RAGE
"Unity"


"Unity" to z tego co wiem najnowsza płyta zespołu Rage. Miłośnicy tej kapeli na pewno szykują się na koncert w Krakowie, który odbędzie się w Krakowie obok Helloween.

No to do rzeczy. Płytka zaczyna się fajnym, melodyjnym utworem "All I want". Wokalista... prezentuje tutaj prawie pełen zakresswych możliwości. Zwrotki śpiewa swym charakterystycznym, "brudnym" głosem, który idealnie pasuje do ogólnej idei zespołu. Refreny to już co innego. W refrenach pokazuje on, że potrafi także śpiewać czysto i wysoko. Instrumentalnie jest to chyba najlepiej zrealizowany utwór. Wita nas buczenie podobne do silnika motocyklowego a gitara przypomina rżenie konia. No i oczywiście porządna solówka w starym stylu. Jako, że angielskiego nie uczyłem się zbyt długo a tekstami nie dysponuję, nie będę pisał o zawartości merytorycznej tego i zapewne innych utworów, ponieważ mogłoby dojść do niepożądanej nadinterpretacji treści. Z tego co zrozumiałem mogę jednak zapewnić, że nie powali Was banał i nuda.

Następne jest "Insanity". Ten utwór to istny heavy metalowy ładunek wybuchowy. Perkusista robi tu za trzech. Owszem podpiera się on automatem na bębnie basowym, ale dzięki temu może się zająć łomotem w resztę przyrządów. Gitarzyści też się po kątach nie kryją. Jest szybko i z kopem. Utwór jednak nie traci przez to melodii, tak przecież ważnej w heavy metalu. A to w szczególności zasługa wokalu.

Teraz "Down". Tak jak poprzednio można powiedzieć, że perkusista nie ma w tym zespole życia. Wokal znowu rozciąga się na wszystkie strony, ale gitary są raczej standardowe. W połowie zaskakuje jednak świetna solówka. Na moje ucho momentami jakieś 12 dźwięków na sekundę (z tego co wiem najszybszy gitarzysta nieznanego mi nazwiska osiągnał 14/1 sek)!!! No i oczywiście współczucia dla perkusisty.

Czwarty z kolei jest "Set the World on fire". Mamy tu do czynienia z mylącym rozpoczęciem, które sugeruje jakoby perkusista miał tutaj zajadać drugie śniadanie;) Szybko jednak przekonujemy się, że musi je szybko połknąć bo gitarzyści wcale nie mają zamiaru czekać. Tak, znowu uświadczymy tu szybkiego szarpania strun, które w refrenach nabiera trochę patetyczności, wyniosłości. Podobnie jest z tekstem. Gdy słucha się śpiewu ma się wrażenie, że jest to melodyjna, metalowa modlitwa. Tekst na moje ucho to jakaś apokaliptyczna wizja płonącego świata, śpiewana w złości na ów Świat.

"Dies Irae". Tym razem jest inaczej. Wita nas chóralna modlitwa. Przynajmniej tak to brzmi. Zaśpiewana wysoko i podniośle. Utwór jest wolniejszy od innych, ale nie jest to jeszcze ballada. Początkowa modlitwa powtarza się między zwrotkami, co nie pozwala nam o niej wogóle zapomnieć. Jest to taki motyw przewodni utworu. Dopiero na90 sek. przed końcem uświadczymy tu oczywiście, tradycyjnie solówki. Znów bywa ona niezwykle szybka, ale rzadziej.

"World of pain" to utwór, który znowu redukuje bieg, ale ten zespół to MacLren F1 i nie ma to większego wpływu na jazdę. Oczywiście perkusista jest już bardzo głodny, ale to nic. Nadal jest melodyjnie, ale zaczynam się zastanawiać czy uświadczę jakiegoś zwolnienia na większa skalę, bo zacznę pisać mniej pochlebnie.

W końcu przychodzi czas na krótki utwór "Shadows" będący pewnym wstępem do "Living my dream". "Shadows" to króciótka melodia kojarząca mi się z czołówką pewnego serialu TVP. Ta melodia będzie się także przewijała przez wspomniany utwór następujący po "shadows". No i kurcze jakoś płyta nadal nie zwalnia. To zaczyna być powoli wada, ale wielkim plusem jest nadal to, że melodia zmienia się radykalnie. Czasami gdy słucham niektórych zespołów wydaje mi się, że słucham nie kilkunastu utworów a jednego zapełniającego całą płytę. Tutaj tak nie jest, ale poczekajmy aż uruchomi się kolejny utwór.

"Seven deadly sins" jest następny. Niestety, ale chyba już się nie doczekam czegoś lżejszego. Ten utwór nie ma tej melodyjności co poprzednie. Jedynie wokalista śpiewa jakby owa melodia istniała. Jest to kawałek bardzo powerowy. Tradycyjnie szybciutka solówka i nieustanne męczenie bębnów.

Przedostatni jest "You want it, You'll get it". Ludzie to się robi troszkem monotonne. Zespół nadal pokazuje się jak najbardziej od tej dobrej strony, ale nie wiem co pisać, bo jak poczytacie o poprzednich utworach to od razu będziecie wiedzieli o co tu chodzi. Tylko czekam na moment, gdy uslyszę ostatni numer. Może będzie coś wolniejszego na pożegnanie.

Już jest "Unity". Zamyka on ten album i jest zarazem najdłuższy. Nasz silnik motocyklowy odzywa się ponownie, z tym że słychać jak motocykl odjeżdża, ale moje oczekiwanie na coś wolnego do przytulańca na rockotece nie zostało zaspokojone. Utwór polega na ostatecznym popisie możliwości instrumentalistów a w szczególności gitarzystów. Dopiero po 2 min 30 sek doczekuję się zwolnienia, ale utwór jako całość do wolniaka się nie nadaje. Nie zaobserwowałem tu aktywności wokalisty, tak jakby instrumentaliści zamieścili ten utwór na płycie po kryjomu;).

Ostatecznie muszę powiedzieć, że na tej płycie się nie zawiodłem, ale bardzo nie podoba mi się brak wolniaków. Wszystkie utwory są tak szybkie, że trudno nadążyć. Nie ujmuje to jednak ogólnemu poziomowi artystycznemu dzieła. Z miłym uśmieszkiem wystawiam -8/10. 2,3 pkt w dół za nadmierną szybkość i brak rozwagi za kierownicą;) Gdyby było do czego się pokołysać to na pewno byłoby 10.

PS: Reckę pisałem słuchając płyty. Stąd moje komentarze odnośnie kolejnych utworów.


© Kijek <kijj@wp.pl>