[`] [`] [`] dla Marty



        



        Codziennie zbiera swoje żniwo, a my nawet tego nie widzimy. Patrzymy, ale nie widzimy. I dobrze. Nie można się przejmować każdą ofiarą śmierci, nikt nie ma na to sił. Co rusz słyszymy o zamachach, wypadkach, chorobach, samobójstwach, morderstwach... Dopiero gdy śmierć zabiera osobę z najbliższego otoczenia, zauważamy że coś jest nie tak i zatrzymujemy się. Jest to czas przemyśleń. I właśnie jestem w takim okresie.

         Zapewne większość z was o tym słyszała. Może nawet przejęliście się tym, ale jestem prawie pewien, że w chwili kiedy czytacie te słowa nikt już o tym nie pamięta. Nawet tak szokująca informacja podana w radio czy TV to zwykły news a te są bardzo efemeryczne. Ja jednak pragnę wam o tym przypomnieć i skłonić byście choć na chwilę oddali się refleksji.

         Marta dopiero co skończyła osiemnaście lat. Równo tydzień temu wyruszyła w swoją ostatnią podróż. Szła z ciastem do babci. Po drodze do niej przechodząc koło bloku została uderzona betonowym bloczkiem wyrzuconym przed dwu mężczyzn którzy porządkowali dach. Natychmiast zastała przewieziona do szpitala wojskowego we Wrocławiu, ale jej stan był krytyczny. Zmarła po dwóch dniach.

         Przez dwa lata "ocierałem się" o nią na korytarzach liceum. Nie potrafię powiedzieć w co dziś była ubrana moja matka, a po tym wypadku widzę Martę całą, bardzo dokładnie. Pamiętam jej buty, jej spodnie, koszulkę z krótkim rękawkiem, jej fryzurę. Przypominam sobie różne jej miny, śmiech.

         Nie znałem jej osobiście, czego dziś bardzo żałuję. Trzymaliśmy ją na dystans, ponieważ Marta była jednocześnie córką naszej wychowawczyni. Baliśmy się trzymać z jej córką żeby nie być posądzonymi o jakieś wkradanie się w łaski. Dziś, z perspektywy czasu, widzę jak głupie były to obawy. Na dyskotekach nigdy żeśmy jej "nie widzieli". Idiotyzm. Dziś tak bardzo chciałbym cofnąć czas i ją poznać. Kim była ta osoba, którą codziennie widywałem? Już się nie dowiem. Odeszła ona i jej uśmiechy.

         Ta śmierć dotknęła mnie o wiele bardziej niż sam mógłbym się spodziewać. Jestem młody lecz mimo wszystko już przyzwyczaiłem się do pogrzebów. Jeszcze w kwietniu chowaliśmy dziadka, który również zginął zupełnie idiotycznie, bo w wypadku samochodowym. Ale on miał 83 lata, a Marta 18. Mimo że praktycznie była dla mnie obca, nie mogę się pogodzić z jej śmiercią. Nigdy nie uczestniczyłem w pogrzebie tak młodej osoby. Przecież śmierć tak młodej dziewczyny to... absurd. To zupełnie bez sensu. Nie mogę tego pojąć. Cały czas o tym myślę i nie mogę się na niczym skoncentrować, dziwiąc się sam sobie.

         To była bardzo zdolna dziewczyna. Pamiętam ,gdy byłem w czwartej klasie, jak odbierała nagrodę od dyrektorki za średnią powyżej 5.0. W tym roku miała iść do klasy maturalnej. Zapewne miała już kupione podręczniki i zeszyty. Pewnie wymarzyła sobie już jakiś kierunek studiów...

         Ale choć może to zabrzmieć paradoksalnie, Marta jest najmniej poszkodowaną ofiarą tego wypadku. Nie umarła szybko, ale była nieprzytomna. Natomiast są jeszcze jej rodzice. Marta była ich jedynym dzieckiem.

         Jej ojca nie znam, ale jak już wspomniałem jej matka była moim wychowawcą. To była silna kobieta. Zawsze broniła swego zdania, była niezależna i na swój sposób przebojowa. Inni nauczyciele trochę spychali ją na bok, bo nie podobała im się jej bezkompromisowość i szczerość.

         W kościele po raz pierwszy rozpłakałem się, gdy ksiądz powiedział, że na życzenie rodziny jest to msza dziękczynna za osiemnaście wspólnie spędzonych lat. Wtedy jeszcze myślałem, że mimo ogromu tego ciosu ta kobieta jeszcze się podniesie. Dopóki nie zobaczyłem jej na cmentarzu... Nic nie zostało z kobiety którą znałem. Nagle uświadomiłem sobie, że przez cztery lata liceum nigdy nie widziałem chwili jej słabości. Ona albo zwyciężała, albo przegrywała z podniesionym czołem. Teraz jest wrakiem człowieka. W kilka dni przybyło jej 10 lat. Ciągle podtrzymywał ją mąż, który sam wyglądał nielepiej.

         Co mają zrobić? Czterdzieści kilka lat to zdecydowanie za mało by zacząć się starzeć. Ale to też trochę późno by zacząć od nowa. Jak już wspomniałem Marta była dla mnie właściwie obcą osobą, a mimo to nie mogę się pozbierać, co w takim razie czują jej rodzice - ludzie bez celu? Nie mogę tego wszystkiego pojąć...

         Chciałbym tyle wyrazić, tyle uczuć się we mnie kotłuje, a nie mogę pozbierać myśli. Czy zastanawialiście się nad rolą przypadku w życiu? Wystarczyło żeby została w domu kilka sekund dłużej albo krócej, śmiercionośny beton upadłby koło niej, skończyłoby się na strachu, a dziś nikt by już o tym nie pamiętał.

         Marta obchodziła strefę zrzutu po trawniku. Bloczek który ją uderzył był ostatnim. Był to też jedyny bloczek który nie spadł na chodnik, ale na trawnik.

         Rodzice Marty mieszkają naprzeciwko miejsca tragedii. Mają na nie widok z kuchni. Mają też widok na liceum do którego już za kilka dni przyjdą koleżanki ich córki. Na początku pewnie będą ciche, ale wkrótce zaczną się śmiać pod ich blokiem. Rodzice Marty będą je też widziały chodzące na dyskoteki szkolne, w okresie studniówki, zdające maturę. I będą odczuwać pustkę...





         Sit tibi terra levis!
                      [30 VIII 2003]




.
tekst nr