.................|B i u l e t y n|........
..........................|F i l m o w y|.


spis treści | poprzednia strona | następna strona


|Polemiki by military|

Witam czytelników i jednocześnie mam zaszczyt zaprezentować polemik część kolejną. Jest to numer łączony - jako, że dwa numery temu zbyt mało było filmów które widziałem, co należy czytać jako "zbyt mało filmów które mi się nie podobały". Jednakowoż oto macie przed sobą super-combo, czyli "jasięniezgadzam" z dwóch ostatnich numerów.

Niechaj na pierwszy ogień pójdzie "Dzień świra" - film tyleż zachwalany, co przereklamowany. Krytyka pieje z zachwytu, masowo są (były) drukowane wywiady z imć Koterskim, a na dodatek ludzie uważają, że oto zstąpił z niebios sam Najwyższy i dał im upragnione objawienie. Otóż - nie.
Pierwsze, z czym się nie zgadzam, to to, iż DŚ prezentuje naszą, polską rzeczywistość. Owszem - rozgrywa się m.in. w blokowisku, bohaterem jest "zwyczajny" człowiek, lecz... To wszystko jest do absurdu wyolbrzymione. Rzeczywistość jest niczym w "Kiepskich" - przedstawiono jej odbicie w krzywym zwierciadle. Bohaterowie (WSZYSCY!!!) są chamscy, irytujący, wredni - tak przynajmniej odbiera ich Adaś, pierwszy heros opowieści. Czy jednak subiektywna ocena świata, dokonana przez niezbyt zdrowego na umyśle człeka, może być jego właściwym obrazem?
Jednak subiektywizm reżysera nie jest zły sam w sobie - denerwujący jest sposób jego ukazania. Na początku nic mi nie przeszkadzało; dziwne zachowania Miauczyńskiego tylko podkreślały jego odmienność. Lecz w miarę upływu czasu ciekawą wizję rzeczywistości zasłonił pseudokomediowy, niby-parodystyczny ciąg obrazów. Obrazów - fakt - ośmieszających Polskę i Polaków, wytykających ich wady, lecz robiących to w prosty - by nie rzec: prostacki - sposób. Kiedy tylko Adaś wsiada do pociągu, reżyser zaczyna w najłatwiejszy sposób wytykać ludzkie wady - niczym przedrzeźniające dziecko naśladuje plotki młodych dziewczyn czy grę w karty górników. Nie wspominając już o żenującej scenie z rozrywaną przez polityków, krwawiącą polską flagą. Toż to żenada kompletna - kicz totalny, w najłatwiejszy sposób przekazujący to, co reżyser chciał przekazać, a jednocześnie ukryć przesłanie za poetycką maską. Jednak do Słowackiego Koterskiemu brakuje, i to sporo.
Napomknę jeszcze o bezzasadnym nadużywaniu przekleństw... Wierzę, iż film niewiele by stracił, gdyby odpuszczono sobie połowę "kurew". Pominę już takie aspekty jak słabe zdjęcia, bo leżącego się nie kopie. Moja ocena: 3\10.

"Ucznia szatana" Winix wychwalał pod niebiosa. Tymczasem ten oparty na opowiadaniu Kinga dramat psychologiczny okazał się nie tyle nieodkrywczy, co... nudny. Na nic wspaniałe aktorstwo, a dobrze rozplanowana oprawa trafia w próżnię kiedy podczas seansu oczy zamykają się bezwolnie. Bohaterowie nie wywołują w widzu żadnych, ale to żadnych emocji - pogrążający się w szaleństwie chłopak jest na tyle tylko przekonujący, żeby podnieść brew myśląc "o!" w jednej ze scen, a podstarzały esesman ani straszy, ani śmieszy, ani wywołuje politowanie. A szkoda, bo zasadniczo gra aktorska jest dobra, fabuła też... Zabrakło jakichś emocji... 5\10

"Bruce wszechmogący" - i zawód na całej linii. Z dobrego pomysłu pozostały popłuczyny. Wszak historia człowieka z boską mocą wręcz błaga o akcję dziejącą się na wszelakich szerokościach geograficznych (coś jak w "Bedazzled") {a mnie to w "Bedazzled" denerwowało, szczerze mówiąc... :) - dop. G.} - a tymczasem wszystko zamyka się w małym miasteczku, jakby żywcem wyjętym z "Truman Show". Żeby choć zadbano o zabawne gagi - wszak film to komedia z założenia - nawet nie zwróciłbym uwagi na klaustrofobiczność... Lecz pośmiać się można z jednej (słownie: JEDNEJ) sceny. Reszta jest albo kalką innych filmów (nieudolną), albo prezentuje poziom bliski gruntu (np. małpa wyskakująca z tyłka). I nawet Carrey wygląda na niezbyt chętnego do grania w tymże dziele - lubię tego aktora, bo i rozśmieszyć potrafi, i zagrać dramatycznie (wspomniany już "Truman Show"), a obie rzeczy robi z niedoścignioną energią; wręcz szaleje na planie. A tutaj...? Jakby utracił siły wszelakie - stoi w miejscu i nawet te jego miny nie wychodzą tak, jak kiedyś.
Najbardziej jednak rozczarowuje końcówka, w której film zmienia się w niskich lotów obyczaj, gdzie zaprezentowano rozterki duchowo-miłosne takiego "zwyczajnego Supermana". Jeśli dodać po tysiąckroć stosowany banał z wyrzuconym i odnalezionym w punkcie kulminacyjnym naszyjnikiem (czy co to tam było), wyjdzie jedna właściwa ocena: 5\10.
(P.S. - Gregoriusie, w "Piekielnej głębi" ośmieszył się Samuel L. Jackson, a nie Freeman.) {Racja! Biję się w pierś i przepraszam za wprowadzenie w błąd. Widać muszę mniej jajek jeść ;) - dop. G.}

W pełni zgadzam się z recenzją "Czarnego rycerza" - film bawi do łez - więc przejdźmy do "Stary, gdzie moja bryka?", który powinien zwać się "W poszukiwaniu straconego czasu". Dlaczego? Bowiem po seansie szukałem pod fotelem, w kieszeniach, w plecaku nawet - lecz nigdzie tych dwóch ukradzionych mi bezczelnie godzin życia nie odnalazłem. Wiedzcie, iż to czas niezmiernie długi i ważny - wszak mogłem wtedy np. postukać głową o ścianę, czy też zrobić COKOLWIEK, a byłaby to rzecz bardziej pożyteczna od oglądania tego antydzieła. Idiotyczny pomysł, beznadziejne "dialogi" ("shibby" - główna odzywka głównych bohaterów), nieśmieszny, a raczej zawstydzający rozwój akcji, będący podobno parodią znanych filmów (dziwne, nie zauważyłem)... Jeno muzyka jakiś tam poziom trzymała. Dlatego też - jest 2\10. (Żeby nie było: parodie lubię, nawet bardzo, ale tylko te dobre - typu "Strzelając śmiechem" - rewelacyjne swoją drogą - "Naga broń", czy jej genialny pierwowzór, serial "Police Squad". {Ciekawe, ile osób, z tych młodszych oczywiście, pamięta tenże serial? Gdy puszczali go na dwójce bodaj ja sam byłem raczej "niezbyt dorosły". Ale bawiłem się świetnie :) - dop. G.})

Co do "Terminatora 3": z początku film mnie rozśmieszył (ale to było zamierzone - scena w klubie ze striptizem), lecz następnie znudził niesamowicie. Wgapiałem się w ekran i myślałem: "no i co z tego?". Jedzie robot samochodem, goni go inny robot, i auta się zderzają, i są wybuchy. Ale PO CO JA TO OGLĄDAM?
Jednak...
Jednak...
Z biegiem czasu...
Nawet nie zdążyłem zauważyć, kiedy siedziałem w filmie po uszy. W pewnym momencie, w czasie jednej z niewielu przerw w akcji, ze zdumieniem spostrzegłem iż T3 to TYLKO film. Że Connor i T-800 to wyłącznie postaci z ekranu. A przecież są tak realni...
Tak, film wywołuje emocje, i to ogromne. Ogląda się go z wypiekami na twarzy - a zasługa to konsekwentnie rozwijanej fabuły, która jest skrajnie pesymistyczna i wprowadza w ponury nastrój. Nawet pomimo licznych dowcipów klimat jest ciężki jak w krematorium, a my wiemy, że mimo starań bohaterów, Dnia Sądu nie da się uniknąć... Lecz zawsze jest iskra nadziei.
Cześć i chwała twórcom T3 za tak nietypowe podejście do sequela, i za inwencję, i za przesłanie (w filmie hollywoodzkim!!!), i za ogrom innych rzeczy... {I gdzie tam drugiemu Matrixowi do nowego Terminatora... - wybaczcie, nie byłbym sobą gdybym tego nie dopisał :) - G.}
9+\10

"Titanic"... Nie, daruję sobie, bo słowa jakie rzekłbym gorzkimi byłyby i byłyby gorzkimi. Zatem...

Do następnego razu!

military


|strona 13|