*** Relacja z Blitzkrieg 2003 (Proxima) ***
Czyli infantylne i nudne farmazony o koncercie Vader w wykonaniu SlaTana.
O trasie Blitzkrieg 2003 dowiedziałem się 2 - 3 tygodnie przed końcem wakacji i myśl, że wraz z rozpoczęciem przeklętej szkoły (wiecie klasa maturalna) pojadę na ten koncert pocieszała mnie w ostatnich chwilach laby:). Trasa była nieźle rozreklamowana, ale do końca nie wiadomo było o której godzinie wszystko startuje, a z ogłoszeniem ceny za wjazd też się nie śpieszono. © Slatan 09.09.2003 (22:09:).

Po powrocie z budy zjadłem jakiegoś frykasa i ananasa, pośpiesznie przebrałem się i wyprułem do kumpla. Razem ruszyliśmy na przystanek PKS, w Wawce wsiedliśmy w tramwaj (przez całą drogę strasznie nas suszyło:)). Po przesiadce do warszawskiego autobusu spotkaliśmy pierwszego "swojego" gościa (w koszulce Emperor), który wyjaśnił nam, że koncert startuje o 18:30 (ja myślałem, że o 18 i podejrzewałem, iż znowu się spóźnimy).
Po dotarciu pod Proximę spotkaliśmy kilku wspólnych znajomych i pośpiesznie udaliśmy się do najbliższego monopolowego - w kierowaniu do niego pomogła czarna brać napotkana po drodze. Po nieco pośpiesznym opróżnieniu puszek w towarzystwie kumpla, który niestety nie wszedł do środka udaliśmy się na schodki i kupiliśmy bilety. Ochroniarze jak zwykle solidnie wywiązywali się ze swoich obowiązków i dokładnie zmacali moją kostkę.
W środku dawała już czadu blackowa kapela - Vesania. W sumie to na występie tej kapeli zależało nam (mi z kumplem) najbardziej, bo kiedyś na ich koncercie na Empire Invasion Tour 2003 chlałem pod klubem i zobaczyłem tylko końcówkę ich setu (więc rozumiecie czemu zależało mi na byciu na czas). Załapaliśmy się na koniec pierwszego numeru, ale publika już nieźle się nakręciła. Orion i koledzy w wymalowanych ryjach, na tle plakatów ze swoimi motywami prezentowali się przebojowo:). A jak usłyszałem "Marduke's Mazemerising" to nie mogłem się powstrzymać przed mieszaniem betonu i nakręcaniem kociołka. Jedyne co mi się nie podobało to czas występu. Set był cholernie krótki, a zakończył się coverem Emperor "Ye Entrancemperium". Kawałek odegrany bardzo poprawnie, co ucieszyło mnie i publikę. Oczywiście przez to, że Vesania grała jako pierwsza mieli nieco skopane nagłośnienie, gitary strasznie się zlewały, wokal za cicho, perka i klawisze w porządku.
Mała przerwa, którą poświęciłem na szukaniu kolegów, którzy deklarowali swą obecność - podobno byli, ale ni siusiaka ich nie mogłem znaleźć. Na scenie pojawili się podejrzanie wyglądający gutkowie - tak to Frontside. Nie słyszałem tej kapeli wcześniej, ale kumpel opowiadał, że to idioci w szerokich spodniach - widział ich na ostatnie trasie Behemotha. No tak, wyskoczyła zgraja łysych gości. Z kumplem zajęliśmy dobre miejsce (koło barierki, która stoi między sceną a miejscem do żłopania piwska) i komentowaliśmy to co się działo na scenie. Kojarzycie dwóch gości w koszulkach Dark Throne - jeden krótkowłosy, drugi mocno skołtuniony (to ja). Szkoda słów na tych hardkorowodefgej metali. Podziwiam wokalistę. Grubas dwoił się i troił w darciu ryja, od Daniego z Kredek do Fishera z Cannibali. Poza tym woził się i wykonywał ruch jakby mu pikawa się zacinała. Najgorsze było to, że grali ze dwa razy dłużej niż Vesania... bu.
Po odpoczynku na mości panach Fruntsajdach, który mi się przydał bo byłem nieprzeciętnie śpiący i zmęczony. Na scenie zrobiło się poważnie:), specowie od dźwięku musieli przygotować sprzęt na technicznych wymiataczy - wiadomo Decapitated nadchodzi. Od blondasów z tej kapeli nie spodziewałem się zbyt dużo. Dobra zaczyna się, zaraz wokalista wyłysiał (!?), a w składzie piąty jegomość... tak, tak to Jacek Hiro (publika zaśpiewała mu "sto lat"). Nareszcie koniec nudy, Decapitated dali czadu, że ho ho (te solówki i blasty). Z tego co pamiętam na set złożyły się takie piosenki;) jak: "Blessed/Nihility/Way to Salvation/Mother War" itd. Nagle szok, wokalista zapowiada kawałek "Spheres Of Madness" (a pewnie wiecie co ja sądzę o tym kawałku). Przed koncertem gadałem z kumplem i zastanawialiśmy się czy spier...zje...spartolą ten kawałek czy nie ? Szczerze wam powiem - nie zawalili sprawy, perkusista wywiązał się ze swego zdania. Panowie z Decapitated macie u mnie dużego plusa, zaczynam was trochę lubić:). Kapela na żywca wypada i brzmi kapitalnie - dużo lepiej niż na płytkach. Gratuluję. Pozdrawiam gościa, który chodził o kulach. A w czasie setu dał mi jedną i świrowaliśmy, że to gitarki:).
Po długich przygotowaniach, rozkładaniu scenografii - motywy z nowej EP'ki (znaki zalane krwią) miała pojawić się gwiazda wieczoru - Vader. Tego dnia Vader'owców nie brakowało, ci ambitniejsi już zaginali w koszulkach z nowego, jeszcze nie wydanego krążka. Kiedyś też byłem gorliwym (przez durze "g") fanem Piotra i kolegów, ale mi się przejadło, więc nie spodziewałem się cudów. Tym bardziej, że Vader po tylu koncertach to już maszyny do grania sieczki. Publika zaczęła się zbierać, wciskać jak najbliżej i niecierpliwić - pojawiła się oldsqoolowa:) rymowanka: "ile mam stać kurwa mać":). Po intro "Macbeth", zaczął się "Dark Age". Publika przeżyła ekstazę, kocioł, pióra w powietrzu, ludzi próbowali się rzucać na rączki innych - co różnie się kończyło, byłem w Proximie kilka razy, tam nie da się skoczyć ze sceny i w ogóle jest nędznie. Myślicie, że z kumplem nie próbowaliśmy wbić się na scenę, ale święte prawo nietykalności desek przypomniał na miły, łysy pan przy użyciu ręki: "halt". Dalej wiele hitów między innymi prawie kultowe "Sothis" i "Carnal". W czasie występu ktoś wyskoczył z plakatem z ambitnym napisem: "Vader napierdalać". Brak reakcji, później jakaś panienka wskoczyła z tym plakatem chłopakowi na ramiona (wytrzymał ze 30 sekund:)). Komuś rozpruł się plecak i wyleciały z niego jakieś papiery, krótkie zamieszanie i znowu szaleństwo w kociołku. Spore ożywienie spowodowało intro do "Cold Demons", a sam kawałek rozwalił publikę. Co do występu kapeli. Peter grał bardzo poprawne solówki, tylko wokal - hmm, chyba na wszystkich kapelach używali tego samego efektu, co powodowało podobieństwo śpiewu na Decapitated (przynajmniej ja tak uważam). Doc nawalał równiutko i poprawnie, Mauser robił standardowe miny, a nowy nabytek - basista Novy (ex Devilyn, ex Behemoth:)) pamiętając czasy spędzone w Behemoth robił głupawe gesty:). Novemu bas chyba za bardzo przyciszyli - no ale może jeszcze nie opanował materiału. W secie nie zabrakło nowości, jeden kawałek z nowej EP'ki oraz "Epitaph/The Revelation of Black Moses/The Nomad" z ostatniego wydawnictwa i coś tam jeszcze:). Piotrek zapowiada ostatni utwór, razem z kumplem udajemy się do szatni (śpieszyło nam się na autobus), później jeszcze 3 niezbyt wymuszone bisy (np. "Reign Foreve World"). Koniec? Nie, publice jeszcze mało. Więc chłopaki dali się namówić na jeszcze jeden numer, mnie to już strasznie znudziło i gadałem ze starym znajomymi kolegi. Jeden gość z mojej szkoły doliczył się 20 kawałków, które złożyły się na ten dobry, ale nie rewelacyjny występ.
Podsumowując. Koncert udany, nie jakiś tam rewelacyjny, ale po prostu dobry. Vesania - ciekawie, ale za krótko, Frontside - chałowo i za długo, Decapitated - z wigorem, Vader - standartowo dobrze.
PS. Jeżeli ktoś doczytał się jakiś byków merytorycznych i alfabetycznych, to z góry przepraszam, ale relacja był pisana... trochę niedbale i z pośpiechem (bo w szkole mnie męczą i nie mam czasu:().