|
Empatia - odcinek 7 Dwa wcielenia demona
Trzynastoletni na oko chłopczyk leżał pod drzewem, oparty o jego pień i nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Leżał z otwartymi oczami i patrzył na kilkunastu ludzi, którzy doprowadzili go do tego stanu. Co to było? Zaklęcie? Magia? Chłopczyk nie rozumiał tego słowa.
Demon leżał, zniszczony i upokorzony, pod dębem, na twarzy miał rosę. Patrzył na swoich oprawców. Pamiętał, wiedział, co mu zrobili. Oni... Oni go upokorzyli! Pokazali, że jest niczym! Za pomocą prostego, głupiego zaklęcia! Czy oni myślą, ze mogą igrać z demonem, którego sami przyzwali?! Czy myślą, ze mogą kpić z...
"...Kim ja jestem? Nie pamiętam swojego życia. Kim są ci ludzie? Co to za miej..."
"...demona, pana śmierci!!! NI..."
"...miejsce?" Chłopczyk spojrzał na siebie spod przymkniętych oczu. "Ja krwawię. To, co widzę to krew. To tak się nazywa. Ale skąd ja to wiem? Krew. Krew. Krew. To nic nie znaczy. To puste słowa. Krew. Śmierć. Krew. Śmierć. Krew to śmierć. Nie. Morze to śmierć. Człowiek na łódce nie krwawił. Krew to nie śmierć. To morze to śmierć. Co to jest morze?"
"...NIE ZNISZCZĄ MNIE!!! Ale ja już umieram. Ja krwawię. Moje kości są pogruchotane, jeśli żebro przebije płuco, albo trafi w serce, to umrę. Nie, to moja powłoka umrze. Muszę zmienić ciało. Wiem, że mogę to zrobić, wiem, że kiedyś to robiłem, ale teraz jestem słaby i nie pamiętam... Najpierw muszę się zemścić..."
"Dziewczynka krwawiła. Ból. Krew to ból. Ale ja nie czuję tego, co wtedy, nie czuję bólu...tego, co nazywam bólem. I czuję, że umrę, że umieram. Jak przezwyciężyć ból i śmierć?"
Demon spróbował wstać. Powłoka była na to za słaba. "Czary leczące."
"Miłość. Ślepy chłopiec, on cierpiał. Ból to cierpienie. Śmierć to cierpienie. (Skąd ja to wiem?). Tylko miłość może pokonać ból i śmierć. Tylko miłość może mi pomóc. Skąd się bierze miłość?"
"Muszę sobie jakieś przypomnieć. Atwa manyu kress... Nie. To nie tak. Atwa... Atwa rate... Tak, tak, tak! Atwa..."
"Chłopiec bardzo pragnął spotkać się z kobietą. On ją... kochał. Ale ja nikogo nie kocham i nikogo nie znam. Tylko siebie... Siebie też nie znam. Ale mogę spróbować pokochać siebie. Więc... Co mam teraz robić?"
"...rate..."
"Ja... Ja nie wiem, kim jestem! Ja nic nie rozumiem! Co z tego, że umrę?! Nikt mnie nie zna, ja nikogo nie znam, jestem znikąd, jestem nikim, jestem..."
"...magnos..."
"...Sam nie wiem, kim! To bez sensu!" Chłopiec był całkowicie rozbity. Wiedział, że coś jest nie tak, że z nim i jego życiem jest źle. Nie potrafił dokładnie powiedzieć dlaczego, bo nigdy nie żył i nie wiedział jak to jest. Był zrozpaczony. Z jego oczu...
"...kletus!!!"
...popłynęły łzy.
Dłużnik Śmierci zmrużył oczy. Od kilku chwil patrzył na konającego demona i zastanawiał się, co poszło nie tak. Nagle jednak w oczy uderzył go blask, jasnoniebieskie światło, cała polana zdawała się świecić. Coś się działo. Dłużnik uśmiechnął się. Nagle kłująca oczy jasność znikła tak szybko, jak się pojawiła. Pod dębem leżały teraz dwie postaci. Jedną z nich był na oko trzynastoletni chłopczyk o lekko zamglonym wzroku - żywy, cały i ani trochę nie krwawiący. Drugą był... było... Coś. To Coś przypominało człowieka. Miało dwie nogi i ręce i wszystkie inne części ciała na miejscu, ale...zdawało się nie być tym, na co wyglądało. Jego czoło wieńczyły dwa króciutkie różki. Oprócz tego we wszystkim przypominało człowieka - mężczyznę. Coś było także całkiem nagie (chłopczyk ubrany był w schludny, czarny garniturek). Na środku tułowia miało wytatuowaną (czy aby na pewno?) potrójną spiralę jarzącą się czerwonawym blaskiem.
Dłużnik Śmierci już się nie uśmiechał.
* * * * *
Marian Rewski siedział w swoim gabinecie, przed swoim własnym, dębowym biurkiem i myślał. Myślenie zawsze przynosiło mu ulgę i jakiś przewrót w sprawie, nad którą pracował porucznik. Teraz jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Jeszcze raz wybrał na swojej komórce numer Dareckich.
- Abonent czasowo niedostępny... - znów to samo. Gdzie oni są? Pieprzone komórki, ponoć to jeden z najważniejszych i najlepszych wynalazków naszych czasów. Gówno prawda! Zawsze jak trzeba się gdzieś pilnie dodzwonić, to nie ma zasięgu. Takie i podobne myśli przewijały się przez umysł Rewskiego.
Policjant wziął spod biurka czystą kartkę papieru i długopis. "Więc co mamy?" spytał w myślach sam siebie. "Podsumujmy."
1. Niejaka Julia Darecka, studentka archeologii, podczas zajęć w terenie wykopuje z ziemi tabliczkę z wyrytą potrójną spiralą.
2. Tabliczka okazuje się jakimś znakiem kultu, czczącego szatana.
Po chwili namysłu porucznik Rewski dopisał "(sic!)" na końcu drugiego punktu.
3. Dareccy kręcą się po lesie niedaleko wsi Józefów, gdzie w środku tegoż lasu znajdują trupa w willi.
4. Pod tymże lasem, w katakumbach znajdują podobnego do człowieka stwora (gadającego), którego porucznik policji Marian Rewski...
Policjant uśmiechnął się. Uwielbiał pisać o sobie w trzeciej osobie.
...zabija. Ciało stwora znika (wcześniej zamienia się w ciało ludzkie).
5. Sprawy toczą się w potwornie szybkim tempie. Okazuje się, że istnieją inne takie tabliczki (trzy), wszystko to razem, w jakiś sposób powiązane jest z czczeniem diabła.
6. Porucznik Rewski zostaje uwięziony w podziemiach kościoła w Józefowie, gdzie spotyka i zabija (ponownie!) stwora z punktu numer 4.
7. Porucznika ratują jego podwładni. Wywożą ciało potwora (teraz już człowieka) do kostnicy, gdzie ono znika.
Marian Rewski przeczytał to, co przed chwilą napisał i zasępił się. Coś tu nie pasuje. Jakby na to nie patrzył, porucznik nie wierzył w czary. "To niemożliwe. To mistyfikacja, iluzja. Sprytna, ale... Coś takiego jak David Copperfield. Ten gość robi niesamowite rzeczy, ale wszystko to tylko kilka złudzeń optycznych na krzyż." Rewski jeszcze raz spróbował się dodzwonić do Dareckich. Tym razem w słuchawce swojego telefonu usłyszał to, co chciał. "No, odbierz to który!" pomyślał porucznik.
* * * * *
Dareccy z Krzysztofem Rewskim jechali samochodem, tuż za autem Natalii i Roberta. Słońce już zachodziło, robiło się coraz ciemniej. Ale mieli po co jechać, był jeszcze w tym jakiś sens. Nie zmieniało to faktu, że ciągle nie mieli pojęcia, co zrobią pod koniec trasy, gdy już dojadą na miejsce. Przecież nie będą walczyć z demonem!
- Może byś zadzwoniła do Rewskiego? - zasugerował Daniel.
- Nie ma zasięgu - stwierdziła sucho Julia.
- Pieprzone komórki.
Droga wiła się powoli, ciągle tak samo. Teraz już od jakiegoś czasu jechali w lesie. I ciągle to, ciągle to samo, w usypiającym rytmie, tylko, drzewa, drzewa, ciągle to samo...
- Daniel nie śpij! - krzyknęła Julia. - Chcesz nas wpakować na drzewo?
- Co?... Nie, nie, ja tylko... Te drzewa są takie monotonne, takie... Usypiające.
- Lepiej patrz na drogę. Zobacz, samochód Natalii i Roberta się zatrzymał. Nie wiem, czemu, ale stań koło nich.
Darecki posłusznie wykonał polecenie siostry. Przynajmniej nie będzie musiał już patrzeć na drzewa poruszające się ciągle tak samo... Odpocznie...
Julia ze zdziwieniem zauważyła, że Natalia wysiadła z samochodu (podczas, gdy Robert ciągle w nim siedział) i rozmawia z kimś na poboczu drogi. Ten ktoś ubrany był w zielony mundur i nie wyglądał na szczęśliwego. Obok niego stała duża terenowa Toyota. Siostra Daniela wysiadła z auta i podeszła do Natalii. Kimś w mundurze okazał się leśniczy... a w każdym razie ktoś pracujący w lesie. Julia podeszła do Natalii i gestami zapytała, o co chodzi.
- O widzi pan - powiedziała była służebnica zła do domniemanego leśniczego - to moja koleżanka, Julia Darecka. Ona jedzie za nami i powtarzam panu, że w bardzo, ale to naprawdę bardzo ważnej sprawie.
- Nie obchodzi mnie to, droga panno, po co jedziecie przez ten las, ale jeszcze raz powtarzam, że jeżdżenie samochodem po lesie jest ZABRONIONE. Rozumie pani? NIE WOLNO - na twarzy pracownika służby leśnej pojawiło się rozgoryczenie. Julia pomyślała, że pewnie tłumaczy to Natalii nie po raz pierwszy. Postanowiła włączyć się do dyskusji.
- Widzi pan, - zaczęła - to nie jest tak jak pan myśli. Nie jeździmy tu dla zabawy ani nie chcemy nigdzie rozpalać ogniska. My tylko...
- Tamci też jadą z wami? - spytał leśniczy wskazując na dwa czarne mercedesy zatrzymujące się za samochodem Dareckich. Widocznie też nie spodziewali się tego postoju.
- Jacy tamci? - Julia spojrzała we wskazanym kierunku. "O kurwa mać" pomyślała i powiedziała: - Nie, nie znamy ich.
- Świetnie! Cztery mandaty jednego dnia. Genialnie! - leśniczy uśmiechnął się ironicznie. - Co to spęd wariatów? - ruszył w stronę mercedesów stojących na leśnej dróżce. Kiedy do nich podszedł Darecka pomyślała "To się źle skończy...". I miała rację. Pracownik służby leśnej zapukał w zaczernianą szybę mercedesa, a ta po chwili otworzyła się. Leśniczy zaczął mówić coś do ludzi w samochodzie, ale po chwili zamilkł. Zza okna wychynęła ręka trzymająca w ręku pistolet z tłumikiem. Po chwili broń wystrzeliła. Leśniczy miał szczęście. W odpowiednim momencie upadł na ziemię. Ręka skierowała się w dół, ale umundurowanego pechowca już tam nie było. Potoczył się szybko w stronę tyłu auta i skrył się za nim. Wyciągnął przewieszoną przez ramię strzelbę ("Leśniczy z bronią?" pomyślała Julia, która dopiero teraz zauważyła ten atrybut). Samochód zapalił. Odważny wlepiacz mandatów wstał i strzelił w tylnią szybę samochodu. Dareckiej przyszło do głowy, że trzeba by go odznaczyć za nadzwyczajną celność. Dubeltówka była widać załadowana kulami, a nie śrutem, bo inaczej cały samochód pokryłby się krwią. Ale nie - tylko pasażer padł głową do przodu, opierając się na szafeczce z poduszką powietrzną. Samochód ruszył do tyłu. Leśniczy był szybszy - odtoczył się w lewo, za drugiego mercedesa, który niestety też ruszał. Mimo wszystko "bohater" jak już nazywała go Julia, jakoś zdołał umknąć do lasu. W tym momencie z półsnu ocknął się Daniel, zapalił i otworzył drzwi pokazując siostrze, aby wsiadała. Natalia już siedziała w aucie Roberta. Krzysztof Rewski na tylnym siedzeniu samochodu wpatrywał się w całą tę scenę z niemym przerażeniem. Julia rzuciła się do samochodu, ale agenci zła byli szybsi. Wysiedli z samochodów i zaczęli ostrzeliwać okolicę z pistoletów maszynowych. Może wcześniej nie chcieli zabijać Dareckich, ale teraz sytuacja diametralnie się zmieniła. Młoda studentka archeologii padła jak ścięta na ziemię. Nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko. Daniel krzyknął "Julia!!!", porwał samochodową apteczkę (nie zwracał zupełnie uwagi na Rewskiego który zemdlał na tylnym siedzeniu samochodu) i wyskoczył z samochodu. Miał szczęście. Agenci w tym czasie przeładowywali magazynki. W tym samym momencie jak spod ziemi wyrósł dzielny, domniemany leśniczy i strzelił w kierowcę samochodu, w którym zabił już pasażera. Celność miał rzeczywiście niesamowitą. Agent z głuchym jękiem osunął się na ziemię. Umundurowany bohater schował się za swoją Toyotę i sięgnął po nowe naboje. Mruknął "Cholera, śrut." i przeładował broń. Zostało już tylko dwóch agentów - kobieta i mężczyzna. Przedstawiciel płci męskiej o widocznie niezbyt wielkim pomyślunku doskoczył do przodu terenowego samochodu i przez szybę starał się wypatrzyć leśniczego. Nic to nie dało. Tamten w bardzo szybkim tempie wstał, wsadził lufę dubeltówki do samochodu (rozbijając tylnią szybę) i strzelił. Śrut zniszczył całą tapicerkę i rozbił przednie okno. Twarz kiepsko rozgarniętego agenta zmieniła się nie do poznania. Oczy zamieniły się w galaretowatą masę, cała głowa spływała krwią. Mimo to, mężczyzna jeszcze żył. Nacisnął spust pistoletu. Leśniczy znów popisał się refleksem - zdążył schować się za Toyotą. Robert oglądający całą tę scenę (nie chciał ruszać z powodu Julii) otworzył drzwi i zwymiotował na ziemię. Naboje w magazynku pistoletu umierającego agenta skończyły się. On sam padł na ziemię, lokując się wśród dziesiątek łusek od pocisków. Te głucho brzęknęły i ucichły. Mężczyzna jęknął i umarł. Kobieta agent patrzyła na to niewzruszona. Widocznie nie zależało jej na towarzyszu. Była jednak dużo bardziej rozsądna i nie zdecydowała się na taką robinsonadę jak jej kolego po fachu. Podeszła do Daniela klęczącego nad siostrą i przystawiła mu lufę do głowy.
- I co teraz? - uśmiechnęła się zimno. Krzyknęła: - Ty, bohater ostatniej akcji wyłaź zza Toyoty, bo rozwalę temu dupkowi łeb! I ręce do góry!
Leśniczy posłusznie wyszedł zza samochodu trzymając strzelbę w uniesionych rękach.
- Rzuć ją daleko, daleko... Najlepiej gdzieś do lasu - zakomenderowała agentka, a leśniczy posłusznie wykonał jej rozkaz.
- Nie wiem, o co w tym chodzi, ale lepiej, żebym się dowiedział, bo... - wycedził.
- Bo co?! Swoją drogą - nie wiesz - to śmieszne, przypadkowy bohater. Phi! Słuchaj ty w ogóle jesteś leśniczym? Pierwsze słyszę żeby ktoś taki nosił broń!
- Jestem też myśliwym, szedłem na polowanie.
- Ooooooo... To ciekawe... - agentka umilkła na chwilę, co wykorzystał Daniel, aby się odezwać.
- Czego ty chcesz? - wycedził. - Z tego, co wiem nie mieliście do nas strzelać... Co mogę zrobić żeby nie umrzeć?
- Czy słyszę ironię? - uśmiechnęła się agentka. - No, no... czemu strzelamy? Przez tego tam - o!, leśniczego... Co masz zrobić? Widzisz to nie jest takie proste. Pan Dłużnik Śmierci - myśliwy skrzywił się na tę nazwę - wykluczył nas z grona zaszczyconych tego, aby dostać od demona nagrodę. Jedziemy... Jechaliśmy za wami, aby dowiedzieć się, gdzie też odbył się rytuał, znaleźć Dłużnika i demona i pokazać, kto tu rządzi. Proste? - Daniel nic nie powiedział. - Ale teraz wiele się zmieniło. Teraz sama mogę dostąpić tego zaszczytu... To nawet lepiej. Ale ciągle możecie nas tam doprowadzić... A twoja siostra - została postrzelona przez własną głupotę. Celowaliśmy w tego waszego bohatera... - nagle wywodowi agentki przerwało brzęczenie komórki. - O, coś ci wypadło - spojrzała na Julię. - Rewski - odczytała napis na ekraniku komórki. - Ciekawe... Odbierzmy...
W samochodzie ocknął się Krzysztof. Wstał popatrzył na sytuację i po cichutku wysiadł z auta, poczym pobiegł do lasu i skrył się za drzewem...
* * * * *
Demon podszedł do Dłużnika Śmierci. Nikt nie zauważył zniknięcia trzynastoletniego chłopczyka.
- A więc tego chciałeś?! - ryknęło nagie coś.
- Panie... - wyszeptał Dłużnik i upadł na kolana.
Wcielenie zła uśmiechnęło się i powiedziało: - Cóż, abym był w pełni sił muszę jeszcze zapaść w letarg, w którym przypomnę sobie wszystko, co kiedyś potrafiłem. Czy będziesz mi w tym towarzyszył?
- Oczywiście - odrzekł Dłużnik Śmierci.
Demon usiadł na ziemi w pozycji kwiatu lotosu. Słudzy stojący pod ścianą lasu podeszli i usiedli w takiej samej pozycji, tworząc krąg naokoło swego pana. Dłużnik Śmierci ukląkł przed demonem. W tej pozycji mieli trwać długi czas, odwiedzając światy inne niż ten...
* * * * *
Na twarzy Rewskiego pojawił się uśmiech. Ktoś odebrał telefon. Policjant nacisnął zielony guzik z namalowaną słuchawką na swojej komórce.
- Halo?
- Pan Marian Rewski? - głos w słuchawce brzmiał zimno i nieprzyjaźnie.
- To ja? Przepraszam chyba... Nie rozumiem. Czy to pomyłka?
- Nie to nie jest pomyłka - uprzedziła go agentka. - Pana młoda znajoma leży tu teraz na ziemi i chyba powoli kończy swój żywot. A jej uczynny brat klęczy nad nią z lufą pistoletu przy skroni... To mój pistolet, jeśli to pana interesuje.
- Czego... Czego chcecie? - wydukał porucznik.
- Czego?... Czego? Niczego. Od pana aktualnie niczego. To pan tu dzwonił - Rewski skrzywił się. Mógł nie dzwonić, mógł nie dzwonić, mógł nie dzwonić, mógł... Nagle do głowy przyszedł mu całkiem dobry pomysł.
- Chcecie czwartej tabliczki prawda? - zapytał, uśmiechając się z zadowoleniem ze swojego pomysłu.
- Czw... Czwartej tabliczki?! O czym tu mówisz Rewski?! - porucznik znów uśmiechnął się, słysząc podniecenie agentki.
- Tak czwartej tabliczki. Nie mów mi, że o niej nie słyszałaś. Cóż - właściwie nie musieli ci mówić wszystkiego. To najważniejsza tabliczka - jest większa od innych...
- Do czego służy?
- Nie wiem dokładnie. Do tego nie udało mi się dotrzeć, wiem tylko, że ja ją mam, a oni nie.
- Ach tak? Ale oni już przywołali demona i to bez pomocy tej twojej czwartej tabliczki.
"Przyzwali demona?" pomyślał Rewski i w jednej chwili wszystko zrozumiał. Powiedział: - Ale bez niej on nie będzie mógł wyzwolić swojej pełnej mocy. Ja proponuję ci wymianę. Moi znajomi za tabliczkę.
- Daj mi chwilę do namysłu... - zawahała się agentka. Myślała. Z jednej strony Rewski mógł blefować. Z drugiej, jeśli mówił prawdę... Ambicja kobiety była ogromna. Zostałaby obsypana złotem i dobrami, stałaby się nieśmiertelna, wiecznie młoda. Przesadzała, ale nie myślała teraz racjonalnie. W końcu dokonała wyboru. - Dobra Rewski - powiedziała do telefonu. - Zgadzam się na wymianę. Ale przyjeżdżasz tu sam, bez obstawy, jeśli kogoś zobaczę, od razu zastrzelę braciszka twojej znajomej...
- Jasne, zrozumiałem - porucznik uśmiechnął się naprawdę szeroko. - Powiedz mi tylko gdzie was mogę znaleźć - agentka wytłumaczyła to policjantowi. - OK. Niedługo przyjadę.
- Na razie, Rewski - kobieta wyłączyła telefon. Ona też się uśmiechnęła.
* * * * *
W umyśle Mariana Rewskiego zagościł na stałe świetny pomysł. Miał znajomego garncarza. Zajmował się on także innymi tworami z gliny. Także płaskorzeźbami. Porucznik zgłosił się do niego po pomoc. Problemów z uzyskaniem tabliczki nie było. Pod czujnym okiem policjanta, ceramik stworzył świetną kopię rzeczonego przedmiotu kultu. Rewski wziął ją, troszkę ubrudził, żeby wyglądał starzej (niewiele to dało) i pojechał do lasu. Kiedy dojechał, przeraził się. Dareccy byli w poważnych opałach. Wysiadł z samochodu. Agentka od razu wzięła go na muszkę.
- Pokaż tabliczkę - rozkazała. Porucznik podniósł przedmiot do góry. Za mundurem ukryty miał mały pistolet. - Dobra, chodź tu.
"Doskonale, jest tak zaślepiona swoją ambicją i chęcią władzy, że ani myśli mnie obszukać, czy coś takiego" pomyślał Rewski. Podszedł do kobiety i dał jej tabliczkę. Ona zdjęła z muszki Daniela i wzięła na nią policjanta.
- Teraz chce odjechać - powiedziała. - Zostaniecie tu - jeśli będziecie mnie gonić, to będę strzelać!
"Naiwna i głupia."
Agentka ruszyła do samochodu, ciągle celując, ale nerwowo, we wszystkich po kolei. Rewski już chciał wykonać ruch, ale ubiegł go, oczywiście, dzielny leśniczy. Zza pasa wyciągnął myśliwski nóż i znów popisał się genialną i zadziwiającą zręcznością. Rzucił kozikiem i trafił prosto w pistolet maszynowy. Kobieta upuściła go, co wykorzystał porucznik. Wyjął zza munduru pistolet i wycelował w nią.
- Nie martw się - powiedział do agentki. - Tabliczka to takie moje małe kłamstewko - kobieta syknęła, ale nie ruszyła się. Rewski spojrzał na Dareckich i Natalię z Robertem: - Porozmawiamy później. Jedźcie tam gdzie mieliście jechać... Co z Julią? - spytał. Ta spojrzała na policjanta, wstała z ziemi (była opatrzona przez Daniela) i powiedziała:
- Wszystko jest w porządku. Na całe szczęście, mój kochany brat kończył kiedyś kurs pierwszej pomocy. Poradzimy sobie. Muszę tam jechać - powiedziała, ubiegając pytanie Rewskiego.
- Jak chcesz - powiedział policjant. Spojrzał na myśliwego: - Pan pojedzie ze mną.
- Czy to konieczne? - leśniczy spojrzał na porucznika bardzo dziwnym wzrokiem. Nagle Rewskiemu wydało się, że jest gdzieś daleko, że wszystko jest nieważne, że płynie, nieważne, daleko, gdzieś, coś, myśliwy, nie...
- Nie - powiedział.
- Ale poruczniku, myślę, że to ważne... - zaczęła Julia. Nie skończyła. Dziwny leśniczy omiótł wszystkich zebranych na polanie takim samym wzrokiem (ominął tylko agentkę, stojącą ciągle z rękami wzniesionymi do góry przed radiowozem Rewskiego).
To zakończyło rozmowę. Czwórka młodych przyjaciół wsiadła do samochodu Roberta i odjechali w dalszą drogę. Nie zastanawiali się nad tym, że leśniczy nagle zapomniał mandatach... Zapomnieli także o Krzysztofie, który uciekł do lasu i gdzieś tam się chował... Widocznie dyskretne działania leśniczego odniosły podwójny skutek. Marian Rewski chwilę patrzył na oddalające się auto, a po chwili sam wsiadł do radiowozu, razem z ujętą agentką (wcześniej oczywiście skuł ją w kajdanki). Odjechał. Gdy był już w połowie drogi na komisariat, zaczął się zastanawiać, dlaczego właściwie zostawił drogę w lesie pełną trupów - nie oczyszczoną, nie zbadaną... Nigdy nic takiego mu się nie zdarzyło. Odstawił agentkę na najbliższy posterunek policji i zawrócił do lasu. Gdy dojechał na miejsce niesamowicie się zdziwił. Na miejscu (a z pewnością było to to samo miejsce) nie było ani dziwacznego leśniczego ani, co zdziwiło go jeszcze bardziej, żadnych trupów, lub śladów strzelaniny. Rewski zaklął siarczyście. Na komórce wybrał telefon do Dareckich.
- Abonent czasowo niedostępny...
Rewski zaklął ponownie i zadzwonił na komisariat.
* * * * *
Ucieczka z posterunku policji, na który odstawił agentkę Rewski okazała się niesamowicie wręcz prosta i banalna. Wystarczyło omamić i oszukać paru głupich policjantów. No i oczywiście przekupić. Bez tego by się nie obyło...
Uciekła do lasu. Do tego samego lasu. Tam znalazła błąkającego się wśród drzew Krzysztofa Rewskiego.
- To ty... - wyjąkał.
- To ja. I wiesz co - znam cię. Myślę, że możemy nawiązać, hmm, współpracę...
Rewski jęknął i osunął się na ziemię. Tym razem nie zemdlał. Zrobił to wcześniej - gdy wpatrywał się w oczy leśniczego oczarowującego czwórkę przyjaciół i policjanta. To przez to błąkał się po lesie. Ale teraz i tak było gorzej niż wcześniej.
* * * * *
Czwórka przyjaciół dojechała na miejsce rytuału niepocieszona. Okazało się, że Daniel źle opatrzył siostrę i rana ciągle się nie goiła. Choć przez jakiś czas nie bolała, teraz ból powrócił. Niestety, komórka Dareckich była wyładowana, a ani Robert ani Natalia nie mieli przy sobie własnej. Cóż - skoro coś się zaczęło, trzeba to kontynuować mimo wszystko.
Przyjaciele obserwowali wspomniany wcześniej rytuał wzmacniania demona i zastanawiali się, co też może on oznaczać. Nagle, ni stąd, ni zowąd koło nich stanął trzynastoletni na oko chłopczyk. Uciszył ich gestem ręki i zaczął mówić.
- Dłużnik Śmierci i jego poplecznicy pomagają demonowi odzyskać siły. Ja także jestem tym demonem, ale inną jego stroną. Jestem jego dobrym wcieleniem. Kiedy nas przyzwano na ten świat byliśmy jednością. Byliśmy neutralni. Dłużnik i jego słudzy poniżyli nas, raniąc prostym czarem. Wtedy nastąpił rozłam. Wciąż byliśmy w jednym, moim ciele, ale do wszystkiego dołączyła się obudzona dusza chłopca, w którego ciele przebywam. Zaczęli myśleć jednocześnie - on i zła strona mnie. Ja pozostałem cichy, ukryty - niejako z konieczności, bo moje miejsce zajęła dusza chłopca. W kluczowym momencie, któremu nie mogłem zapobiec, podzieliliśmy się. Ja i chłopiec w jego ciele. I złe wcielenie mnie w swoim dawnym ciele. Udało mi się uciszyć to dziecko i zapanować nad nim. Wiem, kim jesteście, wiem dzięki magii. Chcę wam pomóc. Jeśli połączę się z drugą swoją częścią, to będzie też możliwe nasze powrócenie do świata, z którego przybyliśmy. Pomogę wam - tak zakończył monolog demon. Bo był demonem. Dopiero po chwili przyjaciele zaczęli pytać. Pytać o wiele, wiele rzeczy... Pierwsze pytanie zadała Julia:
- Słuchajcie, gdzie jest Rewski??? - wśród zebranych znów na chwilę zapanowała cisza.
Obserwował ich leśniczy - myśliwy. Obserwował i intensywnie myślał. Doskonale wiedział, o co tu chodzi. Myślał o demonie i jego świecie i wielu innych rzeczach...
Ted Undead
duke_nukem@poczta.fm
<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||
|