Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Mariusz Saint ::::

Jest Legionowo
część 11



Saint trenował absolutne podstawy sambo, rosyjskiej wojskowej techniki walki, gdyż tylko tyle mogli go nauczyć Kwas i Chowański. Zresztą nawet i taki trening nie był zanadto skomplikowany: "bierzesz, płetwami, i napierdalasz" - koniec instruktażu. Ale pewne podstawy, pewien zalążek zrozumienia, a co z tą sztuką walki chodzi, powstał w umyśle Sainta. I bardzo dobrze, gdyż prawdopodobnie bardzo mu się w niedalekiej przyszłości przyda. A jeśli nawet nie, to przyjemnie będzie wiedzieć, że jest się w stanie jednym uderzeniem przetrącić kark większości przechodniów. No i było co trenować, czymś się zająć; grupa miejscowych kiboli praktycznie się rozpadła, Kwas zdobył pracę w sklepie (jako kasjer, o dziwo, a nie ochroniarz), Chowański został bileterem w kinie... Słowem, nudy.

***

Witalijowi Czornyjemu na pewno nie było nudno. Miedzy innymi dlatego, że się trochę naszprycował i siedział na wysoko położonej gałęzi drzewa, ale nie tylko. Trzymał mocno swoje narzędzie pracy. Nie, nie zbierał szyszek - był snajperem. Byłym żołnierzem w Armii Czerwonej, ale teraz trudno przejść co ciemniejszą ulicą czy zwyczajnym bazarem, nie spotykając takiego; ten wykorzystywał swoje nabyte umiejętności znacznie częściej niż inni. Właśnie czekał. Snajperzenie polega na czekaniu - to była maksyma Witalija. A czasu miał obecnie dosyć - właśnie wziął trzydniowy urlop w Zakładach Tytoniowych "Józef" S.A., gdzie pracował w dziale public relations.

Ludzie naoglądali się thillerów o seryjnych mordercach i myślą, że to dziwacy, mieszkający na odludziach w rozpadających się domach, gdzie w śmierdzących piwnicach mają porozwieszane na hakach półtusze ludzkie i posolone zwłoki noworodków, a na ścianach porozwieszane wycinki prasowe ze zdjęciami trenerów piłkarskich, pokreślane grubym czerwonym flamastrem. Nieprawda; ktoś taki jest zawsze podejrzany i łatwo do niego trafić, "bo ludzie gadają". Prawdziwi seryjni mordercy mieszkają w miastach, są dobrze sytuowani, nie wzbudzają najmniejszych podejrzeń. Dlaczego? Nazwijmy to selekcją naturalną; przecież ci, których łatwo wykryć, dawno zostali złapani. Ale z drugiej strony... Dlaczego seryjni mordercy muszą być od razu dobrze sytuowani!?

No właśnie. Witalij przybył do Polski w dziewięćdziesiątym trzecim. Od razu jakoś się załapał na bazarze, szybko wspiął się ponad handel kartonami papierosów. Skumał się z kilkoma Polakami, rozkręcił się biznes... Nadarzyła się okazja przejąć prywatyzowany średni zakład wytwórczy... dzięki łutowi szczęścia przejęli kilka zleceń, o dziwo wszystko legalnie... interes się kręcił. Co z tego, że Witalij robił czasem mały wypad na polowanko - w wojsku nie takie rzeczy się robiło. I nikt go nie podejrzewał. Dlaczego to robił?

Witalij siedział właśnie na gałęzi, obserwując jeden nieco podniszczony dom, położony nieco w głębi lasu. Wprawdzie nie widział z okien Polaka i mieszkających u niego Rosjan, ale doskonale wiedział, że tam są. Nie, nie ukrywali się przed nim - nawet nie wiedzieli, że Witalij ich obserwuje. Przygotowywali się na przyjęcie gości - policji. Widział założone przez jego rodaków pułapki - potykacze. Wiedział, jak przygotowali broń, jak czuwają, jak zmieniają warty. Jeden Polak i czterech Rosjan. Ciekawe, gdzie służyli, zastanawiał się Witalij. W Afganistanie? Może na jakiejś tajnej, małej, brudnej wojnie, o której nikt się nie dowie? Kto wie.

Snajper właściwie nie walczy z wrogiem. On walczy z samym sobą. Najpierw ze swoimi myślami. Potem ze zmęczeniem. Ale najgorsze przychodzi wtedy, gdy już przekroczyło się granicę zmęczenia, gdy dryfuje się już po tej drugiej stronie, spalając rezerwy, można by rzec. Wtedy nadchodzą oni. Niby nie są straszni - jeden w dziwnym, długim staromodnym płaszczu, z krótką, czarną brodą... Nigdy nie było go widać wyraźnie, ale on tam był. Na pewno. No drugi - nieco niższy, ubrany tylko w białą płócienną koszulę i czarne spodnie, postawny, z wąsikiem, rozglądający się wokoło... jakby sługa tego pierwszego, czy coś w tym rodzaju. No i ten pierwszy mówił, a jego oczy przyciągały twoje. Nie wiesz, czy to sen czy jawa, ale on mówi. Mówi, kim jesteś. Co robiłeś. I co będziesz robił. I działo się tak, jak mówiła ta postać. Witalijowi tak naprawdę podobało się, co przepowiadała mu ta postać, więc czasem nawet świadomie dążył to spełnienia tego, co owa postać mówiła. Na koniec zawsze tajemniczy człowiek w płaszczu mówił: "Pamiętaj - jest nas wielu".

Z czasem postać pojawiała się już w zwykłych snach. Witalij oczekiwał tego z niecierpliwością; postać zawsze mówiła coś fajnego. Że ktoś będzie próbował samotnie przedrzeć się przez las, że partyzanci zamaskowali wejście do jaskini i jakiś granat do środka by się przydał... Zawsze to cieszyło Witalija i dodawało mu splendoru wśród kolegów z oddziału. Kiedy trzeba było z rozpadającej się machiny wojennej uciekać, żeby cię nie przygniotły jej ruiny, Witalij obawiał się, że postać przestanie go odwiedzać. Na szczęście tak się nie stało. I właśnie teraz znajdował się dokładnie w tym miejscu, gdzie owa postać mu wskazała. Powiedziała, co się stanie, a Witalij czekał. Był pewien tego, co się wydarzy za chwilę; postać nigdy się nie myliła. W końcu zauważył się przemykających policjantów. "Głupcy chcą ich wziąć z zaskoczenia!" - pomyślał Witalij. Ale to się uda. Policjanci nie docenili przeciwnika. Niewiele tu będzie do roboty... Przyłożył lunetę karabinu do oka. Widział policjanta przyczajonego przy drzwiach, jak daje znaki swoim kolegom, niczym w filmie o amerykańskich komandosach. "Ciekawe po co" - pomyślał Witalij. Pozostali policjanci wbiegli do środka. Pierwszy potknął się o linkę, wybuch granatu rzucił nim o drugą ścianę korytarza. Witalij tam wprawdzie nie był, ale precyzyjnie to sobie wyobrażał - w końcu widział to kilka razy... oszołomieni policjanci nie byli w stanie zareagować odpowiednio szybko - ukryci do tej pory rezydenci domu wychylili się z zabitych deskami, a w rzeczywistości odsunęli sprytnie umieszczone na zawiasach klapy i otworzyli ogień, zabijając od razu trzech. Witalij musiał skorzystać z okazji - położył trupem tego policjanta, który dawał znaki, a obecnie kulił się pod wejściem. W zamieszaniu nikt tego nie zauważył. Oho - zbliżało się już lepsze komando policjantów - z ciężkimi kamizelkami kuloodpornymi i hełmami. Nikt nie strzelał, więc zbliżali się szybko do budynku. Nagle klapa się uchyliła i ktoś zaczął strzelać, niemal na oślep. Policjanci otworzyli równie chaotyczny ogień, skierowany mniej więcej w kierunku, skąd padały strzały. "To ten Polak" - pomyślał Witalij i strzelił szybko trzy razy, niemal mechanicznie przesuwając lufę karabinu. Kiedy zamieszanie ustało, z okna, przyciśnięte klapą, zwisało ciało strzelającego, a dwóch policjantów leżało bezwładnie na ziemi. "Kolejna udana akcja" - pomyślał Witalij. Teraz przeniósł swoją uwagę na górne, nie zasłonięte niczym okna. Słyszał jeszcze jeden wybuch, kątem oka zauważył kolejną grupę policjantów zdążających w kierunku budynku... Widział, jak podniósł się jeden z Rosjan, dotychczas zaczajony za łóżkiem podniósł się, jego ciało przeszyły strzały z broni policjanta... "Kulka mniej, kulka więcej..." - pomyślał Witalij i strzelił, idealnie trafiając pod lewą łopatkę i niemal czuł, jak pocisk rozrywa bijące szaleńczo serce... Promieniście rozchodzącego się bólu i śmierci rozchodzącej się po ciele już nie czuł, wyłączył się w porę. Niestety, na tym zabawa, trening, hobby czy jakby to nazwać w przypadku Witalija Czornyjego, skończyła się. Musiał jeszcze wprawdzie poczekać, aż obszukają teren i odjadą; potem będzie musiał się śpieszyć, bo przyjedzie tzw. "druga fala" - czyli inspektorzy, dziennikarze... ale w przewie będzie najlepszy czas, by się wymknąć. Nie bał się, że ktoś go wykryje; i tak nikomu nie będzie się chciało badać, pod jakim kątem która kulka wpadła. A jeśli nawet ktoś zauważy, że musiał być jakiś snajper, to i tak nikt go nie powiąże z tą sprawą; właśnie za kilka godzin, około południa, wyjdzie naprzeciw swego domku na działce przeciągając się leniwie i pójdzie do oddalonego o mały kawałek drogi sklepu, by kupić prowiant na drogę powrotną do miasta, z powrotem do pracy. Rozejrzał się ostrożnie - tu był bezpieczny i niewidoczny nawet dla kogoś, kto by tu spoglądał za pomocą lornetki - zobaczyłby tylko większe zagęszczenie gałęzi. Więc Witalij... postanowił się zdrzemnąć.

I znowu pojawił się on; serce żwawiej zabiło w piersi Witalija. Nieco się zdziwił, że w tak krótkim odstępie czasu widzi go znowu, ale przeważyło uczucie szczęścia i tego przyjemnego podenerwowania. Postać jednak była dużo wyraźniejsza, a niższy człowiek zdradzał oznaki podenerwowania...

- Posłuchaj mnie, Witaliju Czornyj - postać zwróciła się do niego po rosyjsku, z dokładnie takim akcentem, jaki pamiętał z rodzinnych stron... - zawsze cię ostrzegałem, mówiłem ci, jakie niebezpieczeństwa gromadzą się naokoło ciebie. Ale teraz nadeszła pora, abyś ty wykonał coś dla mnie.

Witalij nie odpowiedział, ale poczuł, jak żołnierskie poczucie obowiązku wzmaga się w nim, rośnie, wypełnia go całego...
- Czekam na rozkazy.
- Pojedziesz w miejsce wskazane przeze mnie i zlikwidujesz wskazaną przeze mnie osobę.
- Natychmiast! - ucieszył się Witalij Czornyj, gdyż w przeciwieństwie do większości rozkazów ten wzbudził jego żywy entuzjazm.


Mariusz Saint

mariuszsaint@interia.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||