Opowiadania
Czytelników


Cykle

"Empatia"

Inne

Komentarze

[ Online ]

Powrót do
AMaga




 
 

 

:::: Winix ::::

Lost Soul

Rozdział 2:
AMEN
***



Peter obudził się o dwunastej w południe. Dzień był pogodny, świeciło słońce, gdzieniegdzie po niebie przesuwała się biała chmura. Wstał na nogi i rozsunął ciemną zasłonę okrywającą okno. Oślepił go słoneczny blask. Założył buty i zszedł na dół w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.
- Proszę pani... - powiedział cicho tak, by nie wystraszyć skupionej na robieniu na drutach starszej kobiety - gdzie można tu kupić coś do jedzenia?
Odwróciła się i wskazała palcem na lodówkę.
- Jedzenie jest wliczone w koszt pobytu - rzekła z uśmiechem na twarzy.
Zrobił sobie jakieś śniadanie i podczas jedzenia rozmawiał z kobietą.
- Jest w hotelu ktoś oprócz mnie?
- Cztery osoby - odparła - marne cztery osoby.
- Słaby tydzień?
- Skąd, tu zawsze jest mało ludzi. - po czym dodała - Większość zostaje w mieście na stałe.
- Tu?
- Ja też się dziwię. Kiedyś przyjechał tu taki facet, był na wojnie... nigdy nie powiedział na jakiej. Szukał uspokojenia dla duszy, znalazł je dopiero tu... postanowił nie wyjeżdżać nigdy.
- Mieszka tu jeszcze?
- Ta... nazywa się... - pomyślała chwilę - Bob, Bob Damond.
- Dlaczego tak właściwie pani mi to mówi?
- To taka aluzja, zapytam wprost... dlaczego pan przyjechał na to zadupie?
- Aaa... - uśmiechnął się - Przypadek, po prostu przejeżdżałem...
- Tędy nikt nie przejeżdża, o tym lesie krążą legendy, złe legendy.
- Opowie mi pani?
Spojrzała na niego, po czym znów zaczęła robić na drutach.
- Są rzeczy o których lepiej nie rozmawiać chłopcze, i to jest jedna z tych rzeczy.
- A pani długo tu mieszka?
- Od urodzenia, nigdy stąd nie wyjeżdżałam... i nie mam zamiaru - stwierdziła stanowczo - Ale tobie radzę wyjechać jak najwcześniej, póki jeszcze nie znasz miasta.
Wstał od stołu a talerz włożył do zlewu.
- Właśnie idę się zapoznać z miastem - uśmiechną się lekko i wyszedł przed budynek gdzie jak zawsze siedział starszy człowiek z miotłą. Peter ukłonił się i poszedł dalej.

***

Chodnikiem pewnie szedł wąsaty siwiejący już mężczyzna w brązowej kurtce, czarnych spodniach i białym kapeluszu. Do kieszeni przytwierdzona była odznaka policyjna. W kaburze spoczywał ośmiostrzałowy kolt. Zobaczył stojącego na parkingu młodego mężczyznę, podszedł do niego.
- Dzień dobry! - powiedział szeryf.
- Witam - odrzekł młody - w czym mogę pomóc?
- Pan nowy?
- Tak, benzyna mi się kończyła i myślałem, że gdzieś tu znajdę stację.
- W Lost Soul nie ma stacji benzynowej - rzekł pewnie, młody spojrzał na niego.
- Jak to?
- Tu nie ma samochodów, tylko kilka. Ludzi, którzy tu przyjechali.
- Czyli mam problem?
- Obawiam się, że tak. - spojrzał na niebo - Ale może jak pan popyta ludzi... może ktoś ma trochę benzyny, szczególnie ci, którzy przyjechali.
- A pan, szeryfie...
- Bred... Richard Bred...
- A pan, szeryfie Bred, nie ma trochę?
- Może i coś się znajdzie...
- Peter O'Neil.
- ... Peter.
Obaj ruszyli w stronę posterunku osadzonego dokładnie w środku miasta. Szli powoli rozmawiając o mieście i mieszkańcach.
- Dzieje się coś w ogóle w tym mieście? - spytał spoglądając na podwórko, gdzie bawiły się dzieci.
- Rzadko, oj bardzo rzadko, chociaż ostatnio... - Peter dał po sobie poznać że zaciekawił się słowami szeryfa.
- Co ostatnio?
- Zaginęły cztery osoby, sądzimy że po prostu wyruszyły gdzieś pod namiot, nic nie zabrali, samochody stoją w garażach nie używane od kilku miesięcy. Z resztą komu byłaby na rękę ich śmierć?
Szeryf wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i zapałki. Włożył papieros w kącik ust i podpalił. Pociągnął raz i wypuścił dym ustami biorąc papieros między dwa palce. Z powrotem włożył używkę do ust i pociągnął.
- To pana zabije - oznajmił Peter z głębokim uśmiechem na twarzy.
- Gdyby miało tak być, już bym nie żył - wypuścił dym - ale ja cham, chce pan?
- Nie, dzięki.
- Nie wiem czego, ale zamiast żyć spokojnie w tej mieścinie ciągle jestem zdenerwowany.
- A długo pan tu mieszka?
- Dwa miesiące.
- I już pana na szeryfa wzięli?
- Przyjechałem tu przypadkiem, chciałem skrócić sobie drogę jadąc przez las. Trafiłem tu i zostałem, nie było tu żadnej policji więc się zgłosiłem i dostałem robotę. Chciałem zadzwonić do rodziny że nic mi nie jest, ale na tym zadupiu nie ma telefonu. Nie ma też poczty, nie ma nic.
- Prąd?
- Stoi tu taka mała elektrownia wodna... stara jak świat, ale wystarcza, żeby zasilić miasteczko.
- Jacy są ludzie?
- Dziwni, mieszkam tu dwa miesiące i nadal czuje się obcy, jakbym nie należał do ich świata...
Obaj zauważyli czarny samochód wjeżdżający do miasta, siedziały w nim dwie osoby rozglądające się na wszystkie strony, bacznie obserwowali miasteczko.
- Dziwne - odezwał się szeryf.
Wyrzucił papierosa na ulicę, po czym włożył ręce w kieszenie u spodni. Peter zobaczył kiosk i postanowił kupić gazetę. Pożegnał się z Richardem i z przyzwyczajenia przebiegł przez ulicę jak najszybciej mógł. Zapomniał, że w Lost Soul nikt nie jeździ samochodami, nikt oprócz tych dwóch.

***

Bob Damond siedział przy stoliku w barze popijając złotym trunkiem. Jak zwykle było tam dużo ludzi, większość to starzy mieszkańcy miasta. W tle leciało jakieś country którego i tak nikt nie lubił, ale szafa grała tylko country. Ogólnie było to jedyne miejsce w którym można było posłuchać muzyki, nie licząc festynów które organizowane były tak często, jak często na kalendarzu pojawiał się napis "pierwszy dzień wiosny". Bob w Lost Soul mieszkał już dwa lata, żyło mu się tu dobrze do momentu gdy nie zaczął wyczuwać, że zbliża się coś złego, czuł to na całym swym ciele. Był mocno zbudowany, jak zwykle chodził w podkoszulce i spodniach moro, trzycentymetrowe czarne włosy postawione na jeża i brązowe oczy z których można było wyczytać że ten człowiek szuka spokoju ducha, jest zagubiony.
W pewnej chwili stracił równowagę i spadł z krzesła. Leżał na nim jakiś mężczyzna w średnim wieku. Przy barze stał śmiejący się wielki facet. Bob wstał na proste nogi i spytał stanowczo.
- Który to? Który go na mnie pchnął? - wielki gość przestał się śmiać, zza lady dobiegł głos właściciela lokalu.
- Damond, uspokój się, pamiętasz co tu ostatnio zrobiłeś...
Jednak Bob nawet na niego nie spojrzał. Szedł w kierunku wielkoluda. Gdy stał o krok od niego musiał trochę unieść głowę, by spojrzeć mu w oczy.
- Dlaczego go pchnąłeś?
- Bo mnie zdenerwował, "żołnierzu"!
Bob nienawidził gdy ktoś nazywał go "żołnierzem", zamachnął się i uderzył wielkiego w twarz. Ten upadł twardo na ziemię, do bójki dołączyli się inni ludzie przebywający w barze, uwielbiali takie atrakcje. Z baru dobiegały tylko głosy uderzających się po twarzy ludzi w rytm żywej piosenki country. Bob jedną z osób biorącą udział w bójce uderzył tak mocno, że ta przeleciała przez ladę i wpadła w butelki z napojami wysokoprocentowymi. Właściciel był tak rozwścieczony, że sam ruszył obić mordy paru opryszkom, trzeba przyznać, że całkiem dobrze mu to szło. Z tłumu było słychać tylko jego krzyk.
- Damond, niech no do ciebie tylko dojdę!!!
Nad głowami latały szklanki, butelki, czasem nawet ludzie. Po pięciu minutach większość leżała nieprzytomna przy połamanych stołach i krzesłach. Bob leżał przy ladzie, obok niego spoczywał właściciel lokalu.
- Fajnie było! - i pociągnął łyk wódki z butelki. - Ale co z moim lokalem?!
- Odremontuje się i znów przyjdę na piwo - Bob uśmiechnął się i wstał na nogi. Ruszył w stronę wyjścia, ale doń nie doszedł, przewrócił się i upadł na któregoś z poszkodowanych.
- Za dużo - powiedział w myślach i zasnął.

***

Dziewczynka leżała w wielkim łóżku dla dwóch osób okryta po samą szyję kocem. Matka siedziała przy biurku i czytała jakąś książkę. Miała długie - sięgające za ramiona ciemne blond włosy, mały nos, brązowe oczy i pogodną twarz. Siedmioletnia córka - nazywała się Sara - na głowie miała loki, blond włosy sięgały ledwo za uszy. Oczy odziedziczyła po matce, można było z nich wyczytać, że była energiczną, wesołą a zarazem szczęśliwą istotą. Sara już usypiała, gdy do jej uszu dobiegł dźwięk kroków dochodzący ze strychu. Obie spojrzały na sufit, a po chwili na siebie. Matka wstała od biurka, gdy obróciła się w stronę małej, ona stała już na baczność przy łóżku.
- Mamusiu, ONI przyszli... - oznajmiła Sara drżącym głosem, po oczach można było poznać że jest przerażona. Kobieta podeszła do szafy i wyciągnęła z niej strzelbę, która pozostała po zaginionym mężu. Broń była nabita. Córka podeszła do Julii i złapała ją mocno za rękę. Obie szły korytarzem w stronę schodów prowadzących na strych. Tajemnicze odgłosy nasiliły się, teraz nie było to stąpanie, lecz dudnienie.
- Mamo, to tatuś? - spojrzała Julii w oczy.
- Nie, tatuś odszedł i już nie wróci.
- Nieprawda! - wykrzyczała Sara - Tatuś wróci!
Ale dziewczynka uciszyła się gdy usłyszała śmiech, demoniczny śmiech. Julia aż zadrżała, gdy dobiegł do niej ten odgłos. Obie szły dalej, powoli, nie wydając z siebie żadnych dźwięków, wstrzymały nawet oddech. Gdy były pod drzwiami prowadzącymi na strych wszystko umilkło, nie było kroków, śmiechu, głucha cisza, nieskazitelna. Kobieta szarpnęła do siebie klamkę a drzwi bardzo szybko otworzyły się. Teraz tylko schody. Stopień po stopniu, coraz wyżej. Strych był od dawna nieuczęszczany, drewniana podłoga na której osadziła się gruba warstwa kurzu, żadnych śladów. Gdzieś stały jakieś meble, gdzie indziej walała się sterta rupieci. Tylko na środku było miejsce do poruszania się. Weszły do centrum pomieszczenia, wokoło wszędzie pełno niepotrzebnych gratów sięgających aż do dachu. Gdzie się podziały dźwięki?
Obie obracały się i obserwowały, czy na pewno tu nikogo nie ma. Julia kątem oka zobaczyła kogoś lub coś przebiegającego z olbrzymią szybkością między szafą a wysoką półką. Momentalnie obróciła się w tamtym kierunku. Nic. Znów coś przemknęło między stertą rupieci. Dziewczynka zacisnęła mocniej rękę mamy. Tym razem postać przemknęła dokładnie naprzeciw Julii, która tylko to zobaczywszy, chwyciła mocno strzelbę i wystrzeliła jeden pocisk, który zrobił wielką dziurę w szafie. Dziewczynka aż przewróciła się ze strachu, odrzut był tak silny, że matka również wyłożyła się na okurzonej podłodze. Nagle to, co zobaczyła, przeraziło ją. Przez dziurę w szafie wychyliła się głowa, biała głowa, skóra też była biała, postać nieco prześwitywała. Spojrzała na Julię swymi czerwonymi ślepiami. Obie dziewczyny usłyszawszy głos kredy obejrzały się w tamtym kierunku. Nie interesowała ich już postać z szafy, patrzyły, jak lewitująca kreda zostawiała na zielonej tablicy ślad, który powoli układał się w napis. "U C" kolejne litery "I" - "E" - "K" kreda smarowała po tablicy "A J" aż wreszcie napis był cały. "U C I E K A J C I E !" wystękała Julia przerażona tym co zobaczyła.
- A widzisz, tatuś wrócił! - krzyknęła pewna siebie Sara.
Matka spojrzała jednak w stronę dziewczynki zdziwiona a jednocześnie przerażona. Mała zdała sobie sprawę, że mamusia nie patrzy na nią tylko poza nią, Sara obróciła się i ujrzała unoszącą się nad ziemią prześwitującą postać z czerwonymi oczami. Bez namysłu Julia chwyciła Sarę pod pachę i poczęła biec w stronę otwartych drzwi. Były już metr od nich, gdy te z ogromną szybkością zamknęły im się przed nosem. Matka złapała za klamkę i szarpała z całej siły, jednak drzwi ani drgnęły. Kobieta poczuła uderzenie i za jego sprawką wpadła w szafę, która przewróciła się w tył. Dziewczynka szybko dobiegła do mamusi, ale coś szarpnęło ją za włosy i upadła. Coś ciągnie ją za włosy. Dziewczynka sukienką ścierała wszystkie kurze z podłogi. Matka nieco oszołomiona bacznie się temu przyglądała nie wierząc w to, co widzi. Jednak stanęła na nogi i podbiegła do dziewczynki, chwyciła ją za rękę i dociągnęła do siebie. Klęknęła i poczęła malować okrąg na kurzu. Sama nie wierzyła, że to robi. Zamknęła koło ostatnim maźnięciem palca. Klęknęła, to samo uczyniła dziewczynka. Sara z przerażeniem w głosie zaczęła wypowiadać poszczególne słowa.
Aniele Boży... stróżu mój - spojrzała na mamę, ta powtarzała za nią.
... Ty zawsze przy mnie stój...
Przeźroczysta postać chciała chwycić dziewczynę ale coś ją chroniło, jakaś siła, bariera.
... rano wieczór we dnie w nocy...
Tajemnicza zjawa coraz nachalniej starała przebić się przez świecącą niebieskim blaskiem barierę.
... bądź mi zawsze ku POMOCY ...
Zjawa wydała z siebie okropny krzyk, wszystko zaczęło się trząść, szafy, zabawki, wszystko się ruszało wydając przeraźliwe huki.
... strzeż, broń, duszy, ciała mego ...
Postać nadal próbowała wtargnąć na teren "czysty" teren, na którym nie było żadnego zła.
... i zaprowadź nas do żywota wiecznego ... "A M E N" - zabrzmiało równo.


Winix

winix@wp.pl


<<< powrót do Opowiadań Czyt. :::: ^^ do góry ^^||