Boska roszada

Czasami mam wrażenie, że cały ten pieprzony świat jest żartem. Zwykłym, prostackim banałem skierowanym tylko i wyłącznie przeciw mnie. Ktoś na górze siedzi sobie w wygodnej sali kinowej i z rozbawieniem przygląda się, jak po raz kolejny upadam. Próbuję. Przeklinam. A on się śmieje. Taaak... Codziennie słyszę jego śmiech... Gdy tylko otworzę oczy, me zmysły poraża wszechobecny rechot nowego dnia. Wyrwane z kontekstu sylaby promieni słońca, przebijając się przez cienką taflę szyby w oknie, padają na mą twarz. Zmuszają do wysiłku. Przymuszają do opuszczenia łóżka i rozpoczęcia walki. Nowego początku, a zarazem kontynuacji. Czegoś niewiadomego. Czegoś, co sprawia, że mimo niechęci po prostu muszę odrzucić resztki nirvany snu i stawić czoła światu. Po raz kolejny, bezsensownie, z tymi samymi niespełnionymi pragnieniami. Często nie chcę tego, mam dość życia.

Ale muszę. Jestem... zobowiązany?

A gdzieś tam, w zakamarkach prwatnego wszechświata, na tronie utkanym z ludzkich marzeń, siedzi postać. I od czasu do czasu wskazuje batutą fortepian mojego losu. Wydaje jej się, że jest Bogiem. Na skinienie ręki ma każdy trybik wszechświata. Obserwuje, jak każdego dnia staczam się w otchłań. Smutku? Samotności? Dziecinnej, bezsensownej złości? Chyba tak... Patrzy... i ma władzę nade mną. Może, jeśli tylko chce, przygnieść mnie kolejnym kamieniem. Czasami małym, ledwie zauważalnym. Przeważnie jednak nieco większym. Śmieszy go moja postawa... Bo kogo w rzeczywistości widzi? Małego, słabego człowieczka. Marną istotkę, ze swoimi marnymi marzeniami. Od urodzenia próbuje ona przedzierać się przez życie ze swoimi marzeniami, z bagażem sennych urojeń o swej wątpliwej potędze. Majaków, które rozbijają się o twardą prozę rzeczywistości i probelmy dnia codziennego. Za każdym razem, próbuje jednak wstać, otrzepać się i iść dalej, w nadziei, że to był już ostatni. Nie wie, że nawet drobny kamyczek jest w stanie wywołać lawinę. A pierwsze, maleńkie ziarnko piasku, zostało rzucone już dawno temu. Dokładnie w chwili narodzin.

Staram się. Zaciskam zęby, przeklinam pod nosem wszystko, co niesprawiedliwe. Według mnie. Dla niego jestem przecież zabawką - własnością, którą można utopić w nurcie bezsilności.

Zdarza mi się czasem siedzieć późnym wieczorem nad rzeką. Na małej wysepce, uściślając. Jest to jeden z tych momentów, kiedy człowiek podświadomie szuka samotności w tłumie. Chciałby porozmawiać, wyżalić się. Zrzucić z barków trochę problemów. Nabrać sił. A jednak jest samotnym. Słychać tylko szum wody bezustannie przelewającej się przez kamienie ułożone w prowizoryczną tamę... Jakże zabawne się wtedy wydają... Stoją niewzruszone opierając się twardemu nurtowi. Wybrzuszają strumień. Chciałbym mieć tyle sił. Chciałbym potrafić naginać własną rzeczywistość. Póki co, jestem jedynie tonącym źródłem kręgów na powierzchni czasu... Niektórzy znajomi mówią mi, że po prostu wariat jestem. Że nikt normalny nie chodzi nad rzekę wieczorem, gdy słońce chowa się za horyzont. Ale ja wiem - ono zwyczajnie umyka. Niewzruszone tym, że tu, na dole, ktoś nie ma tyle sił. Chciałbym... Naprawdę... Może kiedyś?

Póki co jednak, zrzucam tylko ubrania i płynę. Pod prąd. Póki się nie zmęczę. Uczucie samotności potęguje się jeszcze bardziej. Wokół nie ma nikogo, a absolutne ciemności niepohamowanie wypychają ostatnie świetliste plamy dnia. Przybrzeżne zarośla stoją w absolutnej ciszy. Chłodna woda obmywa mnie, powodując dreszcze. Niesamowite uczucie. Wychodzę na brzeg zmęczony. Ale - jakiś inny. Być może to prawda, że woda oczyszcza. Jest o jeden z tych momentów, gdy czuję się naprawdę szczęśliwy. Zapominam o wszystkich problemach. Zapominam o istocie życia.

A może właśnie wtedy ją znajduję? Moje katharsis...

Szkoda tylko, że na tak krótko. Synonimem upływającego czasu nie powinien być zegar. Jak coś tak wymiernego może przedstawiać nieskończoność? Kiedy o tym pomyślę głębiej, to szczerze mówiąc, irytuje mnie nerwowe spoglądanie na wskazówki przy każdej okazji. Odmierzają one jedynie chwile między kolejnymi łzami. A jeszcze tak niedawno byłem mały. Niczym się nie przejmowałem. Po prostu żyłem. Pytałem się wtedy, w dziecięcej naiwności, dlaczego Bóg nie stworzył świata szczęśliwego na zawsze i co sprawia, że można byc szczęśliwym. A teraz? Teraz tamte pytania powróciły.

I coraz częściej dochodzę do wniosku, że Bóg, jeśli istnieje, zamienił się z diabłem fotelami.

Czasami już nie mogę, ale nie poddaję się. Sam nie wiem dlaczego... Chciałbym zanurzyć się w nieskończoności, jednak to byłoby zbyt egoistyczne. To nie w moim stylu. To nie w stylu człowieka. W końcu tyle mi mówili o całej tej wolnej woli... A on? Czarny siedzi sobie na niebieskim tronie owinięty w całun żalu, niespełnionych marzeń, słabości i zazdrości. Zrzuca na me barki brzemię za brzemieniem. Unosi się na iluzorycznych wyobrażeniach własnej potęgi. I w jakiś niepojęty sposób jest... esencją mego życia.
Dlatego muszę się męczyć. Jestem zmuszany do coraz to nowego wysiłku. Nieraz już zastanawiałem się, jak to jest umrzeć. Nieraz już pytałem na czym polega życie. Nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Nikt chyba nie potrafi... Być może, podobnie jak on, wszystko to, co nas otacza, cały ten drapieżny świat jest tylko migreną zła? Złudnym samoupojeniem się? Co powoduje, że ludzie w ogóle zauważają zło? Zapominają o pokładach dobrej woli, zabawy? Sam taki jestem. Często zdarza mi się zapominać o dobrych stronach życia. Przemijają niczym iskierki wyrzucane z komina ciemną, mroźną nocą. To one powinny być miarą dla czasu. W końcu ich tak mało...

A Biały? Biały pewnie spaceruje po świecie, uśmiecha się i kusi do dobra. Widzi, że Czarny zamknął się się w kloszu władzy. Sam stworzył sobie własne piekło - wydaje mu się, że rządzi. A w rzeczywistości jest więźniem własnych ułomności. Ja zaś ciągle podążam przed siebie. Zupełnie, jak pijak z niewybrednego żartu...

Idę, żeby upaść.
Upadam, żeby wstać.
Wstaję, żeby iść.

Proszę Cię, Boże, jeśli istniejesz, pomóż mi dostrzec powód, żeby po raz kolejny - nie wiem już, który z kolei - zacisnąć zęby. Otrzepać się i kontynuować podróż. Bo obawiam się, że za którymś razem nie dam rady.

A kiedyś, przechadzając się po świecie, znajdziesz w swym ogrodzie chwast.


Spotkasz mnie.


Gregorius
fishbone1@wp.pl