Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Orin ::::

Morze i mgła



Jakże pięknie jest tu nocą...
Chłodne powietrze, delikatny, korzenny zapach rhintu, i ta cudowna cisza...
Crimson rozejrzała się wokół. Z Nadzamcza - rozległego płaskowyżu miała widok prawie na całą wyspę. Tylko z samego szczytu Wielkiej Góry można zobaczyć więcej. Na północy widać było kilka świateł - to Hettia - wioska rybacka. Trochę bardziej na wschód - duża plantacja kripsod - drzewek listopadowych. Na samym wschodzie z kolei - góra i położone pod nią Lasy Tereńskie. Na zachodzie - dalsza część płaskowyżu, porosła prajem i zakończona urwiskiem. Na południu - widoczna nawet w nocy biała powierzchnia Żwirowiska. I most... Most prowadzący w nieznane. Jego koniec jak zwykle ginął we mgle. Crimson odruchowo stanęła na palcach, chcąc jakby zobaczyć więcej... i roześmiała się. To przecież bezcelowe - nikt nie widział końca mostu. Tylko dzieci myślą, że może właśnie im się uda... Może jak wejdą na najwyższą gałąź największego drzewa, lub jak staną na Wielkiej Górze i podskoczą wysoko, wysoko...
Przypomniała sobie, jak kilka lat temu jako mała dziewczynka wspięła się z Meą na sam szczyt Góry. Wzięła przyjaciółkę na ramiona i niecierpliwie pytała:
- Widzisz coś?
- Tylko morze i mgłę...
Ten most przyciągał Crimson jak magnes. Wiedziała, że pójdzie tam kiedyś, jak wszyscy, podążając traktem swych przodków. Co czekało tam, po drugiej stronie? Może śmierć, jak twierdzili niektórzy? A może jakaś cudowna kraina, gdzie nie ma głodu ni biedy, cierpienia ni łez... Szczęście tak wielkie, że nikt nie chce go porzucić... Kiedyś sprawdzi to, ale nie teraz. Nie teraz...
Crimson odwróciła się. Spoglądała teraz w kierunku miasta. Tern - miasto, które było jej domem. Brukowany rynek, kilkanaście ulic, może dwieście domostw, garkuchnia Monty'ego, gospoda jej ojca, świątynia, cmentarz... Oświetlone bursztynowym światłem pochodni kilka kolumn okalających wejście do zamku - siedzibę Czarownic. Właściwie nie był to zamek w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a zwany był tak tylko ze względu na swe ogromne rozmiary. Nie miał baszt, wieżyczek, murów obronnych... Była to po prostu olbrzymia sieć pokoi i korytarzy wykuta w skale przez nieznanych budowniczych. Nawet najstarsi ludzie Wyspy nie potrafią wymienić daty jego powstania. Mówią, że stał tu jeszcze za czasów ich ojców i dziadów. Crimson kochała zamek. Nie był wcale ciemny ani straszny, jakby mogło się wydawać. Nocą pochodnie, a w dzień - okienka wykute w sufitach dostarczały wystarczająco jasne światło. Uwielbiała wędrować po tym wielkim podziemnym labiryncie. Było to niesamowite uczucie - biegać tymi niezmierzonymi korytarzami i otwierać losowo drzwi. Nigdy nie wiadomo było, co się ujrzy tym nowo odkrytym pokoju, czy wielką bibliotekę, pełną zakurzonych książek, czy magazyn wypełniony niezwykłymi starymi ubraniami i strojami z minionych epok. Albo galerię obrazów, gdzie z portretów na ścianach uśmiechały się do widza twarze nieznanych osób, które dawno już przekroczyły most. Albo zapomniany pokój muzyczny, który czeka tylko, aby na nowo wypełnić go dźwiękiem i śpiewem.
Crimson uśmiechnęła się. Pamiętała te długie wycieczki po zamku, kiedy razem z Meą bawiły się w chowanego, a potem biły na kije udając rycerzy. Nawet teraz czasem zamykały się w bibliotece i przy świecach czytały stare opowieści o miłości, przyjaźni, poświęceniu. Śmiały się z zabawnych perypetii komicznych bohaterów, płakały, gdy autor na końcu powieści nie złączył nieszczęśliwych kochanków... A potem kładły się na podłodze i patrzyły się w niebo przez okno w suficie. Rozmawiały i wróżyły swoją przyszłość z gwiazd.
Dobrze wiedziała, że gdyby nie Mea, jedyną przyszłością dla niej byłby most. Tylko ona trzymała ją tutaj, była jedyną bliską jej osobą...
Crimson obróciła się jeszcze raz, podziwiając piękno wyspy i zaczęła iść w kierunku Ternu.

* * *



Marad nigdy wcześniej nie widział Ternu - właściwie nie opuszczał swojej rodzinnej Hettii. Spodobało mu się to miasto - kipiące życiem, kolorowe. Zobaczy wreszcie ten legendarny zamek - kto wie, może nawet czarownice wpuszczą go do środka. Rozejrzał się dookoła - stał na jasno oświetlonym rynku otoczonym ze wszystkich stron zabudowaniami. Brukowane ulice prowadziły na zachód - ku zamkowi, na północ - ku Hettii i innym wioskom, na wschód - w dalszą część miasta i na południe. A na południu był most.
Marad pomyślał, że rozejrzy się tu przez kilka dni, może tydzień, a potem ruszy dalej. Na razie należy znaleźć jakiś nocleg. Z budynku nieopodal dobiegał śpiew - stara, liryczna ballada. To pewnie jakieś przyjęcie w gospodzie... Powoli zbliżał się do karczmy, a słowa stawały się coraz wyraźniejsze.

Z moim kochanym, z moim kochanym,
Chętnie pójdę na sam koniec świata
Z moim kochanym, z moim kochanym
I biedna będę bogata...

Marad wszedł do gospody. Pokój wypełniony był czerwonym światłem świec, zapachem potu i wina. Przy stolikach siedziało kilkunastu klientów, głównie mężczyzn. Jak urzeczeni wpatrywali się w śpiewaczkę. Bo i było na co popatrzeć...
Siedząca na stole barowym dziewczyna miała sięgające ramion rude włosy, związane w puszysty kucyk. Ubrana była w długą, zieloną suknię i grała na małej mandolinie.

Gdy mój kochany, gdy mój kochany,
Śmieje się, świat też się śmieje
Z moim kochanym, z moim kochanym,
Nic mi nie zrobią burze, zawieje...

- Dosyć tych smutnych kawałków - zawołał jakiś grzmiący bas z głębi sali - Crimson, zatańcz coś!
"Co za prostak" - pomyślał Marad, któremu śpiew dziewczyny niezmiernie się podobał. Ale cała sala zaczęła już rozbrzmiewać miarowo wypowiadanymi słowami "Zatańcz, zatańcz". A Crimson, bo tak nazywała się dziewczyna, nie wyglądała wcale na zniesmaczoną zachowaniem klientów gospody. Wręcz przeciwnie, zaraz odłożyła mandolinę i ochoczo zeskoczyła ze stołu. Potem szepnęła kilka słów do siedzących przy barze młodzieńców, którzy zaczęli przytupywać i klaskać w rytm ognistego tanga. Dziewczyna rozpuściła włosy i zaczęła tańczyć. Co to był za występ! Jej rude włosy kręciły się wokół jej twarzy i tak samo wirowała jej zielona sukienka. Ręce klaskały miarowo, stopy w czarnych bucikach stukały o drewnianą podłogę. Co chwilę migał jej promienny uśmiech, pierścień na jej palcu... Trzeba przyznać, że na swój sposób była ładna, a tamtego wieczoru, gdy śmiała się i tańczyła, mogłaby nawet być nazwana piękną. Czy to ciepłe światło świec dodawało jej urody, czy to zręczne ruchy i uśmiech sprawiały tak miłe wrażenie, Marad nie wiedział. Czuł tylko, że jego serce przestaje słuchać jego rozumu, a wino kripsodowe rozlewa się gorącą falą w jego krwi. A potem, gdy przysiadła na chwilę zmęczona i pełne piersi falowały w rytm jej oddechu, i gdy smukłą dłonią odgarnęła niesforny kosmyk włosów, w ułamku sekundy poczuł gorącą miłość dla tej dziwnej dziewczyny. A potem, gdy spojrzała na niego, wyczuwając jakby jego wzrok, i gdy jej oczy głębokie, płonące na chwilę spotkały się z jego oczami, miłość ta zgasła równie szybko, jak się pojawiła. Co było w tych oczach, pięknych przecież, że tak wstrząsnęły jego uczuciami? Co było w tym zielonym spojrzeniu? Jakaś niezwykła trzeźwość, jakaś siła ukryta... Wiedza niezgłębiona, tak nieadekwatna do wieku, trochę strachu, smutku, groźby, drwiny... Ona, zwykła kelnerka - tancerka, drwiła z niego?! Za kogo się uważała - ona, prostaczka, o urodzie właściwie dosyć przeciętnej, nawet nie czarownica?!
I wtedy spojrzał na nią raz jeszcze, zagniewany, i nagle ze wstydem zrozumiał, że te oczy, aby teraz tak błyszczeć, musiały kiedyś wiele łez wypłakać...
I nie, nie była prostaczką...

* * *



Mea szła przez Nadzamcze raźnym krokiem, co chwilę przeskakując zamkowe okienka, które teraz były dla niej po prostu dziurami w ziemi. To właśnie z ich powodu małym dzieciom nie pozwalano bawić się na tym płaskowyżu. W ferworze zabawy mogłyby wpaść do któregoś z tych otworów i skręcić kostkę czy złamać rękę. Mea miała jednak już dużą wprawę i okienka omijała właściwie odruchowo. Obok niej szła Crimson z koszykiem w ręku. Musiały zebrać dzisiaj trochę prajowych liści, bo zapasy w gospodzie powoli się kończyły. A bez fretty - pożywnej potrawy z liści praju goście mogliby poczuć się niezadowoleni. A bez warzonego z nich prajowego piwa na pewno już odmówiliby zapłaty. Przez większą część drogi milczały, lecz nie było w tym nic niezręcznego. Zbyt długo się znały, aby uciekać się do konwencjonalnych formułek w celu podtrzymania rozmowy. Jeżeli nie miały ochoty rozmawiać, po prostu milczały i nie przeszkadzały sobie nawzajem w rozmyślaniach.
Zbliżały się do plantacji praju. Było to kilkadziesiąt pól pełnych niskich drzew i krzewów, przedzielonych miedzami. Crimson też miała swoje niewielkie poletko - jedyna rzecz, której jej ojciec nie przepił. Nawet gospoda, mimo, że na szyldzie widniało wciąż nazwisko Rochee, należała już właściwie do Monty'ego, jego największego wierzyciela. Crimson nie przejmowała się tym jednak, a przynajmniej nie dawała tego po sobie poznać. I tak będzie miała z czego żyć... Z jej talentem i głosem... A nawet jeśli kiedyś nie będzie chciała tańczyć i śpiewać, wśród czarownic zawsze znajdzie się dla niej miejsce. Wbrew temu, co mówiła Speria, nauczycielka czarów, Crimson miała talent i umiała szybko się uczyć. Już jako mała dziewczynka nauczyła się czytać i pisać, w rachunkach szybko przerosła nauczyciela - swego ojca, w mig załapała sztukę gry na mandolinie. Ale magii nie chciała uczyć się nigdy, choć Mea nieraz zachęcała ją do tego... Crimson po długich namowach dała się wtedy przekonać do kilku wspólnych lekcji. Speria rozłożyła wielkie księgi, wyjaśniała zawiłe gesty i zaklęcia - a Crimson uśmiechała się tylko pod nosem... Starą, doświadczoną nauczycielkę doprowadzało to do szału.
- Bezczelna! Jeśli nie chcesz się uczyć, po co tu w ogóle przychodzisz?!
Crimson wychodziła wtedy z sali, kręciła głową i mówiła:
- Mea, to nie dla mnie...
Te rozmyślania przerwał Mei głos przyjaciółki:
- No i jesteśmy!
Dopiero teraz Mea spostrzegła, że doszły już na miejsce. Dookoła rozpościerały się równe rzędy sporych krzewów.
- Nie potrzeba nam dużo, te małe krzaki z prawej akurat się nadadzą.
Dziewczyny zrywały liście przez chwilę. Mea zaczęła iść w kierunku następnej kępki krzewów, gdy nagle coś czarnego przeleciało na dwa kroki przed nią.
- Crimson! - zawołała.
Teraz usłyszała wściekły trzepot skrzydeł tuż za sobą. Odwróciła się przerażona. Przed nią z głośnym krakaniem wylądowało ogromne, czarne jak smoła ptaszysko.
"To tylko ongar" - pomyślała z ulgą. Ongary są wszystkożerne, ale zazwyczaj nie atakują ludzi. A w zimowe miesiące, gdy w lasach zaczyna brakować jedzenia, przylatują na plantację. Ptak spojrzał na Meę i zupełnie nie zrażony jej obecnością zaczął pożywiać się rhintem. Jego współbracia z kolei zaczęły w locie zrywać liście praju z czubków drzew. Setki czarnych skrzydeł trzepotały ogłuszająco, a w powietrzu aż gęsto zrobiło się od przelatujących ptaszysk.
- Niesamowite! - Mea próbowała przekrzyczeć hałaśliwe zwierzęta. - Jakie to piękne! Chciałabym tak jak one - wzbić się, latać...
Odwróciła się do Crimson - przyjaciółka jednak nie zwracała najmniejszej uwagi na jej zachwycone okrzyki.
Zajmowała się zupełnie czym innym - brała z ziemi co większe kamienie i rzucała w górę starając się trafić w ongary.
- A sio! - krzyczała - nie będziecie zżerać mojego praju!
- Zostaw je - skarciła ją Mea - przecież nie robią nic złego...
Prosto z nieba spadł ze świstem czarny ptak - trafiony widocznie kamieniem Crimson. Wojownicza dziewczyna podniosła go za nogi - w dziobie trzymał jeszcze wielki liść praju.
- Nic złego, co?
Oczy Crimson błyszczały triumfem. Oszacowała ptaka wzrokiem.
- Będziemy ucztować dziś wieczór. I chyba każdego wieczora przez tydzień...
Ptak był naprawdę wielki.
- Chyba nie masz zamiaru go zjeść?!
Mea była zbulwersowana.
- Oczywiście, że nie. Najpierw oskubię go i upiekę.
- To było żywe stworzenie - Mea nie ustępowała.
- Żywy już chyba nie jest...
Ptak rozwarł właśnie dziób, a zielony liść upadł na ziemię. Crimson podniosła go i włożyła do koszyka.
- Ty oczywiście, jako prawdziwa czarownica, będziesz musiała zadowolić się frettą...
Crimson uśmiechała się. Mea również się uśmiechnęła - przyjaciółka była niepoprawna...
Mea podniosła z ziemi wypełniony liśćmi praju koszyk i zawołała:
- Kto pierwszy w gospodzie?!
Obie rzuciły się do biegu - jak małe dziewczynki. Włosy Mei powiewały jak ciemna piracka flaga, wiatr targał jej białą sukienką. Kilka kroków za nią biegła Crimson, śmiejąc się radośnie.
- I tak cię wyprzedzę! - wołała.
Jej ruda kita skakała na jej ramionach jak ogon wiewiórki. Mea obróciła się do Crimson - biegła teraz tyłem.
- Nie dasz rady!
I rzeczywiście - Mea była prawdziwą mistrzynią w biegach i już wyprzedzała Crimson o kilkanaście metrów. Nagle - zapadła się pod ziemię.

* * *



I to dosłownie. W jednej chwili była tam jeszcze, skacząc i śmiejąc się, w drugiej - zniknęła jak kamfora. Crimson zatrzymała się i zamrugała oczami.
- Mea... bawimy się w ganianego a nie w chowanego, przypominam...
Nikt nie odpowiedział.
- Mea, nie wygłupiaj się...
Crimson zaczynała się denerwować.
- Mea!
Po chwili, gdzieś spod ziemi dobiegł drżący głos przyjaciółki.
- Crim...
Odetchnęła z ulgą.
- Mea, gdzie jesteś?
- Chyba wpadłam w dziurę...
Crimson roześmiała się.
- W dziurę?... No nie... A tak się chwaliłaś: "znam wszystkie dziury na pamięć!" - Crimson przedrzeźniała przyjaciółkę - "mogę iść z zawiązanymi oczami i nawet się nie potknę"...
- Przestań, to nie jest zabawne!
- Dobrze, już dobrze... Zaraz cię znajdę.
Zaczęła skrupulatnie przeglądać dziury. Zaglądała do każdej z nich i donośnie nawoływała przyjaciółkę.
- A nie możesz po prostu wyjść drzwiami? Spotkałybyśmy się przed zamkiem.
- Crimson, ty chyba nie w pełni rozumiesz... Ja wiszę na jednej łodydze praju i zaraz zlecę!
- To po co się jej trzymasz, dziewczyno?! Po prostu puść się. Te sale mają najwyżej trzy metry wysokości - nic sobie nie zrobisz!
- Crim, ta ma chyba dużo więcej...
Crimson znalazła wreszcie właściwe "okno". Był to otwór o średnicy prawie dziesięciu metrów.
- Mea, wpadłaś chyba w największą dziurę na całym płaskowyżu...
- Nie śmiej się, tylko mi pomóż! Sytuacja jest poważna!
Crimson schyliła się i zajrzała w głąb dziury. I aż ciarki przeszły jej po plecach...
Rzeczywiście - sytuacja była poważna.

* * *



Mea kurczowo trzymała się długiej łodygi dzikiego praju. Wyglądała na wyjątkowo przerażoną - zresztą, to było zrozumiałe. Pod nią rozciągało się coś na kształt bezdennej przepaści rodem z koszmarów sennych. Crimson starała się przebić wzrokiem przez panującą ciemność. Nie dostrzegała szczegółów, ale zorientowała się, że znajdują się nad wielkim - ponad dziewięciometrowym szybem klatki schodowej. Łączyła ona główną część zamku z położonym niżej magazynem.
- Mea, spróbuj wspiąć się po tej łodydze.
Teraz Crimson naprawdę bała się o przyjaciółkę.
- Urwie się! Już ledwo się trzyma.
Crimson wychyliła się i bezskutecznie próbowała chwycić łodygę - rosła zbyt nisko w głębi otworu. Wyciągnęła dłoń do przyjaciółki.
- Tylko kilka centymetrów wyżej. Spróbuj, proszę... Kilka centymetrów i cię wyciągnę.
- Nie mogę.
Crimson wstała i bezradnie rozejrzała się dookoła. Setki dziur i kamieni - nic, z czego dałoby się zrobić linę.
- Musisz rzucić jakiś czar. Cokolwiek. - odezwała się Mea z głębi dziury.. W jej głosie słychać było przerażenie. - Może lewitację czy latanie.
- Nie jestem czarownicą.
- Proszę!
- Mea, ja nie umiem czarować. - oczy Crimson zaszkliły się łzami.
- Może coś prostego, czekaj... Wiem - "Rośnij"!
- Co?
- Jeśli rzucisz na praj czar rośnięcia jego łodyga wydłuży się i wzmocni i będę mogła zejść po niej na ziemię. Crimson uklękła na skraju przepaści.
- Dobrze, postaram się. Daj mi chwilę.
Po jej zmarszczonym czole widać było, że myśli intensywnie.
- Otwierałyśmy tym czarem pąki, pamiętasz? Kilka lat temu otwierałyśmy tak pąki... Pamiętasz słowa?
Rośnij, rośnij i dojrzewaj...
Teraz Crimson zaczęła mówić tekst zaklęcia - melodyjnie, jak balladę.

Niechaj z nasion będą drzewa,
Niech się pąk jak kwiat rozwinie
by go chłopiec dał dziewczynie.

Tu głos Crimson się załamał. Dziewczyna zaczęła płakać.
- Mea, nie pamiętam gestów. Nie pamiętam gestów...
Przez chwilę panowała cisza. Nagle Mea przemówiła z wielkim przejęciem, jakby podjęła trudną decyzję.
- Spróbuj umysłem.
- Jak to, Mea? Przecież nie dam rady...
Czarowanie umysłem, bez pomocy zaklęć i gestów, było jedną z najtrudniejszych dziedzin Sztuki Magicznej. A przede wszystkim - było szalenie niebezpieczne. Wystarczało niewielkie rozproszenie uwagi, chwilowa dekoncentracja, a wyzwolona moc mogła obrócić się w całkowicie nieprzewidywalnym kierunku. Nawet największe czarownice unikały czarowania umysłem.
- Musisz. Ta łodyga długo mnie nie utrzyma.
- Mea, to niebezpieczne.
- W większym niebezpieczeństwie już chyba nie będę! - krzyknęła Mea. Po chwili znów przemówiła, spokojnym głosem - Zamknij oczy i skup się. Wyobraź sobie, jak praj powoli rośnie, jak jego łodyga wzmacnia się, rośnie... Podziel się z nim swoją energią.
- Nie dam rady! Boję się. - Crimson zaczęła mówić na wpół błagalnie - Mea, kilka centymetrów w górę, proszę. Wyciągnę cię.
- Nie. - głos Mei był spokojny. - Za późno.
Łodyga zaczęła trzeszczeć nieprzyjemnie. Korzenie nie wytrzymały i powoli wysunęły się ze ściany otworu. Mea zamknęła oczy.

* * *



Nagle silna, męska ręka złapała spadającą już roślinę. Potem druga, równie zręczna, chwyciła wysuniętą dłoń Mei. Dziewczyna była uratowana.
Mężczyzna w ciemnym płaszczu powoli wyciągnął ją na powierzchnię. Crimson nie zauważyła nawet, jak się pojawił. Stali teraz naprzeciwko siebie - Mea, jak zwykle piękna, i ten nieznajomy mężczyzna. Jeszcze trzymali się za ręce. Crimson odwróciła się, nie chciała, by oni widzieli jej łzy. Wyrzucała sobie to chwilowe załamanie, tą utratę zimnej krwi. Jak mogła - ona, która zawsze szczyciła się swoją siłą wewnętrzną, która poczytywała sobie odwagę i opanowanie za swoje największe zalety... Jak mogła tak zawieść przyjaciółkę... Otarła szybko łzy... to nigdy więcej się nie powtórzy.

* * *



Marad czuł, że zjawił się w samą porę. Nie chciał się tym chełpić, ale gdyby nie on, to ta dziewczyna już by nie żyła. Zastanawiał się jak znalazła się w tym niebezpieczeństwie... Ale czy na pewno nic się jej nie stało? Spojrzał na nią i uspokoił się - wyglądała na całą i zdrową. Była trochę blada po przeżytym wstrząsie, ale to tylko dodawało jej urody. A była taka piękna... Twarz jasna i delikatna, jak u dziecka, niebieskie oczy ocienione długimi rzęsami, ciemne, długie włosy, ciało - szczupłe i doskonałe jak u starożytnego posągu.
- Dziękuję - powiedziała, a Marad przekonał się, że jej głos swą urodą nic a nic nie ustępował swej właścicielce. Nagle Marad poczuł się dziwnie - wpatrywała się w niego jeszcze jedna dziewczyna. Ale o ile niebieskie oczy uratowanej przepełnione były wdzięcznością i podziwem, to tamte, zielone, błyszczały złością i gniewem. Zielone oczy!
Poznał ją dopiero teraz - to ta dziwna dziewczyna z gospody. Przyjrzał się jej - w świetle dnia dziewczyna traciła dużo ze swej urody - widać było trochę zbyt wystające kości policzkowe, za ostry podbródek. Ciągle była ładna, ale już nie niezwykła, magiczna jak tamtego wieczora. Tylko te oczy, dziwne oczy pozostały niezmienione. O ile oczywiście można powiedzieć, że zagadka się nie zmienia. Nadal bowiem nie mógł odgadnąć ich sekretu...
- Niechybnie zginęłabym w tej przepaści, gdyby nie pan - odezwała się uratowana dziewczyna - Dziękuję... Jestem Mea.
Wyciągnęła do niego rękę. On pocałował ją i powiedział.
- Marad. Marad z Hettii.

* * *



Minęło kilka tygodni. Wiatr zmienił się na cieplejszy, zachodni, a na kripsodach pojawiły się pierwsze, zielone jeszcze jagódki. Mea też się zmieniła - nigdy nie była taka szczęśliwa. Całe życie czekała na kogoś takiego jak Marad, a gdy wreszcie się zjawił - nic nie mogło zmącić ich szczęścia. Może tylko Crimson... Mea czuła, że przyjaciółka oddala się od niej. Może nie chce im przeszkadzać, może jest trochę zazdrosna... Mea nigdy nie mogła odgadnąć jej uczuć. Zawsze była taka skryta i tajemnicza. Nie to, co Mea - w niej można było czytać jak w otwartej księdze. Speria zawsze powtarzała:
- Dziewczyno, naucz się chronić swoje myśli. Teraz nie trzeba nawet być czarodziejem, aby je odczytać!
Mea roześmiała się. Kochana Speria - zawsze lubiła ją i uważała za swą najlepszą uczennicę, a Mea odwzajemniała się nauczycielce prawdziwym przywiązaniem. Właściwie tylko o to kłóciły się kiedyś z Crimson - przyjaciółka naprawdę jej nie cierpiała. Mea mogła to właściwie zrozumieć... O Crimson różni ludzie mówili za jej plecami - że jest niezrównoważona, nienormalna, "dziwna", że kiedyś zwariuje - jak jej matka. A Speria jedyna mówiła jej to w twarz. I potrafiła czasem być okrutna...
Mea pamiętała łzy w oczach Crimson, gdy Speria krzyczała:
- A nie ucz się tych czarów, jeśli nie chcesz! Może i dobrze - nie będę cię miała na sumieniu! Gdy już za parę lat zwariujesz, mogłabyś zrobić magią krzywdę sobie lub komuś innemu. Jak twoja matka... - tu Speria uśmiechała się drwiąco - Ona tak dobrze się zapowiadała... młoda, utalentowana. A teraz nawet cię nie rozpoznaje, prawda? Trzeba karmić ją łyżeczką jak niemowlę!
Wtedy Crimson wybiegała z pokoju z płaczem... Teraz jest o wiele silniejsza - nie przejmuje się tym, co mówią inni. Czasami udaje, że nic nie czuje, że nic nie jest w stanie jej zranić... To chyba nieprawda, zresztą Mea nie znała jej uczuć tak dobrze. Gdy była zdenerwowana, często powtarzała sobie:
- Po matce mam tylko oczy!
Ale odziedziczyła po niej dużo więcej...

* * *



Crimson weszła do pokoju Mei. Bez pukania - jak zwykle. Jej jednak Mea mogła to wybaczyć. Mea domyślała się powodu tej wizyty. Bała się tej rozmowy, ale chyba też jej potrzebowała. Nie mogła tak po prostu...
- Muszę z tobą porozmawiać.
W głosie Crimson nie było zwykłej zawadiackiej pogody. Mea nie wstała. Dalej leżała na łóżku, wpatrując się w okrągłe okienko na suficie.
- Tak? O czym?
- Dobrze wiesz o czym. A raczej - o kim.
Crimson okrążyła klomb z kwiatami na środku pokoju i przysiadła na łóżku Mei.
- Uważam, że za bardzo się angażujesz.
Mea usiadła i spojrzała na Crimson. Zawsze bała się trochę tych dziwnych oczu przyjaciółki, ale nigdy nie widziała ich jeszcze takich zimnych i niedostępnych. Wytrzymała jednak je wzrok, aż Crimson wstała i zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.
- Ty i Marad. Od paru tygodni chodzicie wszędzie razem, rozmawiacie całymi dniami o wszystkim i o niczym. Nierozłączni jak dwa listki rhintu!
Crimson stanęła. Jej oczy błyszczały niesamowitą zielenią.
- Nie mówię, że to źle. Cieszę się, że kogoś znalazłaś. Ale wydaje mi się... wydaje mi się że ty nie wiesz jeszcze wszystkiego. Czuję, że Marad chce... odejść.
Mea odwróciła głowę. Bardzo cicho, jakby z wahaniem powiedziała:
- Wiem o tym...
- Co?! - przyjaciółka wyglądała na zaskoczoną - I nadal chcesz się z nim spotykać? Przecież on wcześniej czy później złamie ci serce!... Chyba że...
Crimson nagle zrozumiała zamiar przyjaciółki. Ciągle jednak nie wierzyła, nie chciała uwierzyć... Znowu usiadła naprzeciwko Mei, tak, że ta nie mogła uniknąć jej spojrzenia. Te jej zielone oczy... nie były już zimne, patrzyły się smutno i na pół błagalnie... Nagle Mea poczuła niezwykłą siłę - taką, jakiej jeszcze w sobie nie znała.
- Tak. Idę razem z nim.
- Nie możesz!
Crimson znowu była wściekła. Ale Mea nie bała się. Już nie.
- Mogę. Muszę. Przecież i tak musiałabym odejść. Wszyscy odchodzą. Chyba nie chcesz, abym skończyła jako piąty grób na cmentarzu, miedzy Matyldą Cierpiętnicą a topielcem Withausem?
- Jesteś jeszcze młoda. Masz jeszcze dużo czasu i tyle do zrobienia. A on... Jeśli cię kocha, to poczeka...
Crimson roześmiała się.
- Wiem, że teraz mówię jak ta stara raszpla Speria, ale to prawda...
- Ty nic nie rozumiesz!
Usta drżały jej, gdy to mówiła. Mea wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać.
- On nie może czekać!
Urwała na chwilę i odetchnęła głęboko z odwróconą twarzą. Gdy znów zaczęła mówić, jej głos był już spokojny.
- On jest chory. Na to dziwne, nowe schorzenie. Traci siły, ma zawroty głowy. Został mu miesiąc, może dwa. Chce przed śmiercią zobaczyć, co jest tam, po drugiej stronie, jaka tajemnica tam się kryje. Rozumiem go dobrze. Moi rodzice...
- Wiem, ale...
- Może tam ludzie żyją dłużej... Może znajdziemy tam jakiś lek, zioło, cokolwiek... A nawet jeśli nie - on uratował mi życie. Jestem mu winna tych kilka tygodni.
- Więc to wszystko z poczucia obowiązku?! Ten drań wmówił ci, że jesteś mu coś dłużna!
- Nie nazywaj go tak! To, co mówisz... to nieprawda. Nie chciał mnie brać ze sobą, ale przekonałam go. Ja go kocham. Nigdy nikogo tak nie kochałam...
Umilkła. Przez chwilę słychać było tylko trzask ognia w kominku i ich oddechy. Potem Mea powiedziała z uśmiechem:
- Pamiętasz tę starą piosenkę?

Z moim kochanym, z moim kochanym
Chętnie pójdę na sam koniec świata...

Dziwnie brzmiał ten jej na pół dziecinny głos pośród tych starych murów. Dziwnie brzmiały proste słowa tej piosenki, które Crimson przecież dobrze znała. Nieraz śpiewała ją w barze, ale był to dla niej zawsze tylko kolejny punkt programu, między "Przygodą woja Barnaby" a "Hej, kripsodowe wino". Teraz zrozumiała, że te słowa są ponadczasowe, że potrafią przemówić do ludzkiej duszy. I pośród tej pięknej zimowej nocy znalazły drogę nawet do jej hardego serca...

* * *



Marad stał tam, u podnóża mostu. Otaczała go delikatna, różowa mgła, tak częsta w zimowe poranki. Unosiła się nisko nad wodą zasłaniając horyzont. Wytężał wzrok, ale udało mu się zobaczyć tylko kilka metrów wybrukowanej ścieżki.
- Cholerna mgła... - zaklął pod nosem.
Jednak nawet przy najczystszym powietrzu nie zobaczyłby końca mostu. Tego nie widział nikt. A nawet jeśli ktoś tego dokonał - nigdy nie wrócił, aby o tym opowiedzieć.
U jego boku stała Mea. Czuł ciepło jej ciała, jej wiotką talię pod swoim ramieniem, jej włosy pachnące olejkiem kripsod.
- Pewnie wyglądamy teraz jak para książkowych kochanków - pomyślał - szum wody, różowa mgiełka, pierwsze promienie wschodzącego słońca. Scena stworzona jakby dla dwojga zakochanych.
Ale tu był ktoś jeszcze. Marad nie widział jej jeszcze, ale wyraźnie czuł jej obecność. Crimson. Przyszła ich pożegnać, pobłogosławić na drogę? A może chce odwieść ich od tej szaleńczej wyprawy? Poczuł, że musi spojrzeć na nią - ten ostatni raz... Obrócił nieznacznie głowę - nie chciał, aby zobaczyła jego wahanie.
Ona jednak napotkała jego spojrzenie. Patrzyła mu się w oczy - na pół smutno, na pół zuchwale. Jak intensywne, jak nieodgadnione były te jej zielone oczy. Poczuł bezsilną złość, tak jak przy pierwszym ich spotkaniu. Tam, w barze, prawie się w niej zakochał. Nie wiedział, dlaczego ta dziewczyna tak oddziałuje na jego uczucia.
Patrzył na nią, jak tam stała, wpatrzona w niego, i pomyślał, że chyba nie byłby w stanie jej pokochać. A już na pewno by jej nie zrozumiał. Lecz te zielone oczy... Nie zapomni ich nigdy. Nigdy.
Obrócił się do Mei. O tyle piękniejsza od Crimson, o tyle bliższa... Jej oczy, ufne i kochające nie kryły w sobie żadnej niepokojącej tajemnicy. Uśmiechnął się - do niej, do siebie... A potem nachylił się nad nią i pocałował w te miękkie, różowe usta. I nagle wszystkie wątpliwości rozwiały się, jakby ich nigdy nie było...
Kochał się w niej jak sztubak. Chciał ją całować, przytulać, być z nią przez wieki, dać jej spokój i szczęście. Miał nadzieję, że to szczęście czeka na nich tam, po drugiej stronie...
Wzięli się za ręce i, nie odwracając się już, weszli na zmurszałe schody.

* * *



Powoli znikali we mgle. Crimson patrzyła na nich, aż widać było tylko dwa ciemne punkty, daleko na horyzoncie. Jej najlepsza przyjaciółka, dziewczyna, z którą dorastała, przeżywała pierwsze sukcesy i niepowodzenia, którą znała jak samą siebie. I ten mężczyzna - silny, niezwykły... Zaintrygował ją. Przez chwilę uśmiechała się do własnych myśli, zastanawiając się, co by było, gdyby... ale nie, nie byłaby w stanie go pokochać. A już na pewno nie poświęciłaby się tak dla niego.
Spojrzała za nimi jeszcze raz, ale widać było już tylko to, co zwykle - morze i mgłę...Morze i mgłę...
Podniosła płaski kamień i rzuciła w wodę, puszczając "kaczkę". A potem kolejną, i jeszcze jedną. Od dziecka lubiła to robić - pomagało jej to wyładować się, skupić, zrozumieć własne uczucia...
- Może i dobrze... po raz pierwszy będę najpiękniejszą dziewczyną w mieście. Ciekawe, jak to jest? I może zajmę się magią... Te stare jędze będą potrzebowały kogoś, kto będzie kontynuował ich powołanie. A teraz, gdy Mea odeszła, chętnie przyjmą nową adeptkę. Mea mówiła mi tyle razy, że mam talent, że powinnam spróbować. A gdy raz się nie udało, przekonywała do kolejnych prób. Wszystkim zawsze próbowała pomóc, cholerna dobra dziewczynka...
I nagle jej piękne, zielone oczy zalśniły bardziej niż zwykle. A na policzkach błysnęły dwie duże łzy.
- Będzie mi cię brakowało. - powiedziała głośno. - I ciebie też, Maradzie. Kiedyś za wami pójdę... Ale mam tu jeszcze dużo do zrobienia.
A potem obróciła się na pięcie i odeszła.


Orin

orin_orin@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||