WYPOCINKI CIEMNEJ BLONDYNKI

Kiedyś, już bardzo dawno temu stwierdziłam, że jestem okropną egoistką... Wszystko co robię wynika z egoizmu, który przenika mnie na wskroś. Nawet jeśli pragnę zrobić coś bezinteresownie to i tak mam w tym własny interes. Jaki? Ano chociażby poprawienie własnej samooceny, jaka to ja jestem dobra i uczynna... Pragnienie aby inni postrzegali mnie jako prawdziwą altruistkę, zdolną do wyrzeczeń aby tylko pomóc bliźnim. Chyba nigdy nie zrobiłam niczego bezinteresownie, gdzieś w środku zawsze szepcze mi ironiczny głosik: Cóż za poświęcenie! Jakaż z Ciebie filantropka, chrześcijanka! I znowu kolejny raz przekonuję się o własnej niedoskonałości. Dla mnie najwyższym pragnieniem jest doskonałość duchowa. Świadomość, że tej doskonałości nie osiągnę dopiero niedawno stała się dla mnie możliwą do zaakceptowania. Tak wielki jest człowiek, a jednocześnie tak ograniczony. Czasem nawet nie zdaję sobie sprawy z tego jakich korzyści dla siebie oczekuję. Właśnie. Wciąż czegoś oczekuję. Od siebie, od innych.

Czy to ja jako jedyna jestem tak wielką egoistką? Czy inni również mają poczucie swoistego braku bezinteresowności? Nawet jeśli nie do końca jest sie tego świadomym....

Nie potrafię wyrazić tego słowami, ale rozmyślanie nad sensem i naturą ludzkiego życia, sprawia, że w jakiś sposób rozchylaja się moje horyzonty, jednak tylko na krótką chwilę, nie jestem w stanie zrozumieć więcej. Dążę do czegoś, czego nawet nie potrafię określić, żyję w przekonaniu o własnej wyjątkowości. Codzienne sprawy rodzą we mnie wyrzuty sumienia, że powinnam robić coś innego, coś ważnego, tylko co? Każdy człowiek jest wyjątkowy ze względu na swoją niepowtarzalność, więc dlaczego ja czuję się jakoś szczególnie wyróżniona? Czasem mam wrażenie, że jestem chora psychicznie i mam urojenia dotyczące własnej wyjątkowości. Cierpię, każdego dnia kiedy choć na chwilę przestaję zagłuszać swój wewnętrzny głos. Staram się cieszyć ze wszystkiego, z życia jakie przyszło mi prowadzić, a jednak wciąż czuję niedosyt. Pytam Boga, pytam za rzadko... Chcę wiedzieć jaką drogę dla mnie wybrał, chcę spełnić Jego wolę. Wątpię we wszystko i wracam jako skruszona grzesznica. Chcę być szczęśliwa na przekór sobie... Nie wiem co zrobić, co zmienić aby cieszyć się życiem. A jeśli naprawdę mam jakąś misję do spełnienia i nie wykorzystam szansy do końca życia wyrzucając to sobie? Powiecie: każdy mam misję. Pewnie to prawda, ale chyba nie każdy chce i potrafi to zrozumieć.

Dlaczego nie myślę jak moi rówieśnicy? Dlaczego największym problemem nie jest dla mnie dylemat dotyczący wyboru kreacji na imprezę? Chyba tak byłoby mi łatwiej, bez tych egzystencjalnych wątpliwości, bez strachu przed własnymi myślami.

Chciałam podzielić się z kimś cząstką mnie samej. Poprzez pisanie wyrażam siebie, swoje myśli… Nie wiem czy robię to jak poetka, czuję jedynie wręcz przymus pisania. Kiedy coś mnie zachwyci lub wzruszy to właśnie pisząc uzewnętrzniam swoje emocje.To wspaniałe uczucie, gdy chociaż w jakiejś części uda Ci się przelać na papier to, co czujesz. Niestety, zawsze czuję niedosyt, bo słowami nie da się wyrazić wszystkiego. Słowa to tylko narzędzie, wymyślone przez człowieka,aby mógł werbalizować swoje myśli i odczucia. Jednak są uczucia i przeżycia,których nie da się ubrać w słowa. Czując tą niemoc wyrażenia wszystkiego, czym chciałabym się podzielić i zrozumieć pojęłam, że tak naprawdę wszystko, co nas otacza, co jest dorobkiem człowieka ma na celu uporządkowanie świata, ma dać poczucie bezpieczeństwa, świadomość, tego, iż panujesz nad wszystkim. Weźmy zwykłą łyżeczkę, gdyby ktoś uczył mnie od małego, że to skarpetka to byłabym święcie przekonana, że tak jest. Depresja to też tylko słowo. Słowo, które ma dać człowiekowi poczucie kontroli. Przecież jakoś trzeba było to nazwać, określić ogólne zasady i objawy na podstawie, których będzie mnie można zdiagnozować. Tak naprawdę nie ma depresji czy szczęścia. To tylko słowa, każdy pacjent jest inną książką do psychiatrii. Każdy człowiek ma inną definicję szczęścia. Żyjemy w poukładanym przez kogoś świecie, z ustalonymi normami i zasadami, ale czy tak naprawdę jakiekolwiek ograniczenia istnieją? To my, ludzie je sobie nałożyliśmy. Nie potrafilibyśmy żyć w chaosie, trzeba było to jakoś poskładać. Spisać prawa, wymyślić zasady obowiązujące w fizyce, ustalić normy moralne i granice dobrego smaku.Czy religia, wiara to również nie obrona przed nieznanym? Wszystko umieliśmy sobie wytłumaczyć, ale nie to skąd wziął się świat, skoro jest tak idealny i niepojęty musiała go stworzyć istota wyższa. Ludzie muszą w coś wierzyć, chociażby w pieniądze czy UFO. Muszą mieć świadomość, że jest ktoś lub coś, kto steruje tym wszystkim. Ktoś, kto ma kontrolę. Pragniemy rozszyfrować wszystkie tajemnice. Tajemnicę życia i śmierci. Chcemy panować nad wszystkim, nad przyrodą, żywiołami.

Przychodzi jednak chwila, kiedy zdajesz sobie sprawę, że dalej już nie można. Twój umysł jest ograniczony. Skoro nie potrafisz znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania musi istnieć Ktoś, kto je zna. Poukładaliśmy, więc sobie nasz światek, nauczono nas myśleć schematami, a i tak nie panujemy nad wszystkim. Kiedy zdasz sobie sprawę z tego jak wiele możliwości daje Ci twój umysł, kiedy zaczniesz się zastanawiać i dochodzisz do miejsca w którym nie rozumiesz już nic czujesz strach przed potęgą własnych myśli i ogromny żal, że nie możesz pójść dalej. Jakże łatwo nie myśleć nie zastanawiać się, a może jakże trudno...! Mój umysł i moja świadomość to największe przekleństwo i największy dar jaki otrzymałam, spokój mogę osiągnąć jedynie po śmierci, wierzę, że wtedy rozwieją się moje wątpliwości, poznam PRAWDĘ. Czymkolwiek ona jest…

A może jestem po prostu zadufana w sobie? Uważam się za kogoś szczególnego będąc jedynie marnością. Męczą mnie moje pytania bez odpowiedzi, ten ból istnienia i bezsens. Nie umiem się uwolnić. Może nie chcę? Masochistyczna cierpiętnica. Uwięziona w klatce myśli. Nie chcę sie użalać (chociaż chyba to lubię, w jakiś sposób). Chciałabym zrozumieć. Wciąż szukam i za każdym razem kiedy wydaje mi się, że znalazłam pojawia sie nowy znak zapytania. Cierpię. Może na własne życzenie.

Vanitas

P.S.A słucham sobie Requiem Mozarta.Moje ukochane. Za każdym razem inne. Dzisiaj o 01.54 przy akompaniamencie szumiących drzew i chrapiącego czworonoga to zaledwie lekki szept pieszczący ucho poezją nut i głosów na cześć nocy.

P.S.II Dziwna jestem. I nawet na ironię się zebrać nnie mogę. To znaczy, że jest bardzo źle...

P.S.III Pewnie cosik jeszcze kiedyś skrobnę bo lubię. Może drobny surrealizm albo satyrka.

P.S.IV I może wtedy to puście. Zresztą chyba po prostu chcę żeby ktos to przeczytał.Terapia behawioralna? Może. Kurcze, naprawdę chory ze mnie żuczek, ale czy ktoś jest w stanie zdefiniować normalność bądź nienormalność?

P.S.V Latek mam siedemnaście. Piękny wiek, no może niekoniecznie...Ten wymuszony egzystencjalizm myślowo-werbalny...No i pryszcze na nosie...Ooo!! Ironizujemy! Czyżby się miało ku lepszemu?! Nadzieja... No właśnie...