STEPHEN KING - "Cujo"

Piszący te słowa wszedł swego czasu drogą kupna w posiadanie zwierzęcia. Ba, żeby to jednego! Jednak ani cherlawe rybki, ani nadpobudliwy chomik ni też zakatarzony żółw, którego sen zimowy został uznany za stuprocentowe zejście, i tym samym zwierzątko zostało pochowane gdzieś w pobliskim lesie (przypadkowa eutanazja - error humanistyczny jest...) nie równały się ze zwierzem, zwanym potocznie "psem".

Stephen King Jak można krótko opisać psa? Ot - samobieżne zęby, mobilne pchły, a dookoła sporo kłaków i szczekania. Dziwne więc bardzo, iż taki niepozorny "dynks" wymaga opieki większej niż fabrycznie nowy, różowy bobasek. Bo wyprowadzać trzeba - i to przez całe życie; sztuki korzystania z toalety psiak nie nauczy się nawet jako siwiutki starzec; myć należy również (patrz punkt poprzedni), a i wypadałoby nakarmić. Bowiem w myśl "odwiedź Rosję, zanim Rosja odwiedzi Ciebie" - pies głodny może się pożywić właścicielem. Wniosek z powyższego natłoku informacji jest tylko jeden. Właściciele* psów nie mają lekko.

Przekonali się o tym również bohaterowie jednej z najlepszych powieści Stephena Kinga - "Cujo". Typowa amerykańska rodzina - (prawie) doskonała matka, (niemal) perfekcyjny ojciec i (niezupełnie) idealne dziecko - została bowiem skonfrontowana z wściekłym niczym Marcowy Zając bernardynem. A zwierz wcale niełatwym przeciwnikiem - nie dość, że zaliczony do wagi superciężkie, to jeszcze na dopingu z ektoplazmatycznej duszy zmarłego mordercy.

Spostrzegawczy zauważyli prawdopodobnie, iż oceniłem już książkę - jako "jedną z najlepszych" autora. Tak bowiem jest, wszak od paru ładnych miesięcy żadna powieść nie przykuła mnie do siebie na więcej niż kilka godzin. Przy "Cujo" zaś spędziłem więcej niż pół dnia. I wydawało mi się, że oto dostąpiłem zaszczytu przeczytania powieści idealnej...

Ku mojemu zdziwieniu, po zakończeniu lektury zacząłem dostrzegać jej wady. A to kilka wątków niesmacznych, parę innych niepotrzebnych, to znów nieco nudnawa pierwsza połowa książki... Jednakowoż w czasie obcowania z "Cujo" byłem nią zauroczony - i to winno decydować o ostatecznym osądzie. A ten brzmi - "jeśli jeszcze nie czytałeś, biegnij do księgarni"! Doprawdy, mało który twórca ma szansę choćby zbliżyć się do poziomu Kinga. Jego lekki styl, łączący dokładne opisy z dynamiczną akcją jest rozpoznawalny już po kilku pierwszych zdaniach. Samych bohaterów wykreowano wspaniale - nie tak doskonali, jak się z początku wydaje, z ich codziennymi problemami sprawiają wrażenie, jakby byli z krwi i kości; zupełnie i całkowicie autentyczni. Ze smutkiem muszę zauważyć, że w niewielu nowych dziełach Kingowi się ta sztuka udaje... 

W delektowaniu się książką nie przeszkadza mi nawet fakt, iż nie wiem jak odczytać tytuł. W ekranizacji powieści jakiś Dżon mówił "Kjudżo", ale jeden z bohaterów książki powiada, iż imię psa pochodzi od nazwiska hiszpańskiego bodaj generała - więc powinno być, jak się zdaje, "Kuho". Z kolei ustawa o ochronie języka sugeruje soczyste, polskie "Cujo". Jeśli ktoś jest w stanie powiedzieć mi, która wersja jest poprawna, zachęcam do napisania maila.

Lecz najpierw - marsz do księgarni!

military

* - niechaj to będzie nazwa umowna; prywatnie uważam, iż nie można "mieć" jakiejkolwiek żywej istoty, a co najwyżej być jej opiekunem.