieś urządzenie i pociągnął za spust. Chybił... A chwilę potem, kiedy trzech Niemców i dwóch Rosjan leżało martwych, niedraśnięty nawet Ryter schował pluskwę do kieszeni.
Co za ironia losu, pomyślał Rainer. Człowiek, który rządzi przedstawicielami prawa w całym mieście, podlega rozkazom osoby, którą teoretycznie ściga. Przestępczo-prawne błędne koło.
Ryter poderwał się błyskawicznie i chwycił Julię za kark, przyciągając do siebie. Dobył broń i przystawił ją do głowy dziewczyny; ustawił się przodem do Fendlera i Brajera, tak że nie mieli możliwości go zaatakować.
Sekundę później także porucznik celował ze swego rewolweru.
- Spokojnie, kapitanie - pocę się jak świnia, pomyślał mimowolnie. - W biurze każdy czeka z odbezpieczoną bronią, gotów strzelić gdy tylko pojawisz się w drzwiach.
Ryter stał bez ruchu; na czole pojawiła się żyła. Cały poczerwieniał - w każdej chwili mógł wpaść w furię i zrobić coś nierozsądnego. Rainer był tego znakomicie świadom, jednak nie Brajer... On również się denerwował. Uśmiechnął się niepewnie, kiedy pomyślał iż zachowuje się jak amator; jakby nie odsłużył tych dziesięciu lat na posterunku. Ale teraz to bez znaczenia.
Musiał coś zrobić.
Strzelił...
...i chybił. Kula odłupała skrawek tynku ze ściany za Ryterem. Ten bez zastanowienia odpowiedział ogniem; kula przeszła przez sam środek głowy Gabriela, wyrywając płat kości z potylicy. Gęsta krew przykleiła się do stolika i ześlizgiwała z niego gęstymi nićmi. W ostatnim odruchu ręce szarpnęły się komicznie.
- Masz swojego pełnomocnika, poruczniku - nerwowo zaśmiał się szaleniec.
Oblizał wargi, spoglądając na zwłoki podwładnego; nie zauważył, iż Rainer wykorzystał chwilowy brak koncentracji. Rzucił się na podłogę, łapiąc broń martwego policjanta. Odbezpieczył kurek i wystrzelił jeszcze zanim zwalił się na ziemię.
Kula powędrowała pod ramieniem Julii, mijając delikatną tkankę o centymetry. Wwierciła się w pierś Rytera; z dziury w drogim garniturze wypłynął czerwony płyn.
Kapitan osunął się na podłogę, zostawiając na ścianie smugę szkarłatu.
- To jeszcze nie koniec - oświadczył Fendler podnosząc się i, upewniwszy się że dziewczynie nie stała się krzywda, podszedł do konającego mężczyzny. - Pozostało jeszcze jedno pytanie. Kto wydaje ci rozkazy?
Z ust Rytera pociekła struga krwi. Kapitan uśmiechnął się obleśnie, kasłając posoką.
- Za... biłeś - wycharczał. - Zabiłeś ją... kiedy tylko przybyłeś do miasta.
Fendler odwrócił się w kierunku dziewczyny i spostrzegł, że w drzwiach stoi kilku uzbrojonych policjantów, najwyraźniej czekających na dalszy rozwój wydarzeń. Teraz, kiedy już wszystko zrozumiał, miał wyłącznie nadzieję, że słowa śmiertelnie ranionego przestępcy nie dotarły do uszu Julii. Poczuł przypływ współczucia i zakłopotania zarazem.
Objął ją i wyprowadził z sali przesłuchań.
Zielone audi pędziło samotną drogą wśród ośnieżonych drzew. Białe płatki opadały na karoserię, skąd zwiewał je pęd powietrza. Silnik pracował cicho, pozwalając na swobodne rozmowy, jednak pasażerowie siedzieli w milczeniu.
Rainer Fendler wędrował wzrokiem to na drogę przed sobą, to na siedzącą obok Julię. Mimowolnie wpłynął na jej życie, zmieniając je całkowicie. Na jakiś czas - w piekło. Głęboko wierzył, że w przyszłości jej to wynagrodzi. Jeśli tylko będzie potrafił...
Jak najdalej od tego popieprzonego kraju, pomyślał.
Słońce wyszło zza stalowych chmur, zapowiadając rychłą poprawę pogody.
Military
militarypolice@wp.pl
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|