Marek Utkin - "Technomagia i smoki"

Pewnego dnia poszedłem zapisać się do nowej (dla mnie bynajmniej - nowa jakby jakoś nie jest i nie będzie) biblioteki. W Żyrardowie, jeśliby ktoś pytał. Takie zadupie, gdzie diabeł nie mówi "dobranoc", albowiem nie wie, że takie miasto istnieje. Wchodzę przez drzwi. Widzę miłą bibliotekarkę, która na mój widok zrobiła taką minę jak gdyby zobaczyła, że niosę dla niej czek na wygraną miliona dolarów.

- Pan nowy? - zapytała, chyba po to tylko by podkreślić swój niezwykle wymowny uśmiech.

Zarejestrowawszy się (co wcale nie było tak łatwe i proste, jak być powinno - wśród potrzebnych dupereli było m.in. zaświadczenie o zarobkach obydwojga rodziców itd.) zacząłem oglądać dostępne książki fantastyczne. Nie było ich znowu tyle (łącznie jeden malutki regalik, a cała biblioteka miała dwa piętra!) Było coś Ursuli K. Le Guin. Miałem już to wziąć, gdy bibliotekarka, ot tak, z ciekawości wypytywać mnie jęła o moje ulubione książki. Opowiedziawszy jej, ta odwróciła się i wyjęła z biurka tytułową książkę.

- Masz - dodała - powinno ci się podobać. A że mamy te same gusta...

Tak więc wiadomo skąd ten utwór wytrzasnąłem. Nie od Teda!
"Pewnego dnia..." - podobnie jak nagłówek zaczyna się nowa książka nowego, polskiego autora. Bardzo klasycznie, stereotypowo i nudnie, zauważycie na pewno. Jednak jak złudne mogą się okazać przypuszczenia. Tytuł jest jeszcze gorszy i muszę przyznać, że gdybym widział jakąś książkę z takim właśnie tytułem z pewnością bym jej nie kupił. Aaa... Co do tego, to nie mam żadnych wątpliwości. Kiedyś, będąc w jakiejś księgarni (nie powiem jakiej, gdyż podanie nazwy własnej stanowiłoby zawarcie w tekście kryptoreklamy, za którą i tak nie dostałbym złamanego grosza. Znając zaś moje przyzwyczajenie do krytykowania wszystkiego co wpadnie mi w oko, ta kryptoreklama zmieniłaby się szybciutko w antyreklamę, za którą pewnie bym musiał płacić JA) kupiłem sobie parę interesujących mnie książek, przejrzanych pobieżnie. Wróciłem do domu, zacząłem czytać i co? I nico. Książka nadawała się do czytania przy kołysce cholerycznemu dziecku. I ono by w końcu usnęło. Nie mam po prostu do zakupów szczęścia.
Główny bohater, występujący w pierwszej osobie l. Pojedynczej (sorry za te "nowości", nigdy nie zawracałem głowy szanownym czytelnikom takimi głupotkami, ale czas najwyższy)[Nie wiem czemu. Co to wypracowanie? - dop.Ted] został przeniesiony w tajemniczy sposób ze świata naszego do takiego, gdzie, jak tytuł mówi, panuje technomagia (odwrotność nauki i techniki w jednym) i smoki.
Ogólnie rzecz biorąc pomysł zły to nie jest, ale taki doskonały to też. Mi tam się bez przerwy wydawało, że ekranizację podobnego oglądałem kiedyś w telewizji. Po przeczytaniu zaś dochodzę do wniosku, że nie jest to bezpodstawne. Można wszakże uznać iż utwór ten to parodia tych właśnie filmów (tak mi się początkowo wydawało). Byłoby w tym trochę nawet racji. Wszechobecny humor dokańcza sprawę. Chociaż humor to takie lekkie określenie. Ja jako osoba (nie będę ukrywał) humorystyczna, spadałem z łóżka przy czytaniu chyba z razy dwadzieścia. A gdy po raz wtóry nastąpiło określenie "filcowania blachy na zimno" w odniesieniu do głowy naszego bohatera, również ze śmiechu zleciałem. Na szczęście wcześniej położyłem na ziemi kilka poduszek. Niewątpliwie Marek Utkin do tzw. flegmatycznych i nudnych ludzi nie należy. Jego zaś poczucie humoru tak przypadło mi do gustu, że chyba jeszcze raz książkę tę przeczytam.
A, tu was mam! To nie jest jeszcze koniec! A gdzie refleksja ogólna i polecanie? Chyba niżej, jeżeli się nie mylę.
Język, którym posługiwał się bohater, zarówno w dialogach i opisach, jest bardzo ciekawy i kolorowy. Nomen omen, czyta się piorunująco szybko. Chwalipiętą chyba jestem. Bez przerwy chcę zauważyć czas, jaki czytałem i się przy tym chwalić. Mniejsza o to! Czytałem cztery dni (może dla niektórych, którzy tekst ten czytają cztery dni to czas na przeczytanie dwóch takich książek, ale podług mojej klasy, to wątpię by ktoś wyrobił się przed miesiącem:)), a "Technomagia i Smoki" ma prawie pięćset stron. Wcale nieźle. Ale to były wakacje. To dzięki temu.
Muszę przyznać, że dopiero po przeczytaniu tego dzieła dowiedziałem jak wywołać spięcie, czyli wyłączyć ogrodzenie pod wysokim napięciem. W szkole od lat czterech mam fizykę, od lat dwóch technikę i jakoś nikt nie pofatygował się o zapoznanie nas z tak przydatną umiejętnością. Ponadto jest to przecież fantastyka z krwi i kości. Gdzie tu więc elektronika? Cuda ludzie! Cuda! Przyjdźta i kupujcie! Tylko tutaj! Tylko tutaj! Dla ciekawskich podpowiem, że potrzebny będzie tylko prawdziwy miecz i szklanka wody. Co by tu jeszcze? Może zostawmy laury w spokoju. Czas na drugą stronę medalu. Właściwie medal ten powinien mieć wygląd stożka by odwzorować ilość negatywnych punktów w postaci czubka. Co mnie zirytowało? Statystycznie rzecz biorąc to nic. Panujący nastrój usuwał z pamięci wszystkie ubytki czy braki fabularne (a było ich parę, mało widocznych oczywiście). Jednak sam koniec, gdy główny bohater spotkał Asnath (chyba tak, nie pamiętam) strasznie przypominał o prawdopodobnym użyciu Deus Ex Machina. Jednak nie mi o tym sądzić. Być może fakt ten potrzebny był autorowi do następnych (tak, macie rację!) części.
Byłbym zapomniał. Książka ta polecana jest przez... PAN! Polską Akademię Nauk! Gdy to ujrzałem na okładce z tyłu przetarłem oczy ze zdziwienia. Właściwie zmieniłem również podejście do tej Instytucji. Wydawało mi się, że jedyne co potrafią polecić to: "Antka", "Dzienniki Samuela Pepysa", czy "Dzieje nauki polskiej dla piromanów". Na koniec, podług moich wcześniejszych recenzji, polecę (nie, nie, bez skrzydeł!) i to bardzo (nie, nie do Honolulu) serdecznie tę książkę. Nie jest może jakaś tam ekstra ambitna jak te "Dzienniki Samuela Pepysa", które są nudne niczym flaki z olejem (i znowu. Czy ja przestanę kiedyś tego zwrotu używać?!), a także przykładem angielskiego erotyzmu (którego ze zdmuchniętą świeczką szukaj!), ale jako literatura lekka jest całkiem fajna.
Przeczytacie, ocenicie!



Peter