W dniach 1-2 sierpnia miał miejsce jeden z największych festiwali muzycznych w Polsce, Europie i na świecie.
Mowa tu oczywiście o Przystanku Woodstock, który odbył się w tym roku w Żarach (czyli jak prawie zawsze).
Organizowanej od kilku ładnych lat imprezie Jurka Owsiaka jak zwykle towarzyszyły hasła miłość, przyjaźn, muzyka,
które wszyscy festiwalowicze sprawnie manifestowali. Jedno miejsce, wiele subkultur, 400 tysięcy ludzi w różnym
wieku i totalna atmosfera pokoju. Coś wspaniałego i jednocześnie trudnego do opisania, bo żeby to zrozumieć
trzeba tam po prostu być i to przeżyć. Ja dotarłem na miejsce w piątek około godziny 11, ale większość ludzi
"koczowała" tam już od kilku dni. Występy na dużej scenie miały zacząć się po południu w okolicach godz. 15-16,
więcy było sporo czasu aby "zwiedzić" cały teren festiwalu. W zasadzie były tylko dwa miejsca godne zobaczenia:
mała scena i stoiska z piwem :D Zatem po wypełnieniu plecaka piwami ruszyłem z kumplem pod małą scenę. Grać zaczął
właśnie pierwszy zespół, jeśli pamięć mnie nie myli to był to Backflip. Muzyka taka sobie, ale przynajmniej zrobili
coś co moim zdaniem powinny robić amatorsie bandy - zagrali covera. Dzięki graniu cudzych, ale bardzo znanych kawałków
można łatwo zdobyć sympatię publiczności. Niestety "Killing In The Name" w wykonaniu Backflip jakoś mnie nie
porwał i postanowiliśmy z kolegą czym prędzej oddalić się i spożyć nieco cudownego chłodzącego napoju zwanego
piwem. Był zamiar wrócić jeszcze pod małą scenę, ale na zamiarze się skończyło. Dalsza część imprezy
polegała na odwiedzaniu nie zwiedzonych jeszcze miejsc, chłodzeniu się złocistym trunkiem i chwilowymi eskapadami
w miejsce odosobnienia :) W pewnym momencie nasza wesoła gromada powiększyła się o koleżankę (pozdrawiam :).
W międzyczasie na dużej scenie rozpoczęły się koncerty, ale nie zwracałem na to zbytniej uwagi,
w sumie nic ciekawego tam się nie działo. Dopiero po wejściu na scenę Kangaroz (powinni zmienić nazwę na Debiloz ;)
można powiedzieć, że zaczęło się granie. Co prawda Kangaroz nie za bardzo odpowiada moim gustom muzyczny, bo
grają coś z pogranicza Crazy Town i Limp Bizkit, ale większości publiki to nie przeszkadzało (hehe, nawet
tym true, grim and necro w koszulkach Emperora czy CoF :P). Jedyny plus występu Kangaroz to zagrany na koniec
joke-cover gejsbendu Just5 - niezły ubaw. Następnie na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, czyli Sweet Noise.
W sumie koncert dość średni i za długi o jakąś godzinę :P Na pierwsze dwa utwory poleciałem w pogo, ale kurz
skutecznie zachamował moje zapędy. Do końca koncertu stałem i chyba nie straciłem zbyt wiele. Glaca przebierał się
jak pieprzony Wiśniewski. Ogólnie wkurwili oko, głównie za sprawą przeciągania w nieskończoność koncertu. Gdy
wreszcie skończyli Owsiak wyskoczył z jakimś złotym czymś i wręczył to Glacy jako coś tam ;P Potem scenę przejęło
kanadyjskie RAW. Ja poszedłem wtedy kupić sobie jakąś wodę do picia, bo w płucach miałem tonę kurzu, a i przy okazji
ździebko się zdrzemnąłem :) Obudziłem się w sam raz na niecierpliwie wyczekiwanego Vadera. Koncert rozpoczął się coś
po pierwszej w nocy i trwał prawie godzinę. Krótki opis koncertu - chłopaki rozpierdolili wszystko w okolicy.
Nic więcej nie trzeba do opisu. Jeden wielki rozpierdol, szkoda tylko, że tak krótko ;) Po Vaderze dałem sobie spokój
i poszedłem spać pod zarzyjaźniony namiot (heh, własnego nie zdołałem sobie zorganizować - spanie pod hmurką rulz).
Wiem, że na koniec zagrał jeszcze Killing Joke, wiem bo obudziłem się o 4:20 gdy skończyli właśnie grać.
Następnego dnia byłem kompletnie zajechany. Nie miałem sił na nic. Około godziny 10 znaleźliśmy namiot
znajomych z naszego miasta - to był centralny punkt na sobotę. Tak gdzieś do ósmej wieczorem raz to spałem tam,
raz wypuszczałem się kupić wody, czy zobaczyć co dzieje się na małej scenie. Wszystko w mniej więcej godzinnych
odstępach - sen, wypad, sen, wypad :D Później poszedłem zobaczyć koncert Huntera. Do tej pory wiele o tym zespole
słyszałem, ale samego Huntera nie słyszałem. Po koncercie mogę stwierdzić, że niewiele straciłem. Nie to, że
od razu chcę ich gnoić, ale po prostu muzyka Huntera nie przemówiła do mnie. Życzę im jak najlepiej. Niech grają
kolejne osiemnaście lat i wydają mnóstwo płyt, ale ja podziękuję. Może gdybym posłuchał ich trochę więcej to miałbym odmienne wrażenia. Po Hunterze na scenie zjawili
się "staruszkowie" z Dżemu. W sumie koncert dali niezbyt szczególny, bo zagrali same dobrze znane "szlegiery" i
nic ponad to. No dobra, był jeden nowy kawałek. Dla mnie to trochę zbyt "na odpierdol" jak na taki zespół.
Zaraz po Dżemie wystąpili Acid Drinkers. Taaa, koncert dali niezły, a do tego wszystkiego do grona Kwasłożłopów
dołączył Lipa, który swego czasu grał w Illusion. Obaj panowie dość zabawnie przywitali publiczność, Titus
powiedział coś z mordami czy pyskami, a Lipa: "Fajnie, że przyszliście" po chwili "...i, że pójdziecie" :)
Koncert był porządną dawką szarpidrucenia, a do tego nie obeszło się bez Noża Illusion, ale wszyscy domagali
się jeszcze Wojtka, którego niestety nie zagrano. Jak dla mnie drugi (po Vaderze) najlepszy koncert na Festiwalu.
Później był Maleo, ale ja już zbierałem się do drogi powrotnej. Jedyne co doszło do mych uszu to I'm On The Top
Deadlocka, ale z polskim tekstem. W tym miejscu rękopis się urywa... jedno wiem, za rok na pewno mnie tam nie zabraknie
Mactare