Ona i on: Syn

 

     Czasem gdy siedzę przed telewizorem i patrzę na te rozbite rodziny, w których ojciec znęca się nad resztą rodziny, kiedy widzę poturbowane żony i dzieci niejednokrotnie ogarnia mnie wściekłość. Bezsilna wściekłość, bo nic nie mogę zrobić. Ale myślę sobie: dlaczego osoby będące na miejscu nie podejmują żadnych działań? W takich rodzinach niejednokrotnie jest syn: nastolatek ze złamaną psychiką, który czuje się opiekunem rodzeństwa i matki, bądź też idąc śladem ojca powoli stacza się w dół... to niedobrze. Ale bez względu na jego wybór zawsze można zauważyć coś charakterystycznego: nienawiść do ojca, czasem jawną i nieukrywaną, czasem ukrytą pod płaszczem pozornego szacunku, który jest po prostu strachem. Jedni prowadzą ze swym ojcem wieczną wojnę, inni są cisi i niczego nie dają po sobie poznać. Czy tą chorą sytuację można jakoś zmienić? Można, zawsze jest jakieś rozwiązanie.  Lepsze lub gorsze, ale jest...

 

     Zbliżał się wieczór, a on siedział na wersalce w swoim pokoju i rozmyślał nad powoli kończącym się dniem. Nie był on dobry: dziewczyna go rzuciła, dowiedział się, że zawalił sprawdzian z chemii, w dodatku pokłócił się ze swoim najlepszym przyjacielem. To był jeden z tych dni, kiedy wszystko spada na człowieka jedno po drugim, aż w końcu to go przytłacza... wiedział, że sobie z tym poradzi, jeśli wytrzymywał w domu z ojcem-tyranem to nic go nie złamie. Każdy problem da się rozwiązać, nie znał czegoś takiego jak sytuacja bez wyjścia.

 

     Jego rozmyślania przerwał zgrzyt zamka. Spojrzał na zegarek: nie, to nie ojciec, za wcześnie, to pewnie jego starsza siostra. Nie mylił się. Wrócił do swych refleksji: zastanawiał się dlaczego to wszystko akurat jego spotyka, dlaczego nie może żyć w normalnej rodzinie i mieć normalne warunki do nauki... przecież to nie była jego wina, że zawalił ten sprawdzian. Gdyby miał możliwość uczenia się w spokoju na pewno by sobie poradził. Ale w przeddzień klasówki ojciec wrócił pijany. Jak zawsze zresztą, ale wtedy był w bojowym nastroju. Zaczął się drzeć, bić matkę, ciągnąć ją za włosy, poturbował także siostrę. A on nie zrobił nic. Po prostu siedział w swoim pokoju i słuchał. Pusta wściekłość wzbierała w nim, jednak nie motywowała go do działania. Cierpiał z powodu ich bólu, ale był bezradny, nie mógł przeciwstawić się ojcu, wiedział o tym, pamiętał do dziś jak oberwał, kiedy próbował coś zdziałać... złamany nos, połamane żebra i wstrząśnienie mózgu były wystarczającą argumentacją, aby zaprzestać jakichkolwiek prób zmienienia czegoś. Żył nadzieją, że pewnego dnia wszystko się odwróci, nie wiedział co takiego miałoby ulec zmianie, ale chciał, aby to wszystko wreszcie się skończyło, raz na zawsze. Wiedział też, że on również może coś zrobić, musi tylko być bardziej zdecydowany i pewny siebie niż ostatnio... jednak brakowało mu sił. Wściekłość rodziła bezsilność, a ta jeszcze większą wściekłość, która zżerała go od środka...

 

     Ponownie usłyszał zgrzyt zamka... To na pewno on. Ciekawe jak będzie dzisiaj...

 

     Wróciłem! – oznajmił chrapliwym głosem pan domu i pomaszerował chwiejnym krokiem do kuchni. Zagrzmiały dobrze znane słowa, słowa symbolizujące ból, strach i cierpienie: „Co tu robi ta herbata?! Chciałem kakao!” „Przepraszam kochanie” – tylko tyle zdążyła powiedzieć jego żona, zanim pięść spadła na jej twarz. Upadła na ziemię i zaczęła cicho łkać. Miała dość, więc trzeba zająć się córką: poszedł do jej pokoju i kazał dokończyć kolację. Ta ze łzami w oczach podreptała do kuchni i drżącą ręką zaczęła smarować chleb, pod czujnym okiem ojca. „Ale się grzebiesz” – powiedział, szarpnął ją za włosy, odciągnął, wyrwał jej nóż z ręki i ryknął: „A może zetnę ci włosy, to cię trochę zmotywuje do działania, jak sądzisz?!” Dziewczyna zaczęła płakać, wyrywać się, w pewnym momencie uklęknęła i zaczęła błagać go o litość... ten jednak nic sobie z tego nie robiąc zaczął odcinać jej włosy, używając do tego trzymanego w ręku noża. Nagle ktoś go zaatakował. Bez problemu zrzucił z siebie oprawcę. To była jego żona, teraz leżąca na ziemi, dysząca ze zmęczenia i patrząca na niego z nienawiścią. „To tak mi się odwdzięczasz za to, że utrzymuję ciebie i te wstrętne bachory?!” – wrzasnął i zamachnął się na nią nożem, którego końcówka gładko przecięła skórę na twarzy kobiety, pozostawiając za sobą krwawy ślad przebiegający po lewym policzku...

 

     Był czerwony z wściekłości. Wszystko się w nim gotowało, nie mógł dłużej słuchać krzyku matki i siostry. Wiedział, że albo coś zrobi, albo zwariuje. Widział oczami wyobraźni to, co musiało się tam dziać.  Już miał wstawać, już otwierał drzwi, lecz wtedy coś go zatrzymało... przypomniał sobie swoją zakrwawioną twarz, pobyt w szpitalu, ciągły ból głowy. Wspomnienia, które paraliżowały go i zabijały w zalążku każdą próbę buntu zatrzymały go i tym razem... wtedy usłyszał przeraźliwy wrzask matki i wybiegł z pokoju.

 

     Otworzył na oścież drzwi od kuchni i ujrzał ojca grożącego nożem leżącej na podłodze matce i siostrze. Podszedł do niego i odepchnął go. Nóż wypadł mu z ręki... od tej chwili działał jak maszyna: podniósł z podłogi nóż i wbił go w pierś ojca. Ten nagle zamilkł... wyciągnął nóż i zadał cios po raz drugi... a później jeszcze raz... i jeszcze... każde uderzenie przywoływało w nim coś na kształt satysfakcji, niewypowiedzianej radości z zemsty zadanej po tylu latach cierpienia... w końcu zapanował nad sobą, rzucił nóż i podszedł do leżących na podłodze kobiet, patrzących na niego szeroko otwartymi oczami. Pomógł im się podnieść i zabrał je do swojego pokoju, nie chciał aby patrzyły na leżące na podłodze ciało oraz powiększającą się kałużę krwi. „Teraz zapanuje spokój” – powiedział i przytulił je do siebie...

 

     Czekała na zmianę, ale nie wiedziała kiedy ona nadejdzie...

     Chciał skończyć ze sobą, ale mu się to nie udało...

     A on rozwiązał wszystkie ich problemy...

     Nie szukajcie morału.

 

Luke