STARCRAFT
WIDMO ZAGŁADY CZ. I
Gdy cała szóstka była u góry, kapitan uchylił drzwi na korytarz trochę bardziej. Przez szparę, którą sobie zrobił, było widać
jakieś dwadzieścia metrów blado oświetlonego, szerokiego na cztery metry i tak samo wysokiego przejścia. Ściany były
jednolicie szare i jedynym urozmaiceniem na nich były porozmieszczane gdzieniegdzie drzwi. Grupy leBlance'a nie było
jeszcze widać. Kapitan zastanawiał się nad próbą ponownego nawiązania kontaktu z Leddisonem albo spytaniem Jeana o
pozycję, ale po przemyśleniu zrezygnował z tego. Mógłby zdradzić swoją pozycję jeśli ktoś z UED dorwał oddział Jonathana.
Z drugiej strony każda sekunda bezczynności była dla niego jak tortura.
-Gdzie do cholery podziewa się ten pieprzony Francuzik? - warknął pod nosem.
-Pokład jest dość przestronny, - próbował go uspokoić Roberts - poza tym muszą przecież cały czas być czujni na wypadek,
gdyby ich zaatakowano. - świadomie nie użył słowa "też". - Nie mogą po prostu biec na złamanie karku. Wiesz co, Jason?
Kontakt z Leddisonem urwał się dwadzieścia minut po tym jak weszli na pokład, więc liczmy, że leBlance będzie potrzebował
około dziesięciu, żeby tu wrócić. Minęło już... - zawiesił głos na chwilę i spojrzał na zegarek - pięć, więc poczekajmy jeszcze
pięć i jeśli nie zjawią się przez ten czas, połączymy się z nimi przez radio.
Zakowsky kiwnął głową dając znak, że się zgadza. Przykucnął przy drzwiach i cały czas obserwował fragment korytarza,
który sobie odsłonił. Kolejne sekundy wlokły się i oczy zaczęły mu już łzawić od monotonnego widoku, który się przed nimi
roztaczał, kiedy w pewnej chwili, nie wiedział dokładnie ile czasu minęło, przez ułamek sekundy jakiś niewyraźny cień
przemknął tuż przy końcu odcinka, który widział.
-Ktoś idzie. - syknął do reszty, jednocześnie zaciskając dłonie na swoim półautomacie i umieszczając palec na cynglu. Szybko
stanął na nogi i cofnął się o krok, mierząc lufą w uchylone drzwi. Nerwowo wyczekiwał, aż coś się stanie, ale minęła chwila a
nic nie dało się dojrzeć ani usłyszeć na zewnątrz.
-Mógłbym przysiąc, że kierował się w tą stronę. - poinformował usprawiedliwiająco Robertsa.
-Może ja przez chwilę poobserwuję, kapitanie. - zaproponował porucznik. Jason naturalnie zrozumiał, co Timothy ma na
myśli.
-Chyba masz rację. - zgodził się z niewypowiedzianą sugestią i opuścił prawą rękę z bronią, lewą drapiąc się w tył głowy. I w
tym właśnie momencie drzwi otwarły się na oścież z trzaskiem i ktoś lub coś uderzył w niego z całym impetem powalając na
ziemię. Poczuł na szyi zimne ostrze.
-LeBlance! - ryknął na Francuza, który przykładał mu nóż do szyi. - Do reszty ocipiałeś, człowieku!?
Starszy szeregowy natychmiast zeskoczył z przełożonego i podał rękę, pomagając wstać.
-Przepraszam, kapitanie, - tłumaczył się - ale nie miałem pewności, czy to pan. Nie dawał pan żadnego znaku tylko czaił się
za drzwiami.
-W porządku. - uspokoił go dowódca. - Miałbyś się z czego tłumaczyć gdybyś mi tą kosą przejechał po szyi.
Jean zamierzał chyba mimo to coś dodać, ale wszedł mu w słowo Donahey, który wkroczył do ciasnego przedsionka razem
z Wilkinsem i Gonsalesem.
-Pana słodkiego głosiku nie da się pomylić z niczyim innym. - stwierdził z uśmiechem, zaraz jednak spoważniał. - Jon nie
dawał żadnego znaku życia?
Zakowsky pokręcił głową przecząco.
-To gdzie teraz idziemy? - padło kolejne pytanie od Ricka. - Korytarze się rozwidlają.
-Chyba cruisery UED są budowane według tego samego schematu co nasze, - odparł kapitan - więc musimy po prostu znaleźć
pokój dowódcy statku. Poza tym Jon meldował się co chwila porucznikowi Robertsowi, więc w razie nieścisłości będzie nas
naprowadzać na właściwą drogę.
Timothy zastanowił się chwilę.
-To, co mówił Leddison, - stwierdził w końcu - pokrywa się z planami battlecruisera. Lokum duGalle'a jest tam, gdzie
powinno być.
-No dobra, nie traćmy czasu. - rozkazał kapitan. - LeBlance, idziemy na czele. W razie kłopotów postaraj się mnie nie
podpalić. Goethke, Poe; pilnujcie tyłów. Dziewczyny trzymają się w środku.
Francuz wyszedł na korytarz pierwszy, trzymając miotacz gotowy do użycia. Kapitan zaraz za nim. Przejście było dłuższe
niż podejrzewał. Najbliższe rozejście dróg znajdowało się mniej więcej trzydzieści metrów dalej a do końca było niemal sto.
Nad drzwiami, którymi wyszedł, wisiała tablica "DSS ALEKSANDER. WYJŚCIE AWARYJNE" zwracająca uwagę
czerwoną barwą zdecydowanie kontrastującą z pobliską szarością. Takich tablic było w zasięgu wzroku jeszcze kilka, ale z
miejsca, w którym się znajdował, nie można było ich rozczytać.
-Co to są te opisane pokoje? - spytał półgłosem Ricka.
-Różnie, kapitanie. Laboratoria, kabiny ważniejszych osób, gdzieniegdzie windy na wyższe pokłady, ale te nie działają.
-Poszukamy schodów, jak znajdziemy resztę oddziału. - zadecydował Zakowsky. - Teraz idziemy.
Przemierzali kolejne przejścia i rozwidlenia trzymając się cały czas w gotowości bojowej. Gdzieniegdzie zwisające z sufitu
rury albo kable na swój sposób urozmaicały identyczne korytarze. Snopy iskier strzelające miejscami z uszkodzonych
urządzeń stwarzały drobne niebezpieczeństwo. Gdy byli w dwóch trzecich drogi, natknęli się na o wiele większe...
Podłoga zatrzęsła się nagle pod ich stopami, tak, że dziewczyny się o mało nie poprzewracały. Rozległ się dźwięk
rozdzieranego metalu.
-Na boki! - krzyknął Jason. Ten efekt wyglądał mu dziwnie znajomo. Cały oddział natychmiast powskakiwał w najbliższe
pouchylane drzwi, tylko Goethke znieruchomiał.
-Kapitanie, co się... - zaczął mówić, ale Zakowsky nie dał mu dokończyć. Rzucił się na niego i, chwytając obiema rękoma,
wpadł z nim do jakiejś sypialni, do której przed momentem skoczyli Poe i leBlance. Wszystko to nie trwało trzech sekund.
-Ale o co cho... - ponownie próbował wyksztusić z siebie Niemiec, kiedy z ogromnym rumorem, przypominającym nieco
ciągnięcie stalowego łańcucha po żwirze, przez korytarz przeszła seria wybijających się jeden po drugim spod podłogi, ponad
półmetrowych, ząbkowanych kolców.
-Lurker. - warknął do Goethkego Jason. - Czy teraz wiesz już wszystko, co cię interesuje, pieprzony nowicjuszu?
-Ale, kapitanie, po prostu nie wiedziałem, o co chodzi.
-Wyraźnie powiedziałem "na boki". Kiedy wydaję rozkaz, to, do kurwy nędzy, wykonaj go a nie filozofuj.
Wszystkie szpikulce zdążyły się pochować do tej pory i z tym samym dźwiękiem, co wcześniej, przeszła przez korytarz
kolejna ich seria. Jednocześnie rozległ się wystrzał z Gaussa.
-A teraz który kretyn? - mruknął do siebie, po czym przeładował broń i wychylił się na korytarz. O mało nie upadł, gdy
zobaczył, co się dzieje. Pięć metrów przed nim szeregowy Gonsales chwycił się wyrwanej z sufitu rury jedną ręką a w drugiej
trzymał swój karabin, którego kolbę oparł o bark, i strzelał w miejsce z którego wychylały się kolce. Między jego stopami a
szpilami lurkera było zaledwie kilkanaście centymetrów.
-Hector, do cholery! - wydarł się Zakowsky. - W cyrku jesteś!? Chcesz, żeby cię zabił!?
-Spokojnie, kapitanie. - odparł szeregowiec nie odwracając się nawet. - Mam jeszcze nad tym gównem sporo luzu.
-Spieprzaj do pokoju. - rozkazał Jason.
-Ale kapitanie...
-To jest... - Zakowsky przerwał w połowie zdania i odskoczył w tył. Kolejny rząd igieł zboczył w jego stronę. Ostatnia z nich
wybiła się dokładnie pod drzwiami, rozrywając je na pół. - To jest rozkaz! - krzyknął zza progu nie wystawiając głowy. - Za
pięć sekund ma cię tam nie być.
Strzelanie ustało. Jason odliczył do pięciu, po czym rzucił się plecami na rozpołowione wejście i posłał granat w punkt,
gdzie najprawdopodobniej znajdował się wrogi stwór. W momencie eksplozji rozległ się ryk agonii a na poczerniałej podłodze
pojawiła się spora plama czerwieni.
-Koniec zagrożenia. - poinformował głośno Jason. Cały oddział wyszedł na korytarz. Roberts od razu naskoczył na
Goethkego.
-Nie wiem, jak na to zareaguje kapitan, - wrzeszczał na Niemca, mierząc w niego palcem wskazującym - ale ja natychmiast
po powrocie złożę admirałowi Raynorowi raport a pańskiej niesubordynacji i poproszę o przydzielenie kogoś innego w pana
miejsce, kapralu! A następnym razem proszę wykonywać rozkazy kapitana i moje bez żadnych dyskusji! Czy to jasne!?
-Dorzuć mu jeszcze setkę pompek, Tim. - roześmiał się Jason. Roberts rzadko się unosił, ale gdy już mu się to zdarzyło, efekt
był piorunujący. Jason wiedział, że porucznik nie napisze żadnego raportu, więc nie oponował. Zwłaszcza, że przyjemnie było
mu popatrzeć na bladego ze zdenerwowania Goethkego. Także Gonsalesowi się dostało. Tiffany podeszła do niego i palnęła
go w tył głowy.
-Co ty sobie wyobrażałeś, głupku? Gdyby to bydlę urwało ci jaja, nawet restoration nic by nie pomogło.
-A moje jaja są dla ciebie takie cenne? - spytał z uśmiechem Hector. Dziewczyna machnęła na niego ręką.
-Dobra, wygląda na to, że nikt nie jest ranny, więc idziemy. - wydał polecenie Jason. - Skoro są tu zergowie, musimy się
spieszyć, jeśli chcemy pomóc tamtej czwórce.
Wszyscy bez dyskusji zajęli ustalone miejsca w szeregu i ruszyli dalej. Donahey jeszcze tylko kątem oka spojrzał na
miejsce, gdzie okopał się lurker.
-Nie do wiary, jak taka bestia potrafi się ukryć nie zostawiając żadnych śladów. - mruknął nie wiadomo czy do siebie, czy do
kogoś z grupy. - Gdyby schował się na zewnątrz, gdzie podłogą nie trzęsie... - wolał w ogóle nie kończyć zdania.
Poruszali się teraz nieco wolniej, cały czas gotowi do ucieczki w jakieś boczne pomieszczenie, w razie gdyby jakiś drobiazg
zasygnalizował zagrożenie. W końcu jednak dotarli do samotnych drzwi na końcu jednego z korytarzy z dużym czerwonym
napisem "ADMIRAŁ GERARD DUGALLE" nad nimi. Były lekko uchylone.
-Burt. - szepnął do Wilkinsa leBlance. - Otwórz je a ja jakby co przypiekę co trzeba.
Francuz stanął naprzeciwko drzwi i snajper szybkim ruchem otworzył je na oścież. Dwa kilkudziesięciocentymetrowe,
sześcionogie stwory przypominające kształtem tułowia pijawki natychmiast rzuciły się w stronę leBlance'a ale on był na to
gotowy. Jedna smuga ognia z miotacza wystarczyła, by się ich pozbyć. Jean przydeptał butem najpierw jednego, później
drugiego, po czym zwrócił się ponuro do reszty, cały czas obserwując wnętrze pokoju:
-Broodlingi.
Nie musiał dodawać nic poza tym. Wszyscy wiedzieli, co to oznaczało.
-Jest ich więcej? - spytał Rick z wyraźną trwogą w głosie. Jean ostrożnie wszedł do pomieszczenia i rozejrzał się dokładnie.
-Chyba nie. - odparł w końcu. Kapitan wszedł za nim i od razu spojrzał na sufit, w poszukiwaniu Królowej. W lewym górnym
rogu była mniej więcej kwadratowa dziura wielkości dwa na dwa metry. Pokazał ją reszcie.
-Pozostali trzej mogą jeszcze żyć. - dodał. Poe pokiwał głową.
-Mówię za siebie. - powiedział. - Chcę po nim iść.
-Jasna sprawa. - następny odezwał się Rick. - Piszę się pod tym.
-Chyba nie musi pan pytać, kapitanie. - stwierdził Hector. Roberts wzruszył ramionami.
-No to po co to niepotrzebne gadanie? - spytał. - Wilkins, leBlance. Chce któryś zostać?
-Raczej nie. - Burt wzruszył ramionami. - Chyba jesteśmy w stanie to zrobić.
-No dobrze, to zostałem jeszcze ja, ale to chyba logiczne, że nie będę się opierać. - odpowiedział rozwlekle Goethke. - Nie
mam zamiaru robić z siebie idioty po raz drugi.
-Cóż, my też możemy się przydać. - odezwała się Vanessa Breathart, druga obok Tiffany medyczka. - Choć nie twierdzę, że
się nie boimy.
-Wiem. I doceniam. - odparł kapitan, po czym na ustalonej wcześniej częstotliwości połączył się z Blaskovem.
-Iwan, jesteś tam?
-Tak, jestem. Mamy pakować się do środka?
-Nie. Zostańcie z Robertem gdzie stoicie. Jesteśmy teraz we wraku battlecruisera. Jon, Sam, Oliver i nowy zaginęli. Jeden z
nich nie żyje, ale nie wiemy który. Wchodzimy po nich na wyższy pokład. Wy bądźcie gotowi osłaniać nam odwrót, w razie
gdybyśmy musieli szybko zwiewać. Jeśli nie zjawimy się w ciągu dwóch godzin, wracajcie do transporterów i powiedzcie
admirałowi, że posterunek zajęli zergowie i że trzeba go szybko oczyścić, na przykład nukiem.
-Zergowie!? - Iwan omal się nie zakrztusił. - Cholera, kapitanie! Dużo ryzykujecie! Nie lepiej wezwać posiłków z bazy?
-Liczymy, że pozostała trójka jeszcze żyje. W pomieszczeniach na pokładzie cywilnym się na nich nie natknęliśmy, więc
mogą być tylko wyżej. Czekajcie dwie godziny, Iwan. Później wracajcie. Bez odbioru.
Po skończeniu rozmowy zwrócił się do reszty oddziału.
- No dobra, sufit jest na wysokości czterech metrów, podłoga to dodatkowe pół metra, a my musimy dostać się na górę. I
zróbmy to na tyle sprawnie, żeby ta pieprzona płachta nie zdążyła posłać w nas żadnej ze swoich trucizn, jeśli znajduje się
gdzieś w pobliżu.
-Jeśli ustawimy w rogu biurko, zyskamy koło metra. Półka z książkami jest za słaba, żeby kogokolwiek utrzymać. Zostaną
jeszcze trzy metry między stopami a otworem. - stwierdził Poe. - Żeby ktoś tam mógł wejść szybko i sprawnie, musimy go
podsadzić. Pytanie, kto to będzie? Jacyś ochotnicy?
-Hector. - zwrócił się do szeregowca Jason. - Tam na korytarzu dałeś niezły pokaz akrobatyki. Zaryzykujesz też tutaj?
Gonsales wzruszył ramionami.
-Ktoś musi.
-Dobra, przesuńmy to gówno. - zasugerował Rick podchodząc do biurka, po czym zepchnął monitor i klawiaturę na podłogę.
-Nie uszkodź dysku. - nakazał Zakowsky. - Jeśli należał do duGalle'a, możemy tam znaleźć kilka ciekawych rzeczy.
Donahey odłączył zasilanie, wyciągnął dysk i wrzucił go do plecaka. Resztę zrzucił.
-Ktoś mi pomoże z tym biurkiem? - skierował pytanie do pozostałych. - Sam go raczej nie przeniosę.
Z pomocą Gonsalesa, leBlance'a i Wilkinsa przesunął mebel w róg. Poe wszedł na niego i włączył trzymaną w ręku
znacznych rozmiarów latarkę. Skierował smugę światła w otwór.
-Dziura znajduje się pod jakimś kołem zębatym. - odezwał się do Gonsalesa. - Jest z osiem metrów nad podłogą. Nigdzie w
pobliżu nie ma żadnych ścian. To chyba fragment większej machinerii.
Zeskoczył z biurka i wyłączył latarkę.
-To mi wygląda na komorę silnika. - mówił dalej. - Taka komora ma 50 na 70 metrów powierzchni, do tego 20 wysokości i
nie zdziwiłbym się, gdyby była tam nie jedna a kilka Królowych, więc wypatrz sobie szybko jakiś bezpieczny punkt. Możesz
próbować sprawdzić teren sam albo od razu wciągnąć resztę.
-Zdecyduję, jak już będę na górze i ocenię sytuację. - poinformował Hector. - Kto mi pomoże wejść?
Wilkins i leBlance weszli na biurko i przykucnęli. Gonsales złapał Gaussa w jedną rękę i stanął im na barki. Drugą dłonią
chwycił krawędź dziury.
-Teraz. - szepnął do Burta i Jeana. Oboje stanęli na nogi i podrzucili jego stopy w górę. On sam pomógł sobie ręką. Wybił się
nawet trochę ponad podłogę piętra, szybko na niej jednak wylądował, od razu przykucając. Chwycił broń w obie ręce i
rozejrzał się na wszystkie strony. Komora była pogrążona w ciemnościach dlatego nie mógł dojrzeć ścian, ale gdzieniegdzie
dało się zauważyć przytwierdzone do podłogi grube stalowe słupy służące za podstawę dla kilkumetrowych zębatek,
wiszących nad jego głową.
Zarzucił karabin na plecy, po czym położył się na podłodze i opuścił obie ręce w dół.
-Właź tu któryś. - nakazał szeptem. Wciągnął Burta, później razem z nim leBlance'a, w końcu wszyscy znaleźli się na górze.
-Ciemno tu jak w dupie. - mruknął Poe niezadowolony, jak tylko dostał się na piętro, po czym sięgnął po wiszącą u pasa
latarkę.
-Zostaw. - także szepcząc powstrzymał go Jason. - Zergowie podobno nie widzą w ciemnościach, więc znajdźmy po prostu
drzwi wyjściowe bez niepotrzebnego zdradzania pozycji.
-Z tym, że my też nie widzimy. - stwierdził Stephen, ale zabrał rękę od paska. - Będziemy szukać wyjścia po omacku?
-Choćby - kapitan wzruszył ramionami. - Drzwi wyjściowe będą po tej samej stronie, co wejście do gabinetu duGalle'a, czyli
tam. - wskazał ręką wspomniany kierunek. - Tam też pójdziemy. W końcu trafimy na ścianę.
-Zgaduję, że ja idę przodem. - stwierdził Jean, na powrót biorąc w ręce miotacz, który musiał odwiesić na plecy w czasie
wchodzenia na górę. Jason skinieniem głowy potwierdził.
-Jeśli zauważysz coś choćby odrobinę podejrzanego, natychmiast daj znać. - dodał. - Poruszamy się w ustalonym szyku. A, i
Burt. Sprawdź w podczerwieni, czy nic nie widać w pobliżu.
Wilkins przyłożył oko do lunetki i rozejrzał się wokół siebie.
-Jest trochę jaśniejszych plam wokół, na podłodze - odezwał się, gdy skończył penetrację - ale to nie muszą być zergowie.
Wszędzie w koło są te cholerne snopy iskier, a one, jak pan wie, puszczają "zajączki" w podczerwieni. Pod sufitem
najwyraźniej coś krąży. Pewnie to ta Królowa, więc lepiej zmywajmy się stąd jak najszybciej.
Jason pokiwał głową potwierdzająco, po czym skinął przed siebie.
-Idziemy, Jean.
LeBlance poruszał się wolnym krokiem, rozglądając się wkoło w poszukiwaniu najdrobniejszego ruchu. To samo robił
idący koło niego dowódca i dwójka pilnująca tyłów. Żołnierze ulokowani w środku grupy obserwowali powietrze nad
głowami. Po krótkiej chwili bez przeszkód dotarli do drzwi; trzymetrowej zbrojonej blachy wciśniętej w jednolitą szarą ścianę.
Francuz nacisnął na klamkę, wzdychając przy tym z ulgą:
-Kupa strachu o nic. - stwierdził, otwierając wyjście z komory. Odwrócił się przy tym do tyłu, nie patrząc przed siebie i to był
błąd. Pisk, rozlegający się z korytarza, i dwie pary pazurów przebijające lekki pancerz i raniące klatkę piersiową dały mu do
zrozumienia, że to wyjście wcale nie oznacza końca zagrożenia. Impet, z jakim uderzyło w niego wrogie stworzenie,
przewrócił oboje na podłogę. Już padając na powrót obrócił głowę i teraz patrzał prosto na śliniącą się paszczę zerglinga.
-Nie ruszaj się. - huknął Zakowsky, natychmiast do niego doskoczył i potężnym kopnięciem odrzucił "pieska" jakieś dwa
metry dalej.
-Stephen. - ponownie krzyknął kapitan. Poe natychmiast posłał dwa naboje w ogłuszonego zerga. Stworowi dosłownie
rozerwało klatkę piersiową, rozrzucając strzępki wnętrzności na podłogę. Jason nawet nie spojrzał w tamtą stronę.
Odbezpieczył półautomat i skierował lufę w kierunku korytarza. Dwa kolejne zerglingi wpadły do komory zaraz za
pierwszym. Zakowsky słyszał odgłos rozwieranej podłogi także za swoimi plecami, nawet w kilku miejscach, ale skupił się na
celach przed sobą. Nie zamierzał wdawać się w starcie z każdym wrogim stworem na pokładzie. Wystarczyło oczyścić
korytarz i wynieść się z niebezpiecznego wnętrza. LeBlance podniósł się już na nogi i skierował wiązkę płomieni w jednego z
kundli, Jason posłał serię w oczy drugiego. Za plecami słyszał strzały, dające do zrozumienia, że reszta oddziału także nie
próżnowała. W całym tym hałasie udało mu się wychwycić charakterystyczny, niski skrzek dobiegający spod sufitu. Królowa
pikowała w ich kierunku.
-Wynosimy się stąd!!! - ryknął, długimi susami wparowując do korytarza. - Migiem!!!
Nie zatrzymał się od razu, gdy wydostał się z komory, zostawiając dość miejsca dla pozostałych. Gdy wreszcie stanął i
odwrócił się, zamykający grupę Goethke wbiegł właśnie do tunelu i zatrzasnął drzwi za sobą. W ułamek sekundy później
pierwsza para szponów uderzyła w nie z drugiej strony. Jason spojrzał po nich.
-Miło widzieć, że chociaż raz wszyscy zrobili dokładnie to, co rozkazałem. - stwierdził, zorientowawszy się, że wszyscy są. -
Tiff, Vanessa, zajmijcie się rannymi.
-Ale powinniśmy zabrać ciężkie pancerze. - mruknął LeBlance, patrząc na poczerwieniałe rysy na klatce piersiowej.
-Chciałbym zobaczyć, jak robisz dyskretny zwiad w CMC-300. - parsknął Jason, mimo woli. - Nie smuć się, Vanessa załata
cię zawodowo.
Odwrócił się w drugą stronę, chcąc sprawdzić, gdzie dokładnie się dostali. Korytarz był zdecydowanie węższy niż ten
piętro niżej. Dwójka normalnie zbudowanych mężczyzn musiałaby się tu przeciskać, żeby móc przejść obok siebie. Ściany,
podłoga ani sufit nie były w żaden sposób uatrakcyjnione; miały swój normalny, matowy szary kolor. Dwadzieścia metrów
dalej kończył się podziałem na prawą i lewą odnogę, na widocznym odcinku znajdywała się jedna para drzwi rozłożonych
przeciwlegle na obu ścianach.
-Stephen, Jean, Rick, jak dziewczyny skończą z wami, sprawdźcie pokój po lewej. - wydał polecenie po skończeniu przeglądu.
- Goethke, Burt i Hector prawy. Naturalnie maksymalna ostrożność, tutaj spotkanie z zergami nie jest możliwe, tylko bardzo
prawdopodobne.
Zabiegi medyczek trwały jeszcze chwilę. Druga grupa była gotowa szybciej, ale odczekali na resztę, żeby zgrać się w
czasie. Przy obu wejściach dwójka stawała z boków a trzeci otwierał je kopniakiem. Z jednego z pomieszczeń wyskoczył
zergling, ale tym razem byli na to spotkanie przygotowani i seria w łeb powaliła go na ziemię nim doskoczył do celu. Drugie
było puste.
-To magazyny, szefie. - poinformował Hector. - Sporych rozmiarów zresztą. Leży tu kilka gigantycznych zębatek i innego
żelastwa. Ciekawe, jak oni to wszystko chcieli przenosić takimi wąskimi korytarzami?
-W środku są osobne przejścia do głównej komory. - stwierdził Poe. - Będziemy musieli jakoś zablokować drzwi, żeby mieć
pewność, że nie ruszą za nami. Najlepiej byłoby zaspawać. - spojrzał w kierunku leBlance'a. - Myślę, że odpowiednio użyty
miotacz ognia da sobie z tym radę.
Jean zasalutował niedbale.
-Ta jest. - odpowiedział kapralowi i zabrał się za zabezpieczanie wszystkich wejść. Zajęło mu to kilka minut, po czym oddział
ruszył dalej. Krążyli po kolejnych odnogach i sprawdzali pomieszczenie po pomieszczeniu, ale wszystko to były jedynie
kajuty kolejnych mechaników i mało znaczących inżynierów. Zaczynali powoli tracić nadzieję, gdy wreszcie stanęli przed
potężnymi podwójnymi drzwiami. Były mechanicznie rozsuwane i zdecydowanie wyróżniały się pomiędzy pozostałymi na
tym poziomie.
-Tim - zwrócił się do porucznika Zakowsky - orientujesz się, co jest po drugiej stronie?
-Filtry. - odparł Roberts po chwili zastanowienia. - Wody i powietrza.
Jason podszedł do zamka. Podświetlacz pulpitu był zgaszony i wyglądało na to, że urządzenie nie działa.
-Goethke. Byłbyś w stanie to uruchomić? - spytał. Niemiec podszedł do pulpitu i wyciągnął narzędzia z torby na plecach.
-To może zająć chwilę, sir, ale chyba tak.
-Dobra. - Jason odwrócił się do pozostałych. - Oczywiście moglibyśmy próbować otworzyć to manualnie, ale nie wiemy, co
jest po drugiej stronie, więc lepiej byłoby wszystkie ręce mieć na broni. Kapral, gdy już rozpracuje zamek, będzie otwierać.
Rick, ty go osłaniasz.
-Gotowe, dowódco. - oświadczył Niemiec. - Mam rozsuwać?
Kapitan potwierdził skinieniem głowy i kilkoma gestami wyznaczył pozycję reszcie oddziału a gdy ludzie już się
rozstawili, Goethke wybrał odpowiedni przycisk z panelu. Zapaliła się zielona lampka i z cichym szumem drzwi zaczęły się
rozsuwać. Od razu ze środka uderzył silny, charakterystyczny zapach, jak obornik połączony z kwitnącą wodą.
-Creep. - syknął Donahey. Ruchem głowy Zakowsky potwierdził, że poczuł. Nie było jeszcze widać wnętrza komory, ale
dobiegł ich zgrzyt, jakby drapanie pazurami o metal. Kapitanowi zaczęły lekko pocić się dłonie. Zacisnął je mocniej na broni i
uniósł ją nieco. Drzwi nadal powoli się otwierały. W środku panował głęboki mrok, który tylko nieznacznie rozjaśniały
przygaszone, nieustannie mrugające światła z korytarza. Dało się jednak dostrzec zarysy potężnych rur tłoczących niezbędne
do życia środki. Zwisały z nich fioletowe pasma plazmy. Zgrzyt wewnątrz ponownie się rozległ. Był teraz jakby podwojony,
ale nie można było dokładnie określić, czy naprawdę było to kilka drapnięć, czy tylko akustyka pomieszczenia zwielokrotniła
dźwięk. Był też jakby trochę głośniejszy. Drzwi w końcu przemierzyły całą drogę i uderzając o wnętrze koleiny zatrzymały
się. Serią gestów Jason wydał kolejne komendy. Jean i Rick wpadli do środka i od razu przylgnęli do wewnętrznych ścian.
Dali znak kolejnej dwójce. Burt z Hectorem wparowali kilka kroków w głąb i przykucnęli na podłodze, mierząc wnętrze
pomieszczenia swoimi broniami; Wilkins shotgunem a Gonsales impalerem. Za nimi w komorze znaleźli się kaprale, za ich
plecami kapitan i porucznik a na samym końcu medyczki.
Jason, gdy już był w środku, raz jeszcze starał się przyjrzeć zawartości wnętrza. Teraz mógł dojrzeć trochę więcej
szczegółów. Główne rury, o prawie pięciometrowej średnicy, na znacznej długości ciągnęły się tuż nad podłogą. W różnych
miejscach wznosiły się do góry i znikały w suficie a od ich ścianek odchodziły mniejsze, rozdysponowujące tlen i wodę na
konkretne pomieszczenia. Przewody łączyły i przeplatały się ze sobą, tworząc istny labirynt. Pomiędzy nimi tu i ówdzie dało
się dostrzec fioletowe wstęgi.
-Tak długo, jak długo nie będzie to konieczne, starajcie się nie używać latarek. - wydał szeptem komendę. -Burt, ile czasu
będziesz w stanie robić skan w podczerwieni?
-Ładowałem baterię wczoraj wieczorem, ale to cholernie szybko żre energię. - odparł szeregowiec. - Myślę, że jeszcze przez
trochę ponad pół godziny.
-Wystarczy spokojnie, - stwierdził Zakowsky - cały czas skanuj pomieszczenie.
-Chyba jestem w stanie to zrobić. - zgodził się Wilkins i uniósł lunetkę do oka. - Kurwa.
-Co jest? - spytał kapitan zaniepokojony. Burt nie miał w zwyczaju kląć bez powodu.
-Te rury. Wygląda na to, że pompy ciągle pracują. I wydzielają ciepło.
-No trudno. W takim razie nie marnuj baterii. - zdecydował Jason. - Po prostu będziemy musieli bardziej się pilnować. Na
razie trzymajcie się ściany po lewej.
Jean i Rick natychmiast przystąpili do wykonywania polecenia. Posuwali się wzdłuż niej w dość szybkim tempie, a reszta
osłaniała ich z boku. Francuz zatrzymał się nagle po minięciu kolejnej rury.
-LeBlance? - pytającym tonem zwrócił się do niego Roberts. - Co się dzieje?
-Wydaje mi się, że coś się tam rusza. - odszepnął firebat unosząc miotacz ognia w pozycji gotowej do użycia.
Rick uniósł Gaussa i wymierzył go w tym samym kierunku, w którym mierzył Jean.
-Wygląda, jakby to miało drgawki. Podryguje rytmicznie... O, cholera! - odezwał się zbyt głośno. Przed nim rozległ się skrzek
zerglinga i "piesek" ruszył na niego.
-Jean... - nerwowo mruknął do Francuza.
(...)
Ciąg Dlaszy Nastąpi...
(Druga częśc także niczego sobie, nie? ;P. Czekamy na trzecią część (tzn. wy czekacie, ja już całość przeczytałem ;D) !!! PS - sorki za formatowanie, ale tak już ten text dostałem i naprawde nie miałem czasu aby to ręcznie poprawiać... - dop. Don Alfredo)
Pjotrus