Albert Camus - "Dżuma"
quasi-polemika, quasi-recenzja
Nie, nie i jeszcze raz: nie! Taki okrzyk wydałem z siebie po lekturze Rainmanowej recenzji "Dżumy" w 43 Action Magu. Przecież on nie zrozumiał tej książki, mówiłem do siebie, nie powinien o niej pisać! Po chwili jednak trochę ochłonąłem i dotarło do mnie, że również i ja czułem się zawiedziony dziełem Alberta Camus, gdy kilka lat temu czytałem je po raz pierwszy. Dopiero w klasie maturalnej, gdy zapoznawałem się z nim na nowo, odkryłem jego prawdziwą wartość.
"Dżuma" została wydana w 1947 roku. Niedługo wcześniej skończyła się najbardziej krwawa wojna w historii świata. Obudziła ona w ludziach poczucie beznadziei, świadomość, jak bardzo człowiek jest okrutny, skoro potrafi z zimną krwią odebrać życie milionom niewinnych istot ludzkich. Namiastkę tego, czego żyjący w tamtych czasach doświadczyli bezpośrednio, ja doznałem za sprawą literatury. Czytając obowiązujące w czwartej klasie liceum lektury (opowiadania Borowskiego, "Medaliony" Nałkowskiej, "Inny świat" Herlinga-Grudzińskiego, "Zdążyć przed Panem Bogiem" Krall, "Rozmowy z katem" Moczarskiego itp.), czułem, jak ulatniają się ze mnie resztki wiary w ludzkość, a wypełnia mnie nienawiść do człowieka, nienawiść do samego siebie za zło, do jakiego jesteśmy zdolni. Książka Alberta Camus była idealną odpowiedzią na te uczucia. Uczucia, które obudziło we mnie jedynie kilka opowiadań i powieści. Mogę się więc tylko domyślać, jak istotna była ona dla tych, którzy przeżyli "epokę pieców".
Bo "Dżuma" to przede wszystkim alegoria wojny lub - mówiąc ogólniej - konfrontacji człowieka ze złem. I jeśli historię ogarniętego epidemią miasta brać dosłownie, wtedy rzeczywiście może nudzić; podobnie zresztą dzieje się w przypadku źle rozumianego Kafki. Ale gdy tylko bardziej zagłębić się w czytane słowa, jeżeli wyczulić uwagę na wszelkie dwuznaczności, uświadomimy sobie, że pod otoczką kroniki zarazy kryje się dzieło filozoficzne, traktat o etyce.
Rainman w swojej recenzji narzekał, że książka Camus nie wciąga, że wydarzenia są nieciekawe, a styl pisania monotonny. Ale to tak, jakby porównując "Trzy kolory" do "Rambo" twierdzić, że ten drugi film jest dużo lepszy, bo się ciągle w nim coś dzieje, bo jest wartka akcja, bo ma świetne efekty specjalne, podczas gdy w tworach Kieślowskiego albo gadają o jakichś pierdołach, albo milczą, grają do znudzenia muzykę poważną, a na dodatek zdjęcia są jakieś takie dziwne i "niehollywoodzkie". Ludzie! "Dżuma" to nie jest zwykłe czytadło! Tego się nie czyta dla niskiej rozrywki, dla przeżycia przygód, dla zaniepokojenia i dreszczyku emocji, czyli tego wszystkiego, co zadowala czytelników-samice, jak określał nabywców harlequinopodobnych "dzieł" Cortazar. Dla takich ludzi lepsza będzie bez wątpienia "Epidemia" Cooka, bo przy tym na szczęście myśleć nie trzeba, a za to jest dużo fajerwerków, napięcia i ratowania świata.
Jeśli jednak ktoś jest odrobinę bardziej wymagający i na słowo "sztuka" nie robi mu się niedobrze, może spróbować zmierzyć się z dziełem Camus. Warto w nim również poszukać odpowiedzi na jedne z trudniejszych pytań, jakie stawiają sobie myślący i czujący ludzie. Jak żyć w tym świecie pełnym okrucieństwa? Jak zachować nadzieję? Co zrobić wobec panoszącego się zła? Były to niezwykle ważne zagadnienia w okresie wojny, kiedy wokół było tyle bezsensownego cierpienia, kiedy w każdej chwili groziła śmierć z rąk oprawców w mundurach. Ale również dziś wielu z nas przeżywa podobne rozterki, widząc w telewizji głodujące etiopskie dzieci lub obserwując samoloty wbijające się w wieże World Trade Center. Piszę te słowa w drugą rocznicę ataku terrorystycznego na Nowy Jork i Waszyngton, doskonale pamiętając swoje uczucia z tego strasznego dnia: rezygnacja, wszechogarniający smutek, czysta nienawiść do tego świata. A Camus daje iskierkę nadziei, pokazuje drogę, którą można kroczyć, aby uczynić nasze życie trochę mniej bezsensownym.
Na koniec przytoczę słowa, które w "Dżumie" wypowiada Jean Tarrou, jeden z moich ulubionych bohaterów literackich. Oceńcie sami, czy aby na pewno mówi on o chorobie zakaźnej:
"Wiem na pewno, że każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nie, nikt na świecie nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą bezustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka i żeby go nie zakazić. Mikrob jest czymś naturalnym. Reszta, zdrowie, nieskazitelność, czystość, jeśli chce pan tak to nazwać, to skutek woli, i to woli, która nie powinna nigdy ustawać. Uczciwy człowiek, który nie zaraża niemal nikogo, to człowiek możliwie najmniej roztargniony. A trzeba woli i napięcia, aby nie ulec roztargnieniu! Tak, Rieux, to bardzo męczące być zadżumionym. Ale jeszcze bardziej męczące jest nie chcieć nim być."