ROBERT A. HEINLEIN - "Władcy marionetek"

Kosmos... Przestrzeń bez granic. A w nim - Kosmaci. Przepraszam, chciałem rzec - Kosmici. Mali, brzydcy, cuchnący i z nordyckim akcentem. Przylecieli na ziemię aby rabować, palić, gwałcić i mordować. No, może niezupełnie - ale na pewno nie po to, aby rozdawać na ulicy ulotki (chociaż wtedy byłaby większa motywacja do ich zwalczania).

Robert Heinlein to autor, któremu bez wahania postawiłbym ołtarzyk za genialną, wspaniałą, cudowną, niecodzienną i idelaną powieść "Kawaleria kosmosu". Jeden z prekursorów science-fiction; człowiek, bez którego nie byłoby żadnych "Gwiezdnych Wojen" czy innych "Alfów". Z chęcią więc sięgnąłem po kolejne jego dzieło.

To, co uderza najpierw i z siłą wodospadu, to narracja. Co typowe dla Heinleina - prowadzona jest pierwszoosobowo. Relację z inwazji podstępnych Glazuroidów (oczywiście naprawdę się tak nie zwali, lecz nazwa mi się podoba) zda nam człek, którego nazwiska nie pomnę, gdyż, mówiąc dosadnie, zauważyłem u siebie początki arteriosklezory.

O czym to ja...?

A, tak. Kontynuując wątek, styl autora naprawdę mnie zaskakiwał. Z początku skromny - by nie rzec ubogi - zasób słów i krótkie zdania sprawiały wrażenie, iż czyta się amatorskie opowiadanie. Jednakowoż to, co raziło, razić przestało kiedy tylko dynamicznie rozwijająca się akcja pochłonęła mnie zupełnie. Przyznam, iż Heinlein nie jest geniuszem metafor i maestrem homeryckich porównań, lecz pomysły ma niesamowite - i za to cenię jego twórczość. We "Władcach marionetek", na ten przykład, walczący z inwazjantami (taki neologizm - uwagi kierować do prof. Miodka) rząd stosuje taktykę, jakiej nikt w dziejach nie użył, i chyba nigdy się na to nie odważy. Mianowicie nakazuje...

Hmm... znów ta skleroza. Trzeba kończyć i skoczyć po Bilobil.

A jeśli chcecie się dowiedzieć, co i jak, musicie - zaskakujące - książkę przeczytać. Bez wątpienia jest tego warta (a nawet Wisła).

military