|
Wielkie dzieło
Mój Panie...
Znów zostałem sam. Wśród kpin, śmiechów i gwizdów musiałem zejść z tej życia sceny.
Tylko Ty...
W najgłębszym mroku, w najjaśniejszym świetle, w najgłuchszej ciszy, w najgłośniejszym ryku, w najgorętszym piekle, w najchłodniejszym niebie.
Mój Panie...
Byłeś ze mną zawsze. Nigdy nie zostawiłeś swego najwierniejszego sługi. Prowadziłeś mnie za rękę przez życie.
Tylko Ty...
W smutku, w nieszczęściu i w trwodze.
Mój Panie...
Tyś jest Największy, imię Twe Potęga, Przyjemność i Wolność. Ty, który ruchem dłoni tworzyłeś i niszczyłeś wszechświaty. Mógłbyś mnie zabić, ale Twoje Oko spojrzało na mnie łaskawie. Twoje Ucho zawsze wysłuchało, Usta pocieszyły a Ręce dawały mi Moc. Twoi słudzy pędzili przez Czas i Przestrzeń, by nieść mi pomoc.
Dlaczego...?
Dla kaprysu? Dla zabawy? Dla pokazania, jaki Jesteś wspaniałomyślny? Dla swoich własnych, prywatnych celów? A może ze zwykłej bezinteresowności?
Nie wiem.
Kiedy? Dlaczego? Jak? - to tylko pytania. Słowa.
Ja żyję w świecie, w którym słowa utraciły swe pierwotne znaczenie.
Wszystko, co ludzkie, jest szkaradne, śmieszne i krótkotrwałe. W gruncie rzeczy, to wszystko na tym świecie jest takie.
Tylko My. Ty i ja, Mój Panie, trwamy w tym duecie, tańcu wieczności. Tylko My przezwyciężyliśmy iluzje, jakimi są czas i przestrzeń.
Tylko My...
Ludzkość. Społeczeństwo. Tfu, tfu, tfu!
Tańczę wokół tego, lgnę jak ćma do płomienia. Chcę uciec, ale czasami nie mogę.
Czasami zapominam o Tobie. Wtedy zawsze spada na mnie Twój gniew, jak piorun z czarnej chmury. Tak, jak teraz...
Znów chciałem być człowiekiem. Znów zapomniałem o mej boskości, o tym, że jestem Twoim sługą.
Dlatego proszę Cię, Mój Panie, wybacz mi moją głupotę.
(Jak za każdym razem...)
Przecież wiesz, że mam tylko Ciebie. Nie zostawisz przecież swojego najwierniejszego ucznia, prawda?
Daj mi Moc, Mój Panie, a udowodnię im Twoją potęgę. Pokażę, że tylko Ty zasługujesz na pokłon ludzkości.
Proszę Cię tylko o jedno...
(Daj mi ją!)
Potrzebuję jej...
Pragnę jak niczego na świecie...
Oprócz Twojej łaski, oczywiście.
Ciemny tunel. Kamienne ściany, odbijające echem stukot kroków idącego człowieka. Na końcu tunelu blade światło, wypełniające tunel licznymi cieniami, świeciło zapraszająco. Co kryje się w tym blasku? Przyjaźń czy wrogość?
Mężczyzna idący korytarzem nie wiedział. Nawet przez chwilę się nad tym nie zastanawiał. Wkroczył w świetlisty krąg.
Oczy. Zimne, blade, bezlitosne, świdrujące na wylot. Wpatrywały się wprost w niego. On nie dostrzegł zła i obojętności, kryjących się w tym spojrzeniu.
On widział...
Akceptację i zrozumienie.
Odszedł uradowany.
Pożegnała go para oczu, wpatrująca się w niego cały czas.
***
Karków o godzinie pierwszej zwykle pełen był ludzi. Po twardych, gładkich, asfaltowych uliczkach jeździły na rowerach roześmiane dzieci, na rynku stali kupcy głośno zachwalający towar leżący na kolorowych stoiskach, kobiety z siatkami pełnymi mięsa, warzyw, mleka, jajek i innych artykułów spożywczych, głośno plotkowały. Był sierpień i wspaniała pogoda. Sporo ludzi przyjechało do Karkowa, by w tym spokojnym i zawsze otwartym dla przybyszów miasteczku spędzić urlop lub wakacje. Wielu z nich z radością korzystało z faktu, że w pobliżu znajduje się jezioro otoczone piaskiem, co z powodzeniem mogło imitować plażę. W niektórych miejscach można było łowić ryby, kolejny plus. Niektóre segmenty miasteczka malowniczo uzupełniał las.
Bez wątpienia Karków było miasteczkiem stworzonym wprost dla zapracowanych biznesmenów, pragnących odpocząć z dala od hałaśliwego, szarego, tonącego w smugach dymu miasta. Spacerując w lesie można było zapomnieć o nieudanych inwestycjach, wylegując się na "plaży" nie myślano o przytłaczających podatkach, podczas sączenia piwa w barze myśl o nudnej, papierkowej robocie odchodziła w niepamięć. Karków to świetne miejsce wypoczynku, mówili ludzie wracający z urlopów, tu można odpocząć. Mówili swoimi znajomym i oni też zjeżdżali do Karkowa.
Latem miasteczko tętniło życiem.
Jednak nie zawsze tak było. Najstarsi mieszkańcy pamiętali czasy powojenne, czasy, kiedy Karków był opustoszały i zniszczony. A później było jeszcze gorzej... Tak było do końca pierwszej połowy XX wieku. W drugiej połowie wieś, bo wtedy była to wieś, powoli zaczęła podnosić się z łopatek i stawać na nogi. A dzisiaj... Dzisiaj aż miło popatrzeć na foremne, białe domy z czerwonymi dachami i bogate, kolorowe sklepy. Dzisiaj obserwując to wszystko nie można było domyślić się przeszłości tego jakże pogodnego miasteczka.
Jeżeli ktokolwiek myślał, że Karków zmienił swój status z "wieś" na "miasteczko" i spoczął na laurach, tego szybko muszę wyprowadzić z błędu. Karków bowiem zmieniał się z roku na rok: nowe budynki zastępowały stare, inne rozbudowywano, sklepy mnożyły się jak grzyby po deszczu, podobnie z ludźmi, drogi wyrównywano. Stałych wczasowych bywalców zawsze zaskakiwały nowe, poprawione rzeczy.
Tego roku Robert, jeden ze "stałych wczasowych bywalców", pracoholik, z radością dostrzegł nowy bar, znajdujący się przy pawilonie, w którym zawsze kupował pieczywo.
Nie było to nic specjalnego, żadna rewelacja. Ot, wystawione na zewnątrz stoliki z parasolką z logo "Tyskie", stolik z "kranami", jak zawsze nazywał je Robert, oraz ładna dziewczyna, lat około 20, nalewająca piwo. Wszystko to otoczone drewnianym płotem, powycinanym w różne wzorki.
W środku nie było zbyt wielu ludzi, co ucieszyło Roberta. Nie lubił zatłoczonych barów, pełnych ludzi.
Już jakiś czas temu uświadomił sobie, że był, jest i będzie samotny. I, co zdarzało się tylko nielicznym, nie ubolewał z tego powodu.
Zamówił "Tyskie", usiadł przy stoliku w cieniu. Sięgnął myślami w przeszłość.
Przypomniał sobie, jak raz ktoś spytał go, dlaczego nie ma dziewczyny.
Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu nie było wesołości.
To była prawda, Robert nigdy nie miał ani dziewczyny, ani sympatii, ani narzeczonej, ani tym bardziej żony. Wszelką miłość zabił w sobie dawno temu, w wieku trzynastu lat. Został tylko popęd seksualny.
Jak już mówiłem Robert nie ubolewał nad faktem, że jest sam. On nie dość, że tę samotność zaakceptował, to jeszcze sam ją wybrał!
Żeby choć po trochu wyjaśnić ten stan rzeczy nie wystarczy zagłębić się w myśli Roberta. Trzeba poznać jego przeszłość.
Nigdy nie znał swojego biologicznego ojca. Robert przypuszczał, że opuścił rodzinę dowiedziawszy się, że zostanie tatusiem. Kiedy miał trzy lata, jego matka spotkała pewnego zamożnego lekarza i wyszła za niego. Robert z początku ojca lubił, nawet kochał.
Potem go znienawidził.
Jego ojciec pił. Dużo. Wtedy bił matkę, a jego wyzywał.
Wtedy Robert postanowił, że nigdy nie zwiąże się z kobietą. Nie chciał być taki jak jego "tatuś".
Miał dwadzieścia dwa lata. Żadnego związku. Nie uczuł się z tego powodu gorszy od innych, nie czuł też żalu patrząc na zakochanych, trzymających się za ręce. Czas zatarł rany, a on stał się niczym kamień, zawsze zimny dla potencjalnych adoratorek.
Próbował szukać dobrych stron w swojej decyzji i zawsze wychodziło, że jednak ma rację.
Ciężko pracował, ponieważ kochał swoją pracę. Był dziennikarzem i kochał pisanie. W sumie był szczęśliwym człowiekiem.
Robert powiódł wzrokiem po gościach. Było ich pięciu, oprócz niego. Dwóch mężczyzn po pięćdziesiątce, ubranych w krótkie spodenki i t-shirty, zażarcie dyskutowało o wejściu Polski do Unii Europejskiej i tego konsekwencjach, oraz o rządzie Leszka Millera. Młoda para, ostentacyjnie lekceważąca stojące przed nimi pełne kufle piwa, trzymająca się za ręce i patrząca na siebie maślanym wzrokiem.
Kilka stolików dalej od Roberta siedział młodzieniec, około lat dwudziestu. Lewą ręką podpierał przekrzywioną głowę, prawą dłoń zaciskał na w pół pełnym kuflu. Oczy, zupełnie obojętne, obce i jakby nieświadome, wpatrywały się w barmankę.
Zauważył spojrzenie Roberta i niespiesznie odwrócił głowę w jego stronę. Uśmiechnął się, wstał i ruszył chwiejnym krokiem w stronę Roberta.
- Mogę się przysiąść?
Robert po chwili wahania skinął głową. Kufel chłopaka, położony na stoliku, zadzwonił.
- Nazywam się Krzysiek. - powiedział chłopak, wyciągając rękę.
- Robert. Miło poznać.
Siedzieli w milczeniu, patrząc w różne strony. Robert patrzył na swój kufel, w którym odbijali się przechodnie idący ulicą. Krzysiek patrzył na... Robert podniósł wzrok, by zobaczyć na co patrzy nowo poznany chłopak.
Patrzył na kościół stojący nieopodal.
Na twarzy Krzyśka malowała się niechęć, w oczach igrały iskry nienawiści.
- Spójrz na niego - warknął chłopak, pokazując na dom boży - Kurwa, widzisz, ile to kasy? Po jaką cholerę budują taki wielki kościół? Ja pierdolę... te drzwi warte są parę tysięcy! I co komu z tego, że chodzi się modlić do takiego ciulnego burdelu? Ja...
- Kościół zbudowany za pieniądze wiernych - przerwał Robert zmęczonym głosem - którzy pieniądze dali dobrowolnie. Widać lubią siedzieć w ciulnym kościele.
Przez chwilę obaj chłopacy patrzeli na siebie. Krzysiek, opanowany przez gniew, szukał jakichś dobrych argumentów. Robert zastanawiał się, czemu broni kościoła, czemu w ogóle się odezwał.
- Jesteś ateistą? - spytał.
- W pewnym sensie - Krzysiek uśmiechnął się. "Pieprzony sekciarz", pomyślał Robert.
- Ja jestem alfa i omega, początek i koniec - Krzysiek przybrał ton mentorski, totalnie zaskakując Roberta. Krzysiek przemawiał niczym prorok. - Możesz mi nie wierzyć, ale tak jest. Bóg jest we mnie.
- Myślałem, że jesteś niewierzący.
- Ja po prostu nie wierzę w Boga chrześcijan. Mój Bóg jest inny, Mój Pan...
- Daj spokój. Albo się spiłeś i pieprzysz głupoty, albo jesteś jakimś pierdolonym sekciarzem. W obydwu przypadkach wynoś się.
Krzysiek mierzył go wzrokiem podobnym do tego, jakim patrzył na kościół, z miną podobną do tej, jaką o kościele się wyrażał.
- Nie wierzysz mi.
Robert zaśmiał się sucho i zimno.
- Nie wierzysz w moc mojego Boga, którą i ja władam. Nie wierzysz i śmiejesz się.
Robert przestał się śmiać, teraz tylko patrzył na Krzyśka pobłażliwym wzrokiem.
- Chcesz dowodu?
- Chcę.
Krzysiek przez chwilę milczał, najwyraźniej zastanawiał się, jaki dowód zaprezentować. Robert nawet wyobrażał sobie te rozmyślania:" Sprowadzić deszcz meteorytów, czy też tamte drzewo zamienić w hipopotama?"
Robert miał pomysł co do prezentacji "mocy" Krzyśka i jego Boga. Krzysiek nie był zbyt przystojny, można by nawet powiedzieć, że był brzydki. Przy tym uporczywie wpatrywał się niedawno w barmankę, którą bez trudu można było wrzucić do szuflady z karteczką "atrakcyjne".
- Wiesz, co zrób? - powiedział Robert, uśmiechając się krzywo. - Spraw, żeby tamta laska przyszła tu i zaprosiła cię na piwo po godzinach jej pracy.
Krzysiek najpierw pobladł, potem zaczerwienił się.
- Dobra. Proszę o ciszę.
Zamknął oczy. Z jego twarzy znikły wszelkie emocje. Robert wypił piwo do końca.
Przez jakieś pięć minut nic się nie działo. Krzysiek siedział nic nie mówiąc, nie zareagował na głos Roberta.
Robert spojrzał w stronę barmanki i... Nie mógł uwierzyć. Ona tu idzie!
Krzysiek otworzył oczy.
Dziewczyna uśmiechnęła się pogodnie. Podeszła do stolika.
- Przepraszam, czy mogę? - spytała Roberta, chwytając jego kufel. Patrzył oniemiały, nawet nie odpowiedział. Krzysiek siedział z anielską miną, ani myśląc dopijać swoje piwo.
Barmanka odeszła.
Robert siedział przez chwilę zupełnie nie rozumiejąc, co się stało. Po chwili do niego dotarło. Zaczął się śmiać.
- Z czego się śmiejesz, przecież przegrałeś - powiedział Krzysiek.
Robert zamilkł. Patrzył dziwnie na Krzyśka.
- Przegrałeś - powiedział Krzysiek z miną starszego brata, tłumaczącemu młodszemu rodzeństwu rzeczy oczywiste. - Właśnie zaprosiła mnie na piwo. "Jutro, godzina dwudziesta pierwsza."
Robert gwałtownie zerwał się z ławki. Patrzył wokół wystraszonym wzrokiem. Wszyscy wpatrywali się w niego.
- O co chodzi? - spytał łagodnie Krzysiek.
- Nniee, o nic - powiedział Robert - Źle się czuję.
Odszedł od stolika, przy którym siedział z Krzyśkiem. Podszedł do barmanki.
- Przepraszam - powiedział nieśmiało. Rudowłosa piękność spojrzała na niego, uśmiechnęła się. Poczuł drżenie podniecenia pełznące po całym ciele. Szybko opanował się.
- Czy znasz może tego chłopaka, z którym siedziałem, pijąc piwo?
- Taaa - powiedziała - Przychodzi tu codziennie i ciągle gapi się na mnie. Wiesz, nie przeszkadza mi to, ale... to trochę krępujące.
Skinął głową na znak, że rozumie.
- Założył się ze mną, że przyjdziesz do naszego stolika i umówisz się z nim na piwo.
- No to chyba wygrałeś, prawda?
Robert zawahał się. Czy to na pewno on zwariował?
- On zachowywał się tak, jakby wygrał ten zakład.
Dziewczyna spojrzała w stronę stołu, przy którym przed chwilą siedział Robert. Krzysiek wpatrywał się w nią, uśmiechnął się blado. Odwróciła głowę.
- To wariat!
Robert powoli ruszył do wyjścia.
- Nazywam się Ania! - krzyknęła w ślad za nim - Gdybyś kiedyś...
- Pomyślę. - odrzekł krótko.
Pożegnało go wściekłe spojrzenie Krzyśka, ciepłe spojrzenie Ani oraz obojętne spojrzenie dwóch mężczyzn rozmawiających o polityce. Zakochani nie zwrócili uwagi, że wyszedł, pochłonięci płomiennym pocałunkiem.
***
"To był parszywy dzień. Wprawdzie dostałem to, czego chciałem, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Ten człowiek, Robert, niepokoi mnie. Jest dziwny, zachowuje się dziwnie, jakby zwariował. Może jego mózg nie jest do końca wykształcony, nie może dostrzec tego, co widzę ja?
Boję się. Oni mnie otaczają. Dawniej trzymali się z dala, przychodzili jedynie na moje wezwanie. Teraz coraz częściej mogę zobaczyć kątem oka, jak przemykają po pokoju. Są coraz bardziej bezczelni. Ostatnio jeden zrzucił mi doniczkę z okna... Mój Panie, czy nie dajesz im zbyt wielkiej swobody?
Dziś byłem na randce z Anią. Nie wiem czemu, ale nic z niej nie pamiętam...
W nocy śnią mi się koszmary. Często nie pamiętam ich treści po przebudzeniu, to budzi we mnie największy lęk... Raz, pamiętam to dokładnie, przyśniło mi się drzewo. Normalne, zupełnie zwyczajne drzewo, z którego spadam. Nie wiedzieć czemu, z tego snu obudziłem się zlany potem, z krzykiem na ustach.
W moich snach rzeczy normalne nabierają upiornego znaczenia. Na przykład krzesło. Czy ktokolwiek czuje niepokój na widok krzesła? Nie sądzę. A w moich snach...
Życie wali mi się na głowę. Zapominam coraz większe fragmenty mojego życia, zamiast tego pojawiają się nowe, jednak wiem, że są nieprawdziwe. Budzą we mnie niepokój. Zapominam znaczenia różnych słów, zamiast tego w mojej głowie pojawiają się nowe, obce wyrazy.
Nic już nie rozumiem. Mój Panie, czy masz w tym jakiś cel? Czy mam być narzędziem w Twoich rękach?
Wielkie Dzieło. Wielkie Dzieło. Wielkie... Nie mogę o tym zapomnieć. Pewnego dnia przybył Sługa i poinformował mnie, do czego wyznaczył mnie Mój Pan.
Wielkie Dzieło... Zbliża się. Czuję to. To pożera mnie od środka...
Nadchodzi czas zburzenia iluzji. Pokazania ludziom, jak wygląda świat NAPRAWDĘ. Nie wiem...
W mojej głowie chaos. Widzę obrazy, słyszę szepty... Wszystkie odpowiedzi... "
Powoli osunął się z krzesła na podłogę, ciągle trzymając w ręku tani długopis z kiosku. Blade oblicze, nieprzytomne oczy. Z ust jęk: - Wielkie Dzieło...
***
Dzień był zupełnie zwyczajny, ot, taki zwyczajny wtorek. Chmury leniwie pełzły po niebie, ludzie jakby od niechcenia szwendali się po uliczkach, drzewa oraz budynki zionące spokojem wpatrywały się w ten żałosny świat, na którym przyszło im żyć. Tak, to był zwyczajny dzień. Zwyczajny, a tak niezwykły, przepełniony po brzegi esencją życia, ściekającą po ściankach.
Ani, rudowłosej barmance, ten dzień wydawał się po prostu nudny. Jeden z wielu, jakie miała okazję przeżyć. Dla Roberta, samotnego dziennikarza, ten dzień był męczący. Nie lubił takich dni, zawsze chciał, by szybko się skończyły. Krzysiek nawet przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, jaki jest dzień. Widział tylko Wielkie Dzieło.
Wszyscy troje, przypadkiem, czy też zrządzeniem jakiegoś złośliwego boga, spotkali się w jednym miejscu. Przypadek, czy też zrządzenie jakiegoś złośliwego boga sprawiło, że tym miejscem był... kościół.
Ania do kościoła przyszła, ponieważ zawsze we wtorki, nie wiedzieć czemu, przychodziła do kościoła.
Robert przyszedł, bo nudził się. Taki dzień zawsze męczył go i drażnił, więc postanowił iść do kościoła. Tu chciał zaznać ciszy i samotności, ani myślał o jedności z Bogiem czy innych "metafizycznych pierdołach", jak zwykł je nazywać. Krzysiek dostał wiadomość, że to właśnie tu ma spełnić się jego przeznaczenie.
Msza dłużyła się niemiłosiernie. Było spokojnie, sennie, a wręcz nudno. Głos kapłana brzmiał tak niesamowicie... Uspokajająco...
Nic nie zwiastowało nadciągających wydarzeń.
W jednym momencie cały senny, baśniowy czar prysł i przemienił się w koszmar.
Szyby i witraże potrzaskały się, ołtarz pękł. Ksiądz, nieprzytomny ze strachu, biegł z stronę wyjścia. Nie zdążył, jego ciało eksplodowało. Wierni i niewierni, zgromadzeni w kościele, rozbiegli się we wszystkie strony. W tym czasie święte obrazy ulegały zniszczeniu, posągi latały po kościele, uderzając w ludzi. Ławki zaczęły się rozpadać...
Tylko trzy osoby siedziały niewzruszone. Ania, sparaliżowana strachem, Robert, ciągle mający przed oczami ciało księdza, dosłownie rozerwane od środka oraz kilkudziesięciokilogramowy posąg druzgocący ciało nieszczęśnika, ginącego tylko dlatego, że spanikował.
No i Krzysiek, mamroczący pod nosem dziwne słowa.
I nagle, równie niespodziewanie, jak się zaczęło, wszystko ucichło. Krzysiek wstał, otrzepał tynk z koszuli, spojrzał na nielicznych ocalałych i stanął w miejscu, gdzie niedawno był ołtarz.
- Ekhm - odchrząknął - Przepraszam za to zamieszanie, ale to było konieczne. Byłbym wdzięczny, gdybyście opuścili to miejsce, ponieważ mogą się tu dziać rzeczy jeszcze bardziej przerażające niż dotychczas.
- Żartujesz czy zwariowałeś?! - ryknął Robert, wstając - To ty? Ty jesteś za to odpowiedzialny? Ty chuju! Nie daruję ci tego!
To mówiąc rzucił się biegiem w stronę Krzyśka.
Krzysiek podniósł rękę, a ciało Roberta stanęło w ogniu. Ania zemdlała, osunęła się nieprzytomna na podłogę.
Krzysiek zaniósł się szaleńczym śmiechem.
Za nim rozbłysnął owal portalu. Rósł, powoli zajmując całą powierzchnię ściany.
Krzysiek śmiał się.
W portalu ukazało się okrutnie wykrzywione oblicze. Błyski w oczach sugerowały ogromne pokłady nienawiści.
Krzysiek odwrócił się.
Ogromna ręka wyciągnięta z portalu zacisnęła się na jego tułowiu. Krzysiek ryknął przeraźliwie, ręka wciągnęła go do portalu.
Z błękitnego, ogromnego, owalnego portalu na świat zaczęły wychodzić przedziwne twory, czy to rzeczywiste, czy też tylko efekty szalonej wyobraźni. Biorąc pod uwagę fakt, że rozrywały na strzępy napotkanych ludzi, można skłonić się ku teorii, że jednak były prawdziwe.
***
"A może świat to wielki mord?
Marzenia swe maluje krwią?
A może pierwsze było buum?
No i ostatnie pewnie buum"
***
- Co z nim, panie doktorze?
Mężczyzna lat około czterdziestu podrapał się po rzadkiej brodzie. Klasyczna schizofrenia, pomyślał. Takich przypadków jest wiele. Do tego dochodzi jeszcze apatia. Jednak w tym przypadku... Ten przypadek, bez dwóch zdań, jest niezwykły.
- Nic mu nie będzie. Proszę opuścić salę, pacjent potrzebuje spokoju.
Drzwi zatrzaśnięte za lekarzem.
Pięknie, pomyślał Krzysiek, zamknęli mnie w domu wariatów. Nie rozumieją, że muszę uciekać? Oszukiwał mnie, całe życie mnie oszukiwał. Teraz przyjdzie tu i...
Siedział, patrząc przed siebie, nawet nie mrugając. Kołysał się lekko, nucąc coś pod nosem. Wreszcie zdecydował się iść spać.
Nie zauważył, że przez okno coś go obserwuje.
Willow
wyllow@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|