ERNEST HEMINGWAY - "Komu bije dzwon"

Powiedzmy to sobie otwarcie: plaża czytaniu nie sprzyja.
Nie sprzyja czytaniu palące słońce, które w oczka recenzenta śliczne, niebieskie świeci. Nie pomaga piasek, gorący, co ma zwyczaju wciskać się wszędzie, a zwłaszcza tam, gdzie nie trzeba. Nie pomaga smród olejków, fluidów i samoopalaczy, rozpraszają piękne ciała, naoliwione, zabalsamowane i ofluidowane. Przeszkadza skrzek mew, gwizdek ratownika, wrzask ratowanego.
Słowem: wszystko, wszystko na plaży lekturze szkodzi. Plaża jest aczytelnicza.
Jeśli jednak recenzent zawzięty jest, jeśli mamy doczynia (a nawet do czynienia - m.) z takim hardcore recenzentem, to i plaża mu wielką przeszkodą nie będzie. Taki recenzent sposób na czytanie znajdzie, bo przecież jest z niego człek bystry i pomysłowy. I sięgnie po okulary przeciwsłoneczne, po walkmena z nastrojową muzyczką, po książkę, równie przyjemną co pouczającą. Sięgnie po "Komu bije dzwon" Hemingwaya.
A już po pierwszej karcie powieści może sobie Szanowny Recenzent część pouczającą odhaczyć. Tytułem wstępu znajdują się tam bowiem słowa, wielce mądre, poety angielskiego, imć pana Johna Dobbe. Słowa te to, rzeknijmy sobie szczerze, jeden wielki aforyzm, motto i myśl złota. Jak ktoś poezję rozumie, to w mig się przekona, jakie książki przesłanie. Jeśli kto nie rozumie - nic straconego. Na takich to właśnie czeka przesłanie pomocnicze. Mówiąc po ludzku - fabuła.
A przedstawia się ona w sposób tak oto nastepujący: mamy rok 1937, mamy słoneczną Hiszpanię, mamy chłopców, co idą na wojnę. A chłopców mamy dwa rodzaje: tych dobrych, republikańskich oraz tych złych, rządowych, faszystowskich. Znaczy "Welwetowe swetry" versus "Idą brunatni". Całkiem ciekawy, historyczny background.
Nie brak nam też, rzecz jasna, głównego bohatera. Ową zaszczytną rolę pełni tu Robert Jordan, na co dzień spokojny wykładowca hiszpańskiego w jednym z środkowozachodnich stanów USA, a w chwili ówczesnej saper armii republikańskiej. Saper, ale nie taki, co miny rozbraja! Nie! Jordan to saper ofensywny, dynamitard. Dynamitard, powiedzmy sobie otwarcie, na misji. Choć niekoniecznie misjonarz.
Misja Jordana ma bowiem nie teologiczne, a militarne znaczenie. Most ma wysadzić, most mały, lecz wagi wielkiej. A aby to zrobić, musi pozyskać sobie sympatię partyzantów, ich estymę, szacunek i kilka innych rzeczy. Co zresztą czynić będzie z wielkim poświęceniem, a ze szczególnym uwzglednieniem pieknej Marii, guerillas płci przeciwnej.
Na pierwszy rzut oka widać więc, że już sama fabuła gwarantuje powieści wielopoziomowy, mówiąc umnie (a następnej nocy - uciebie - m.), wymiar. A jakby i tego mało było to i styl jest wcale poprawny: mocno purytański, wyraźnie reporterski, ale zarazem przejrzysty i niepozostawiający niedomówień. Znaczy taki, co sprawia, że bystry recenzent, się w zawiłej fabule zagubić nie jest w stanie. Choćby bardzo, bardzo się starał.
A że się w niej nie gubi, to i frustracji i depresji nie nabawi się z pewnością. A to może ogólną ocenę, i tak już wysoką, jedynie podnieść. Podnieść z oceny pozytywnej, na bardzo pozytywną - książka jest bowiem, zaprawdę powiadam wam, kawałkiem porządnej, solidnej literatury. Nie żeby wybitnej, ale nieprzeciętnej z pewnością.
Znaczy, drodzy Comrade, wypada ją przeczytać. Ku chwale Republiki! ;)
UnionJack