ALEKSANDER I SIERGIEJ ABRAMOWOWIE - "Wszystko dozwolone"

Pewien bardzo znany i niezwykle ceniony krytyk literacki - którego nazwisko przypadkiem wypadło mi z pamięci - rzekł kiedyś, że jest jeden gatunek science-fiction, na który on, Bardzo Ważny Krytyk Literacki, reaguje alergicznie. Są to, niechaj przytoczę, "powieści, w których lud robotniczy miast i wsi opuszcza swą socjalistyczną ojczyznę, by na drugim krańcu wszechświata odnaleźć swą nową, socjalistyczną ojczyznę, w której od wiek wieków: socjalizm - tak, wypaczenia - nie." Takie powieści, zakończył dobitnie ów Krytyk, irytują go bardziej niźli puste opowiastki o bohaterskich Marines niszczących Wielookie Potwory, przeznaczone dla ćwierćinteligenckich półgłówków. 

I, jakkolwiek epidemiologicznie by to nie zabrzmiało, ja ową alergię podzielam.

Mieli bracia Abramov szczęścia wiele: nie zrecenzował ich Surowy Krytyk Literacki. Nie zdeptał ich z ziemią, nie wysłał w cholerę, nie skazał na krzyk, płacz i zgrzytanie zębów. Nie oblał smołą, nie obtoczył w pierzu. Nawet łańcuchami nie poprzypinał do ściany i pod pręgierz nie wstawił. Oj, mieli bracia Abramow cholernie dużo szczęścia. 

Cholernie dużo, lecz nie wystarczająco wiele. Krytyk Literacki ich nie obsobaczył. Ale ja się nimi zajmę.

Zacznijmy, prawda, od fabuły. Jest ona, powiedzmy to sobie szczerze, dość obiecująca, zwłaszcza dla Cynicznego Krytyka Literackiego. Otóż zdarzyło się razu pewnego, że gdzieś tam, w odległej galaktyce, nową odkryto planetę. Planeta okazała się zamieszkała, co zresztą objawiło się wybiciem połowy misji eksploracyjnej i to połowy, no pohybel polonistom, większej. Rzecz jasna, na taka zniewagę trzecia planeta od Słońca odpowiedzieć może jedynie kolejną wyprawą badawczą. Która sobie, o dziwo, trochę poeksploruje.

A odkryje niezwykle dużo. Odkryje co stało się z poprzednią ekspedycją, odkryje tajemnicę pięciu różnokolorowych słońc. Odkryje nową cywilizację, odkryję grupę kapitalistycznych wyzyskiwaczy i uciśniony lud robotniczy. Odkryje wreszcie, jak ów lud uciśniony odcieśnić. Che Guevara byłby dumny. ;)

Styl książki, przyznać to Abramowom należy, jest wcale przyjemny. Co prawda nie ma tu jakiś fraz szczególnych i nagrody godnych, ale książka nie odrzuca, czyta się ją stosunkowo szybko i stosunkowo przyjemnie (bo stosunki takie są z założenia, Unionie. - m.). Słowem: może bez fajerwerków, ale wcale poprawnie.

Znaczy, czas tu wyjaśnić sobie wreszcie, czemu książkę kwasem chcę opluwać, skoro i styl poprawny i fabuła... ekhm... obiecująca [w tle unosi się zapach ironii ;)]. Otóż, fabuła mi się, mówiąc wprost, nierealna wydaje, nawet jak na science-fiction. No bo, powiedzcie Państwo sami - jak to możliwe, by na galaktyki drugim krańcu, przy zupełnie innych warunkach takoż klimatycznych jak i ciśnieniowych, rozumne istotki dwie łapki i dwie nóżki miały? Jak to możliwe, by ludzkie buźki posiadły, po ludzku się zachowywały, podobnie głoski artykułowały? I jak to, psia mać, możliwe, by socjalizm realny zachciało im się wprowadzać?!

Ano, możliwe. Możliwe, bo, jak zdają się mówić Abramowowie, wszystko jest w ichnim świecie, możliwe, wszystko dozwolone. Całkiem wygodna, całkiem usprawiedliwiająca dewiza...

Ja Cię, drogi Czytelniku, do czytanie tej książki namawiać nie będę. Bo wiele jest książek lepszych, ciekawszych, wartościowszych. Ale, tak po prawdzie, to i dużo jest gorszej lektury - nie będę więc Ci, Czytelniku, książki Abramowów zabraniał.

A nuż, serwetka Ci się książeczka spodoba?! Wszak wszystko jest dozwolone...

UnionJack