<<< FINAL FANTASY X >>> Hej ho! Nowy Final... taaak... pieją o nim praktycznie wszędzie i wszyscy. Pisma, serwisy internetowe, moi kumple (nie pozdrawiam), widziałem nawet program na Discovery gdzie jego część była poświęcona FFX właśnie. Wspaniała grafika, dźwięk, grywalność i fabuła. Słowem: cudmiódiorzeszki. ...A ja, maluśki, siedzę w rogu i skromnie się pytam: w czym rzecz do cholery?! W grafice? Nieee chyba... W N+ czytałem recke gry i kiedy dotarłem do słów (cytat z pamięci) "wspaniała, realistyczna mimika twarzy" to umarłem normalnie. Włączyłem Finalka i pykam na "new game" co by się facjacie Tidusa lepiej przypatrzeć. Patrze, patrze... kurde! Toć to niemal Kaczor Donald jest. Żeby tak jeszcze wdział żeglarską czapeczkę i kuperek na tyłku zapuścił to - na moje złote plomby(!) - nie odróżniłbym go od słynnego kwaka. Rusza tymi swoimi dziobopodobnymi ustami i owszem całkiem ciekawie, nie przeczę, lecz to, że Tidus przestał ruszać już dawno ryłkiem, a z TV nadal dobiega jego głos, kapkę mnie zdziwiło. Ale tylko kapke, bo Square to w ogóle ostatnio lenie śmierdzące na milę i już przed zakupem FFX dowiedziałem się, że nie dostosowali ruchów twarzy postaci do amerykańskich tekstów. Shame on you, fackin Square. Ciekawy bardzo jest patent z lepszymi facjatami na głównym planie, a z kłodo-podobnymi na drugim, ale to już pewnie wiecie. Fajne też jest to, że niby cała giera jest w pełni 3D, a np. wejdźcie sobie na airship, by zobaczyć dwu wymiarowe plansze. Identycznie ma się sprawa z Monster Areną i jeszcze kilkoma lokacjami. Whatever... Dodam jeszcze, że w grze nie zaimplentowano opcji przesuwania ekranu, co, na moim nieprzystosowanym do obecnych standardów TViku, znacząco utrudnia granie na kabelku RGB, gdyż obraz jest za bardzo przesunięty w lewo. Pozostaje mi więc gra tylko na (TFU!) S-Video, a wtedy jakość obrazu pogarsza się w stopniu znacznym. Espery, Summony, GFy... od części IX trudne w wymowie "Aeony". W FFX mamy nastepujący komplecik: Ifrit, Shiva, Velefor, Ixion, Bahamut, Yojimbo, Anima oraz Magus Sisters. Najfajniejsza jest oczywiście Shiva ze względu na ogólne wrażenia estetyczne (czyli tyłek), ale reszta też nie jest jakoś strasznie kijowa. Animacje przyzywania stworków są zrobione dość ciekawie, chociaż nie da się ukryć, iż brakuje im pewnej dynamiki będącej w np. FFVIII-owych GFach. Są powolne i tyle. Zmieniła się także kontrola nad bestiami... a właściwie to zostałą ona dodana, gdyż we wcześniejszych częściach mogliśmy tylko obserwować jak nasze Espery/Summony/GFy kopią pupę wrażym siłom. Przyzywane Aeony traktowane są jak normalne postacie, tj. możemy nimi atakować, używać specjalnych umiejętności, magii. Itemów nie. Mogą także używać swoich super ciosów czyli limit brea... znaczy overdrive'ów. A właśnie - overdrive'y. Nie mam pojęcia w jakim celu Square zmieniło nazwe limitów. Nie wie tego także większość finalo-maniaków, których o to pytam, dlatego tę kwestię pomińmy milczeniem. No ale my tu gadu gadu o gfxie i tym podobnych pierdołach, a pozostało jeszcze tyle elementów do opisania. Przejdźmy zatem do dźwięku. No cóż... muzyki w FF'ach nigdy specjalnie nie trawiłem toteż i tu nie przypadła mi do gustu. A jesli już posiadliście "dziesiątkę" i macie w sobie nutkę masochisty radzę jak najszybciej dostać się do Monster Areny. Jest tam taki podkład, iż ma się ochotę ulżyć własnej osobie w cierpieniu i jak najszybcie popełnić sepuku. Coś tu nie zagrało, panowie. Acha, nowy final nie obsługuje dźwięku przestrzennego, co mi jakoś nie przeszkadza - nie mam, ani kolumn, ni amplitunera, jednak wspomnieć o tym warto, ja whol? No właśnie. Fabuła przedstawia się następująco: jesteś radosnym, wysportowanym i niesamowicie optymistycznym ludkiem o imieniu Tidus. Grasz w blitzballa i jesteś w tym (a jakże!) najlepszy. Słowem (właściwie to dwoma) - prawdziwy mastah. Podczas jednego z licznych meczy (które zawsze i tak wygrywasz - twoja drużyna jest na pierwszym miejscu w tabeli), miasto - Zannakand - atakuje "coś" (później okaże się, iż to twój ojciec, ale nie chcę zbytnio spoilować, essesesese). Tam gdzie przed chwilą radośnie "plumkała" sobie wielka kropla wody, teraz jest tylko powietrze, a ty spaaadasz w dóóół. Ale oczywiście przeżywasz upadek z wysokości około 1kmm, bo w końcu jesteś głównym bohaterem. Zaraz potem napotykasz starego zgreda Aurona, on pieprzy jakieś smuty i zabiera cię do Sina (to on przyatakował miasto). Owy stwór wciąga cię do innego wymiaru (albo czasu) i leżysz koło jakiejś świątyni. Wchodzisz do niej - teraz już troszkę skrócę fabułę - i później spotykasz wesolutką, milutką itede Rikku, później zrytego Wakke, Yunę (blee! nienawidze jej) i całą resztę wspaniałej drużyny bez skazy. Najfajniejsza z nich wszystkich jest Lulu, gdyż ma fajny biust (jak w tej pieśni Wilków). Później lezież z tą bandą przez całą Spirę (świat, w którym jesteś), napierasz na potworki, napierasz na spirowego papieża, napierasz na całą wiarę Yevon (to się wyznaje na Spirze). Słowem atakujesz wszystko i wszystkich . No a później to nie wiem, bo jeszcze nie Finala skończyłem. Teraz jestem wewnątrz Sina i muszę kogoś napierać, ale zapomniałem kogo. Nevermind. Tak pokrótce przedstawia się fabuła. Nie podoba sie jej opis? Pech... A najlepsze zostawiłem na koniec. Hiper rewolucyjny Sphere Grid... Tatałajstwo owe wymyslone podczas burzy mózgów w firmie wiadomej ma za zadanie pakowanie postaci. Przy pomocy gracza, rzecz jasna. Rewolucja polega na tym, że łazimy po planszy i uruchamiamy specjalne i niesamowite pola, które zwiększa nam siłę, obronę magiczną, uczy nowych umiejętności, czarów... blahblahblah. Ot i cała nowość. Na dłuższą metę nie różni się to niczym od innych Systemów Pakowania Postaci W Serii Final Fantasy. Ale co tam, wszędzie mówią, że to rewolucja więc pewnie tak jest, a ja się nie znam. Grywalność gry jest tak uboga jak kolesie zbierający puszki na mojej ulicy. Na początku jeszcze jest całkiem, całkiem, gdyż poznajemy (kiepską, ale i tak zbytnio nie zraża) fabułę, ale później... Po otrzymaniu statku mamy możliwość przypakowania postaci przed ostateczną walką. A, że przypakować trzeba je naprawdę porządnie to i walki dużo (heh, odkrywcze). I tak się to fajnie składa, że scenariusz do tej pory zajął mi 30 godzin, a walka... 69 :/ Blee, rzygam już tym. A trzeba wam wiedzieć, że jeśli będziecie mieli leszczów w drużynie to gówno zdziałacie z co lepszymi bossiakami. Reasumując. Lubicie pakować swoją postać do oporu, spędzać nad grą dłuuugie dni nawalając ciagle w głupie potwory? FFX jest grą waszych marzeń! No a teraz czekam na reakcję maniaków nowego Finala, huehuehue. |