Oł je! Metallica wydała nowy album. Nie będę się bawił w żadne wstępy i od razu przejdę do rzeczy.
St. Anger to (niestety) kolejny hard-rockowy album (może nie mam racji, ale użyłem tego stwierdzenia celowo
i nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć) w dorobku panów z Frisco, ale należy jednocześnie
nadmienić, że jak na razie jest ich najcięższym hard-rockowym dzieckiem, co jest jego dużym plusem.
Pewnie wiele osób czytało o St. Anger jako komercyjnym samobójstwie czy garażowym powrocie do korzeni.
Niestety nic z tego. Metallice nie grozi nic takiego jak komercyjne samobójstwo z racji ogromnej
popularności jaką cieszy się niezmiennie od wielu lat. Już w dniu premiery sprzedaż albumu przyniosła
pewnie ogromne zyski i bardzo możliwe, że St. Anger sprzeda się równie dobrze jak niegdyś The Black Album.
Co do garażowego powrotu do korzeni to nie jest to powrót garażowy, ani też do korzeni. Wystarczy, że chłopaki
mieli świetny debiut o garażowym brzmieniu. To co prezentuje St. Anger to pseudogarażowe brzmienie - niby brudno,
niby szorstko, ale posłuchajcie sobie niektórych piosenek na słuchawkach. Ja wychwyciłem jeden moment
w refrenie którejś z piosenek, w którym w obu słuchawkach słychać jak James śpiewa normalnie jak w całym
utworze, ale równoczesie w lewym kanale słychać jak śpiewa delikatnie, a w prawym coś w rodzaju krzyku
- wszystko lekko ściszone w stosunku do "głównego" wokalu. Pytam zatem - to ma być garaż?
Nie, to jest w pełni profesjolnalnie nagrany album i nie ma tu miejsca na amatorkę nawet jeśli
zespół twierdzi, że jest inaczej (tak samo jak kiedyś Lars stwierdził, że wywodzą się z nurtu NWOBHM ;).
Powrót do korzeni to to też nie jest. Jedyne co może przywodzić na myśl stare dobre albumy z utworami
instrumentalnymi (stare albumy do Justice włącznie to dla mnie kult i religia, ale te od Blacka wzwyż
też lubię - żeby nie było niejasności) to jak by nie było spora dawka energii drzemiąca w St. Anger.
Zawartość płytki stanowi 11 nowych utworów z czego muszę przyznać, że gdyby wywalić trzy z nich
(mianowicie: My World, Shoot Me Again i Purify) album nie straciłby zbyt wiele. Jednocześnie muszę
napisać, że jestem bardzo zawiedziony utworem tytułowym. Dla mnie taki utwór powinien być killerem i
niszczyć wszystko w zasięgu rażenia, a tu zonk, pioseneczka ta niezbyt wyróżnia aię na tle pozostałych
(ale i tak bije na głowę wymienioną wcześniej trójcę). Do innych utworów nie mam zastrzeżeń, ale jeśli chodzi
o tę zbędną trójcę to w My World refren jest makabryczny i sam utowór jest dość średni (końcówka może fajna),
Shoot Me Again za bardzo śmierdzi Linkin Park i Kornem (chociaż tu też końcówka daje radę), a Purify
miał tego pecha, że trafił w "za dobre towarzystwo". Warto jeszcze dodać, że w trakcie nagrywania
albumu Metallica miała "braki" w składzie, więc w studio bas katował producent płyty Bob Rock
(tak, właśnie temu panu "zawdzięczamy" to czym dziś Metallica jest), chociaż chodzą słuchy, że
podobno sam Hetfield też szarpał cztery struny. Nowego basistę wybrali po nagraniu materiału, a jest nim
Robert Trujillo, który jeszcze nie tak dawno grał u samego mistrza Ozzyego (nota bene u Ozzmana na basie
gra teraz Newsted, to ci dopiero dobre). Mam cichą nadzieję, że Rob naleje chłopakom oliwy do głowy i
ci znowu nagrają zajebisty album z instrumentalem, wszakże zagrał on ongiś parę starych kawałków na kilku
kompilacjach nagranych ku czci Metallicznych, więc pewnie czuje klimaty (dobra ja sam już nie rozumiem tego
zdania). Druga rzecz warta napomknięcia to brak solówek. Buuuuuuu, lipa panowie, lipa. Nie wiem jak to z nimi
było naprawdę, ale nie kupuję gadania, że nie pasowały do utowrów. Gorszej głupoty chyba nie mogli wymyśleć.
Nie wierzę, że faceci z takim warsztatem nie mogli sklecić chciaż jednej "pasującej" solówki.
To się nie godzi. Big minus (Wiadomość z ostatniej chwili: podobno mają ukazać się remasterowane wersje St. Anger
i Purify dogranymi solówkami, niewiadomo jeszcze kiedy, ale powstaje też klip do Frantica, więc pewno będzie
singiel i na nim może coś będzie). Dobra dość już krytyki, teraz dla odmiany parę pozytywnych słów. St. Anger
mimo wyżej wymienionych niedociągnięć nadal jest całkiem niezłym albumem, który jak nic nadaje się na
głośne i skoczne imprezy w krainie browarem płynącej :) Klimatem jest chyba najbardziej zbliżony do
Garage Inc., bo było tam sporo hard-rockowego stuffu. Radosną nowiną jest też to, że chłopaki przypomnieli
sobie jak grać ciężko, teraz do pełni szczęścia potrzeba tylko aby przypomnieli sobie jak grać
w starym stylu. Niech chociaż popatrzą na ostatniego Slayera lub trzmyjącego się kurczowo swojego stylu
Iron Maiden. Podsumowując, płytę polecam raczej fanatykom Metalliki, a ludzi, którzy pragną dopiero poznać
ten zespół odsyłam do arcydzieł wydanych w latach osiemdziesiątych, reszta chyba nie ma co tu szukać chyba,
że lubi bezsolówkowe eksperymenty :)
OCENA: nienajlepsza :P
Mactare
Playlista:
1. Frantic
2. St. Anger
3. Some Kind Of Monster
4. Invisible Kid
5. Dirty Window
6. My World
7. Shoot Me Again
8. Sweet Amber
9. The Unnamed Feeling
10. Purify
11. All Within My Hands