SZUKAM DIABŁA

Pewnego upalnego sierpniowego dnia głowę opadły mi czarne myśli, tak
jak to mi się ostatnio często zdarza. Po prostu nagle zrobiło się źle,
poczułem że moje życie jest puste i nic nie warte, a kolejny dzień to
następne dwadzieścia cztery godziny męki, z zimnymi rękami, a czasem
paskudnymi bólami brzucha. Po przyjęciu owej myśli do wiadomości czym
prędzej ubrałem się i poszedłem do miasta. Spacery po Rzeszowie
działają na mnie dziwnie uspokajająco. A tego dnia nie wyszedłem ot tak
sobie. Tego dnia wyszedłem szukać diabła.

Do kieszeni wsadziłem sto złotych, czyli całą gotówkę jaką podówczas
miałem. Mogłem być pewny, że gdy wychodzę z domu w taki dzień jak
tamten, wydam przynajmniej połowę. I tak też się stało - w komisie
kupiłem dwie płyty: jedną R.E.M i jedną Dire Straits. Obie kapele cha-
rakteryzują się tym, że mają wspaniałych wokalistów,śpiewają w bardzo
optymistycznym tonie, a w ich utworach zakodowana jest potężna dawka
pozytywnej energii. Co prawda w stanie, w jakim byłem, odkodowywanie
owej energii przychodzi mi zazwyczaj piekielnie trudno, lecz oba krążki
stanowią świetny zakup na przyszłość, gdy będzie lepiej. Tak na margi-
nesie: nie zgadzam się ze stwierdzeniem że dołujących piosenek słucha-
my, by poczuć się gorzej. O nie, słuchamy ich by poczuć się lepiej.
Bo gdy to my sami jesteśmy totalnie zdołowani, nic z zewnątrz nie jest
w stanie pogrążyć nas jeszcze bardziej. Wtedy krańcowo smutne piosen-
ki wprawiają nas w pewien specyficzny błogostan. Czasem krzyczę wielkim
głosem w stronę niektórych wykonawców: "Po co wy to śpiewacie, wy tru-
jecie, torturujecie, męczycie, skończone buce i frustraty!". A czasem
to właśnie te skończone buce i frustraty potrafią pomóc jak nikt inny.

Tak więc, ciesząc się płytami, udałem się na dalsze poszukiwania dia-
bła. Odwiedziłem kilka sklepów w upominkami, obejrzałem różne małe ki-
czowatości w stylu szklanych czaszek, gumowych piesków, zapachowych
świeczek czy stalowych golasów. W pewnym momencie moja żądza znalezie-
nie diabła przygasła nieco, gdy naprzeciwko siebie kątem oka zauważyłem
głowę Lenina. Już zdążyłem się ucieszyć, gdy dotarło do mnie, że to
moja koszulka odbija się w lustrze. W tym, jak i w innych sklepikach
z pamiątkami, diabła nie było. Pogłówkowałem więc i poszedłem do skle-
pu z suwenirami ludowymi. Mogłem sobie pogratulować bystrości, bo dia-
błów było aż dwa. Posiadania wystarczającej ilości pieniędzy - siedmiu
dych za czarta na nartach nie mogłem sobie już pogratulować, więc wciąż
z pustymi (jeśli chodzi o diabły, bo przecież niosłem płyty) rękami
poczłapałem na 3-go Maja, główny deptak miasta, obejrzeć jeszcze kilka
sklepów. Okazało się jednak, że na Paniadze, tak jak i w innych częś-
ciach Rzeszowa panuje straszny diabli nieurodzaj. Jedyne diabełki jakie
można było dostać, były bliźniaczo podobne do aniołków, tyle tylko że
miały rogi. Zostało jeszcze sprawdzić w sklepie w którym wszystko jest
za 4.50. Gdy do niego szedłem, jakiś grający na akordeonie facet na
widok mojej koszulki powiedział ni to do mnie ni to w powietrze: "Sam
wiesz co masz myśleć, wyraź to!". Nie do końca człowieka zrozumiałem.
Zaczęło mi się wydawać, że słowami z Big Brothera chciał jakoś ukarać -
w swoim mniemaniu - szpanera, który wkłada modny wzorek. Wróciłem się
więc i wrzuciłem mu złotówkę ze słowami: "Ja po protsu lubię Ruskich".
Wtedy gość zaczał niemalże krzyczeć z radości, po czym wniosłem że
lubi ludzi którzy po prostu wyrażają coś innego, a jego poprzednie has-
ło było jednak znakiem uznania. Zrobiło mi się miło z powodu uznania,
ale brak diabła napawał jakąś frustracją. Poddawać się jednak nie myś-
lałem, ja nie z takich. Po powrocie do domu wynalazłem gdzieś w szafie
gazetę, o której pamiętałem, że były w niej obrazki diabłów. Wyciąłem
piekną różową bestyję z zawiniętym ogonem, po czym przystąpiłem do
realizacji planu, który urodził się w mojej głowie rankiem tamtego
dnia: gdy mianowicie robiłem porządki w pokoju, okazało się że między
segregatorami a płytami jest nieco wolnego miejsca, postanowiłem więc
to miejsce w jakiś fajny sposób zagospodarować. Dwie stare knigi opra-
wiłem w jeden arkusz papieru śniadaniowego, na grzbiecie w ten sposób
powstałego woluminu napisałem "Szczegóły", po czym wyciętego wcześniej
diabła przymocowałem do patyka i wetknąłem w książkę. Potem zostało już
tylko z zadowoleniem patrzeć, jak diabeł tkwi w szczegółach.

Donald
advocat@interia.pl

9-08-2003

A czy przestało być źle? Skąd, nie oszukujmy się. Nie przestało ani
trochę. Ale przynajmniej było śmiesznie.