|
|
|
.::. Komety - strach i przerażenie
.::.
Każde pojawienie się
komety na niebie budzi powszechne zainteresowanie. Było tak,
jest i będzie. Kiedyś, przed wiekami uważano, iż te zadziwiające
ciała niebieskie są zwiastunami nadchodzącej klęski, głodu,
wojny. Powodował paraliżujący strach przed mieczami, krwią. Ich
wygląd kojarzony był bowiem z mieczami, czy głową ze
zwichrzonymi włosami. Astrologowie śledzili więc ruchy komet
wyczytując złowrogie wróżby.
Dzięki współczesnej technice wiadomo, że komety to nic innego, jak
zwykłe ciała niebieskie, które poddają się tym samym prawom i
oddziaływaniom fizycznym co księżyce i planety. Świecą dzięki
światłu odbitemu od ich powierzchni. W ciągu roku odkrywa się
kilka, kilkanaście komet. Jednak są one małe więc brak im
powszechnego zainteresowania. Informacje na ich temat możemy
znaleźć jedynie w specjalistycznych źródłach. Co innego, gdy do
Ziemi zbliży się duża kometa. Nie dość, że jest o niej głośno,
to jeszcze bez problemów można ją oglądać gołym okiem obserwując
wspaniały warkocz.
Lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku były bardzo urodzajne w
komety. Wiosną 1970 roku na wieczornym niebie świeciła kometa
odkryta przez J.C. Benetta - południowoafrykańskiego astronoma.
Odkrycia dokonano z obserwatorium w Pretorii. Natomiast pod
koniec 1973 roku na porannym niebie widoczna była kometa odkryta
w Hamburgu przez czeskiego astronoma - Kohoutka. Niestety,
astronomowie zawiedli się na niej - świeciła o wiele słabiej niż
przewidywano. 3 lata później, Richard M. West odkrył kometę,
która była najwspanialszą w całym ubiegłym stuleciu. Pięknie
świeciła na porannym niebie.
Praktycznie cała masa komet skupiona jest w jądrze. Składa się
ono z brył meteoroidowych, pyłu kosmicznego, a wszystko spojone
jest lodem, metanem i amoniakiem. Gdy kometa zbliży się do
Słońca, pod wpływem temperatury lód zaczyna topnieć i zamieniać
się w gaz. W ten sposób powstaje głowa komety. Ma średnicę do
240 000 km. Niektóre komety mają średnicę większą od Słońca!!!
Jednak ich gęstość jest o wiele mniejsza, mniejsza od gęstości
powietrza na Ziemi. Masy ich są więc zbyt małe, by mieć
jakikolwiek wpływ na ruch planet czy księżyców.
W pobliżu Słońca komety tracą swoją materię, tworzy się piękny
warkocz o długości przekraczającej czasem 150 mln km! Warkocz
ten to nic innego jak pyły i gazy wymiecione z powierzchni
komety będącej blisko Słońca. "Warkocz" to po grecku "kome" -
stąd wzięła się nazwa tych ciał niebieskich. Niektóre komety w
ogóle nie rozpościerają warkoczy. Są tylko zwykłymi, rozmytymi
mgiełkami.
Nie wiadomo skąd wzięły się komety. Niektórzy uważają, iż są to
obiekty krążące na peryferiach Układu Słonecznego. Taką tezę
podał Jan H. Oort. Na tychże peryferiach znajduje się obłok
złożony z conajmniej 100 mld komet. Grawitacja Słońca jest za
mała by wprowadzić je w ruch. Dopiero grawitacja innych
sąsiednich gwiazd ma "coś do powiedzenia". Pod wpływem
perturbacji co pewien czas, jakaś kometa zostaje wyrwana z tego
obłoku i skierowana w kierunku Słońca. Tyle teorii wg. Oorta...
Najbardziej znaną kometą jest bez wątpienia kometa Halley'a.
Widujemy ją raz na 76 lat. W peryhelium wchodzi w orbitę Wenus,
a w aphelium znika za Neptunem. Obserwowana była od tysięcy lat,
jednak nikt nie zdawał sobie sprawy, że to ten sam obiekt!
Dopiero prawo powszechnego ciążenia sformułowane przez (kogo -
kto zgadnie? Nagroda: hipopotam na czterech kółkach:)) pozwoliło
stwierdzić, że to ten sam obiekt. Historia ta sięga 18-tego
wieku.
Kometa ta otrzymała nazwę od nazwiska słynnego astronoma Edmunda
Halley'a. On jako pierwszy na świecie obliczył następne
pojawienie się komety. Dokonał tego w 1705 roku. Miała pojawić
się w 1756. Nikt wówczas nie był w stanie stwierdzić, czy ów
człek kłamie czy mówi prawdę. Niestety, Halley nie dożył tej
chwili... Jednak rok utkwił ludziom w pamięci i z
niecierpliwością oczekiwano jej przejścia w pobliżu Ziemi. Rok
nadszedł - komety nie ma... Jednak nie zwiodła... pojawiła się
tylko z niewielkim opóźnieniem - Halley nie wziął pod uwagę
wpływu innych planet, a zwłaszcza Jowisza.
Upadek takiej komety na powierzchnię Ziemi miałby katastrofalne
skutki. Wytworzyłaby się ogromna energia kinetyczna. Nawet gdyby
spadła do oceanu... W atmosferę wyrzucone zostałyby wówczas
ogromne ilości pyłów i gazów. Spowodowałoby to zimę nuklearną.
Do powierzchni Ziemi docierałoby o wiele mniej światła,
panowałby mróz. Skutki tego byłby straszne: zanik fotosyntezy.
Co się z tym wiąże - wszystkie żywe organizmy by wymarły:
najpierw roślinożerne (nie byłoby roślin do jedzenia), potem
mięsożerne (jak nie ma roślin do jedzenia, tak roślinożerców też
nie ma; a jak nie ma roślinożerców to nie ma i mięsożerców).
Następnie nastąpiłby okres gorący wywołany efektem
cieplarnianym. Promieniowanie słoneczne pochłonięte przez grunt
a następnie emitowane w postaci promieniowania podczerwonego nie
miałoby jak "uciec" z powierzchni Ziemi. Przeszkodą byłaby gęsta
atmosfera.
Dziś wiemy co nieco o komecie Halley'a. Obserwowano ją z Ziemi, z
kosmosu... Sonda Giotto "patrzyła" na nią z odległości zaledwie
1480 km. Przesłała nam jej zdjęcia, lecz potem kamera została
uszkodzona. Wiadomo, iż jądro ma nieregularny kształt i wymiary
około 15x10 km. Trudno dostrzec kontury owego jądra, ale za to
bez problemów można zobaczyć otoczkę gazowo - pyłową ze strony
zwróconej ku Słońcu. Tam przecież jest najgoręcej...
Jądro komety Halley'a wykonuje pełny obrót raz na 52 godziny. W
tym czasie z jednego metra kwadratowego jądra "ucieka" 2 kg
materii. Ma ono powierzchnię 400 km2 więc w czasie
powrotu do Słońca kometa pozbywa się warstwy grubości jednego
metra. Wyparowana materia już nigdy nie wraca na kometę...
Ciekawostki:
|