Ale nie ten.
Ten przyjechał punktualnie. Nawet za bardzo, jak na autobus. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym sykiem. Jak wąż, który z wiadomych tylko dla niego przyczyn ma być cicho i siedzieć w ukryciu, ale musi złapać oddech. Myślałam, że nie będzie dużo ludzi. Przeliczyłam się. Weszłam do środka. Skasowałam bilet. Nie było ani jednego wolnego miejsca. Stanęłam przy oknie. Za szybą padał deszcz. Letni, ciepły. Ale ja nie lubię deszczu. Jest jak łzy, ktorych nie lubię ronić. Zbyt wiele tego było, żeby to polubić. Odwróciłam głowę. Za dużo dziś było przykrości, a jest dopiero 13.00. Nie lubię chodzić do lekarza. Zwłaszcza tego...
Rozejrzałam się wokoło siebie. Tylu nieznanych mi ludzi blisko mnie. Za blisko. Kilka dziewczyn, które wsiadły na przystanku razem ze mną, dyskutuje na jakiś temat. Jedna z nich usiadła na wolnym miejscu obok pewnego chłopaka. On ma na pewno na imię Robert. Ona chyba czeka, aż on się odezwie. Lecz jemu widocznie nie za bardzo zależy na rozmowie z nią. Chyba mu się nie dziwię. Uśmiecham się mimowolnie do siebie. Ona odwraca głowę, udaje obrażoną. On nawet na nią nie patrzy. Obserwuje ten smutny świat. Płaczący świat. Jego żółta bluza jest jak promyk słońca. Ale to tylko bluza.
Wąż znowu daje o sobie znać. Wsiada para z psem. Fajny kundel. Siadają za mną. Mówią o czymś, ale ja nie słucham. Cały czas wpatruję się w ten "promyk słońca". Kto dziś odważyłby się ubrać taką żółtą bluzę? Patrzę się na nią i uśmiecham się do siebie. Nawet nie zauważam, jak autobus powoli pustoszeje. Pierwszy przystanek w moim mieście. Tu też pada. A "słońce" nadal świeci w tym szarym autobusie. Pies, który razem ze swoimi wlaścicielami usadowił się nieco za mną, właśnie obwąchuje moją nogę. Fajna psinka. Nagle coś się ze mną dzieję. O nie. Słońce zniknęło. Wysiadło. Zostawiło mnie samą w tej szarości. Ja też już muszę wysiąść. Czas do domu.
Dwie godziny temu siedzialam w tym autobusie. A słońce nadal nie wyszło zza chmur. Może stało się człowiekiem i teraz znowu świeci w jakims szarym autobusie.


K@mil@