pan_T.Aa.Rej
Komputer w Okolicy
No i stało się. Technika nam do Okolicy dotarła. Komputra, znaczy się,
mamy. A wszystko przez to, że Zydze, Kaziukowemu bratu, rodzinę odwiedzić
się zachciało. Po piętnastu latach! Jak zajechał, tak najpierw po Okolicy
się rozejrzał, dopiero potem do stołu zasiadł. I od razu, miast w pokoju
spożywać, za kretyke się bierze. Że niby źle jest, że za podstępem nie nadążamy.
I że jak on jeszcze okolicznem chłopakiem był, to lepiej było. Na pracę
każdy mógł liczyć, a i przemysł w Okolicy mieliśmy.
Jaki przemysł? Ano, Tatulo mi wspominał, że kiedyś, jak Sołtys był jeszcze
Towarzyszem Sołtysem, kapitał skądś pożyczył i fabrykę założył. Produkowali
my tam elektryczne spawarki podwodne. I zapędził wszystkich - czy kto chciał,
czy nie - do roboty. Te spawarki, to potem sprzedawali my do Związku Okolicznych
Okolic, w ramach wymiany barterowej, za obuwie. Uczciwie, jedna spawarka
za jeden but (lewy). Tamci, z ZOO, przerabiali te spawarki na latające
na uwięzi łodzie podwodne i wymieniali je z naszymi sąsiadami na pociągi
z piwem. Też uczciwie - pociąg za łódź. Tylko, że zapominali tych pociągów
odsyłać. Ale to pewnie od tego piwka pamięć im nie dopisywała? Po co naszym
- tym, co tak śmiesznie mówią - sąsiadom łodzie, skoro do morza mają dalej,
niż my, to nie wiem. Widocznie też je na coś przerabiali, bo nam przysyłali
kable. W zamian za te buty, bo oni same prawe mieli. Oczywiście, sprawiedliwie,
metr kabla za jeden but. My te druty na powrót nawijali na żelastwo i nowe
spawarki robili. I tak to jakoś działało, że każdy był zadowolony. Ludzie
pracę - czy kto chciał, czy nie - mieli, a Okolica potęgą w produkcji podwodnych
spawarek elektrycznych była. A wszystkim tym zajmował się Departament Uzupełniania
Potrzebnych Artykułów (co za nazwy dawniej mieliśmy w Okolicy*).
No, ale do tego komputra wracając. Jak Kaziuk na stół postawił, co miał
postawić, Zyga spróbował, zakąsił i dalej o technice gadać. Że dziś niby,
to cały świat na komputrach stoi i że bez tego ani rusz. W miarę czasu -
i spożycia Zyga rozgadywał się coraz bardziej o technice. Zachwalał toto
na wszystkie sposoby. Aż wyszło wreszcie szydło z worka. Okazało się, że
chce darowiznę na rzecz Kaziuka zrobić, by od podatku mieć co odliczyć.
Jakiś komputer chce bratu sprezentować. Kaziuk bronił się przed tym, jak
tylko mógł. Ale jak doszło do decydującej bitwy i Zyga najcięższe działa
wyciągnął - dwie sztuki Borewicza, to znaczy coś z żyta pakowane w 07 -
KIaziuk poległ. No, takim argumentom nikt by się nie oparł. Ale walczył
do końca, aż honorowo pod stół padł.
Miesiąc nie minął, a Zyga jak obiecał, tak zrobił. Komputra, znaczy się,
Kaziukowi przywiózł. Zmontował toto, ustawił, pokazał, jak włączyć i wyłączyć
i odjechał. No, jeszcze tylko Kaziuk papierka o odebraniu darowizny musiał
podpisać. A na wieczór pierwsze, publiczne uruchomienie zaplanował.
Zeszliśmy się na tę okoliczność wszyscy. Starsi w domu jeszcze się zmieścili,
ale co młodsi widokiem przez okno musieli się zadowolić, bo dom aż w szwach
od tłoku pękał. Tyle, że oglądać, to nie było czego. Ot, jakaś skrzynka,
stary telewizor i sam komputer. A ten maszynę do pisania przypominał, co
to kiedyś ją w Urzędzie Gminy widziałem, gdy tatulo mnie tam zabrał, bym
trochę ogłady łyknął. Tyle, że od tamtej maszyny mniejszy był. Ale, było
nie było, technika do przodu poszła, to i maszyny do pisania mogą być mniejsze.
Z początku naród jakieś śmichy-chichy se urządzał. Że niby jak takie
coś ma Kaziuka w pracy wyręczyć. Ja też żdziwiony, za końcówkami do dojarki
się rozglądałem, albo chociaż za jakimiś kółkami, by na pole toto wyjechać
mogło i do żniw się przyłożyło. Ale się okazało, że maszyna nie w dojeniu
ma pomóc, czy przy sianokosach, bo tego nie potrafi. Ale w najtrudniejszym,
w liczeniu podatku i KRUZ-u ma na odsiecz Kaziukowi wyruszyć. Wystarczy
niby jakiś program jej dać, jakimiś danymi nakarmić, coś tam ponaciskać
i - po paru godzinach mamy bezbłędny wynik. Zaraz ktoś zaczął kretykę, że
przecież Kaziuk ręcznie, z głowy, szybciej to zrobi. Ale go zgaszono, że
cimna tabaka jest i się na technice nie zna, że przecież za podstępem trza
nadążać.
A i dzieckom do szkoły się przyda, bo teraz jakiś dodatkowy przedmiot
tam wprowadzili. Informatyzacja się to nazywa. Z początku myśleliśmy, że
to przygotowanie do następnego spisu powszechnego, by dziecka nie bały się
spisowym kapować, co się po domach wyrabia. I by rząd informację miał, co
się w Okolicy dzieje. Bo w Okolicy, jak spis był, to wszyscy, z całem dobytkiem,
dziećmi i rogacizną, w las poszli, jak za niemca, a wcześniej za szweda
- co w księgach kościelnych proboszcz nam wyczytał - bywało. Ale okazało
się, że ta cała informatyzacja, to nauka o komputrach. By dziecka komputra
się nie bały. I start w szerokim świecie miały lepszy.
No, ale tymczasem Kaziuk od maszymy odsunąć się kazał, coś tam pomaistrował,
coś nacisnął i ją włączył. Z początku nic się nie działo, tylko na tym małym,
starym telewizorze najpierw ciemno się zrobiło, potem jasno, potem znowu
ciemno i znowu jasno. Aż jakiś napis się pokazał. I Kaziuk - operator sprzętu
mówi- że już, że włączone i działa. Wszyscy popatrzyli po sąsiadach, że
co niby, że tylko tyle? To Kaziuk swojego najstarszego, co to osiem lat
ma i juz od roku w szkole na komputrach się uczy, to w technice jest oblatany,
zawołał. Ten przyszed, to zaraz się okazało, że to pudełko obok telewizorka,
to jest szafka na różne rupiecie, co to ją w komplecie - w promocji pewnie
- do komputra dodają. Bo młody jakąś szufladkę w tym pudełku otworzył i
coś do środka schował. Jakąś płytę se-de, czy coś. Zaraz też muzykę włączył
i film-nie film się zaczął. Tam jakiś Rambo, czy inszy Terminator ze złymi
zaczął się naparzać. Tyle, że inaczej, niż w telewizorze. Bo tam Rambosiak
zawsze wygrywał, a tu różnie bywało. A młody tylko siedział i coś w maszynie
do pisania naciskał. Zaraz się wyjaśniło, że to się gra nazywa.
Jak to się skończyło, to nie wiem, bo Mnietek butelkę biopaliwa pod tytułem "Kwiat Młodzieży" otworzył
i zaczęliśmy o technice dyskutować. A że biopaliwo nam się szybko skończyło,
to poszliśmy "Pod Zardzewiały Pług" zapasy uzupełnić. Ja osobiście nie piję,
bo za młody jeszcze jestem, ale lubię słuchać, jak starsi dyskutują. Zawsze
człowiek może się czegoś nauczyć, nie?
Ostatnio Kaziuka spotkałem i pytam się, jak tam ten jego komputer, czy
przy robocie coś pomógł. Dobrze, że uskoczyć zdążyłem, bo jak się na mnie
nie zamachnie, jak z lewej mańki nie wywinie. I zaraz w krzyk, że żartów
mi się zachciewa. Ledwo go uspokoiłem, że nic nie wiem, bo na Okolicę dawno
nie wychodziłem, a to z powodu, że za grzybami po lesie całą jesień się
uganiałem. Na to Kaziuk posmutniał jakby i mówi, że na początku, to owszem,
maszyna mu pomogła, bo dziecka całe dnie przy niej siedziały i pod nogami
mu się nie kręciły, w robocie nie przeszkadzały. Ale jak wysyp w lesie się
zaczął, to od komputra ani ich oderwać. Do lasu nie było komu wyjść i w
tym roku Kaziuk o marnowanej, kulturalnej zakąsce może zapomnieć. Bo grzybki
marnowane to przeżytek, a komputer to technika. A za podstępem musiem nadążać.
* Nazwy, jak nazwy, ale jakie skróty!
człowiek strzela, a kowala powiesili