<<< MARIO 64 >>> Hej ho! Mario... Znają go wszyscy, którzy kiedykolwiek posiadli, niegdyś wspaniałą, maszynę Pegazusem zwaną. Mój Marian mieścił się na olbrzymim karcie gdzie obok niego siedziało jeszcze mnóstwo gier jak Contra czy Duck Hunt. To były czasy pełne radości, śmiechu i bawienia się w doktora... ehhh. Właśnie te wspomnienia nawiedziły mnie gdy po raz pierwszy uruchomiłem Mario 64 na moje poczciwe N64. Zaraz także uleciały gdyż gra swą rewelacyjnościa po prostu mnie porwała i nie uwolniła aż do dzisiaj (dla tłuków: to znaczy, że gram w nią co jakiś czas). No ale po kolei, drogie dziadki. Może nie wszyscy wiedzą, ale Mario 64 była pierwszą (!) platformówką 3D na świecie. Tak jest! Nie żaden Crash czy inny Spyro, tylko właśnie dzieło pana Shigeru M. Ale własciwie kogo to w dzisiejszych czasach interesuje...? Przejdźmy zatem do meritum sprawy. Mario dostaje zaproszenie od księżniczki na balangę mającą odbyć się w zamku. Nasz bohater niezwłocznie wskakuje do swojej podręcznej rury kanalizacyjnej *hop siup* i już jest na posiadłości Peach. Wkracza do zamku i dowiaduje się, iż potworny Bouncer (w Polsce Kupą zwany) porwał księżniczkę, grzybów i całą moc gwiazd. Parszywy smok był jednak na tyle niedorozwinięty i gwiazdki pochował na każdej z 15 plansz. A, że Marian nie jest w ciemię bity i z odnajdywaniem śmieciuszków radzi sobie jak Michał W. w trzepaniu kasy na głupich fanach, takoż dzielny hydraulik postanowia odnaleźć nie tylko wszystkie złote pięciokąty, ale również skopać tyłek plugawemu Bouncerowi i zarazem uratować księżniczkę z bluźnierczych łap łobuza. W każdym z leveli mamy do odnalezienia 7 gwiazdek, 8 czerwonych i 100 złotych monet. Za 8 czeronych dostajemy jedną gwiazdkę, a za 100 żółtych Wąsaty otrzymuje (niespodzianka!)... jedną gwiazdkę. W całej grze mamy do zdobycia 120 gwiazd. Każda z plansz została zamnknięta przez chytrego Bouncera za pomocą gwiezdnego pyłu i aby je otworzyć Mario potrzebuje określonej liczby znalezionych gwiazdek. I tak nasz dzielny kurdupel wskakuje do pierwszego obrazu na ścianie i zostaje przeniesiony do innej krainy. W poszczególnych obrazach bowiem mieszczą się lokacje. IMHO jest to bardzo fajny patent. W każdej z plansz przed Mariem stawianych jest wiele różnych zadań. A to skompletować bałwanka, a to wygrać wyścigi z pingwinem itd. Zadań jest naprawdę wiele i żaden fan platformerów na nudę narzekać nie będzie. Nasz okrągły bohater w trakcie swej podróży nauczy się wieeelu rozmaitych ruchów. Jest tego naprawdę OGROM i wymienianie ich tutaj nie leży w mojej leniwej naturze. Jeśli już przy umiejętnościach jesteśmy nie można nie wspomnieć o wspaniałym i niesamowitym (tekst z reklamy maszyny do szycia w Mango; koleś użył tych epitetów w odniesieniu do gratisowego kompletu nici dodawanego do maszyny - no comment) [Hłe hłe - LOV] sterowaniu. Mariem poruszamy przy pomocy gałki, trzyciosowe combosy wyoknujemy przyciskiem o barwie soczystej trawy, niebieski służy do skakania, szary, niczym kamienie na żwirowni, button "Z" pomaga Marianowi kucać, a żółte przyciski "C" są pomocne przy obracaniu kamery. I to wszystko! Pewnie teraz zastanawiacie się jakim cudem przy pomocy 3 przycisków kontrolnych można wykonać wspomniany OGROM ruchów. A to jest bardzo proste, drogie dzieci. System sterowania jest bowiem tak smakowicie przemyślany, że Marian wykonuje różne ruchy w różnych sytuacjach przy pomocy tego samego przycisku! Tak więc np. jeśli biegniemy Wąsatym na full speed do przodu i nagłym ruchem pociagniemy gałkę (hehe) w stroną przeciwną do biegu, naciskając przy tym skok, wtenczas Mario wykona piękną śrubę w powietrzu. Powiedziałbym o tym więcej, ale już chyba wspomniałem o moim lenistwie, prawda? Wypadałoby wspomnieć również o tym, że to właśnie w Marianie po raz pierwszy użyto analoga do kontroli bohatera. Wtedy zaiste był to przełom! Grafika... hmm, wiadomo, że N64 to nie PS2, a Mario64 to nie Ratchet & Clank...[Ta? Nawet nie wiedziałem - LOV] zdanie niezbyt odkrywcze, ale fakt jest faktem i w dzisiejszych czasach oprawa video tej gry nie robi już takiego wrażenia jak 8 (!!!) lat temu. Co nie znaczy, że powoduje odruchy wymiotne. Pełno tu pastelowych i ciepłych barw; gra jest bardzo prorodzinna - brak przemocy w postaci krwi & flaków. Otwarte przestrzenie są ładne, ale oczy kłuje straszny pop up w poszczególnych levelach. Za to animacja Maria nadal dla mnie jest mistrzostwem w swojej klasie. Na jednym z poziomów wiatr może zdmuchnąć Mariu czapkę - brawa za dbałość o szczegóły. [Klap! Klap! Klap! - Ekipa KZ] Dźwięk - wiadomo, raczej średni. W końcu N64 jest na mało pojemne carty więc nie ma mowy o porządnej jakości muzyki czy masy czytanych przez lektorów dialogów. Właściwie to dialogów ogólnie nie jest wiele, ale w kóncu to platformer, a nie przygodówka. Tak czy siak melodyjki są skoczne i pasują do klimatu danej lokacji. Tylko, żeby jeszcze ich jakość była lepsza... Co by tu jeszcze napisać... Grywalność - czysty miodzik. Hasanie sobie Mariem po rozległych poziomach daje ogromną radochę, szczególnie fanom produktów Nintendo. Czy jest ona długa? Dla mnie starczyła na jakieś ćwierć roku, ale trzeba przyznać, że odkryłem w niej wszystko. Nawet takie dziwne bugi jak "czarny pokój" (odnajdziesz go jeśli wejdziesz na samiusieńki szczyt zamku). A jeśli zdobędziesz 120 gwiazdek, na podwórzu otworzy się otwór z armatą w środku. Dzięki niej można dostać się na zamek i spotkać Yoshiego. Zielony gad przekaże Tobie podziękowania od autorów, 100 żyć, oraz dodatkowy skok. Całkiem to miłe. I tym pozytywnym akcentem kończę skromną reckę. [Ehh, żeby każdy pisał tak skromne recki - LOV] Ocena: 10/10 (gra była w końcu przełomem, więc szacunek się należy) Plusy: + Przeczytaj recenzję i zapisz je sobie w tym miejscu Minusy: - Nie wiem czy jest sens wpisywać minusy. W końcu gra ma 8 lat na karku i dziwnie by było gdybym wpisał tu np. "przestarzała grafika", nie? |