Na podbój kosmosu

„Houston we’ve had a problem here” – zdanie to wypowiedziane przez dowódcę Apollo 13
zna każdy na naszej planecie.
Awaria tego statku nie była jedyną, a już z pewnością nie najbardziej tragiczną, wszak została nazwana szczęśliwą tragedią.
Podczas nieudanych misji kosmicznych życie straciło wielu ludzi. Nie o wszystkich wypadkach wiemy – Normana Mailer autor cyklu reportaży pt.„Na podbój księżyca” podejrzewa, że Związek Radziecki stracił większą liczbę pilotów i kosmonautów, niż podawały to jego władze.
Ale i tak zbyt wielu ludzi straciło życie w wyścigu do gwiazd.
Niech ten esej stanie się hołdem dla tych nieznanych, o których dziatki nigdy nie będą się uczyć na lekcjach historii.


21 lutego 1967 roku miał to być dzień tryumfu NASA, oto program Apollo był na ukończeniu, wszyscy Amerykanie: Latynosi, Murzyni, Biali przygotowywali się na święto, niestety, miesiąc przed pierwszym lotem programu Apollo, kabina z załogą została rozerwana przez gazy powstałe wskutek pożaru. W czasie odliczania pod fotelem dowódcy lotu Grimsona doszło do zwarcia w wiązce kabli. Po kilku chwilach inny członek załogi Chaffe zameldował: „Ogień, czuję dym”. W tym czasie w kabinie szalał już gwałtowny pożar. Na nic zdały się próby White’a, który zgodnie z procedurą usiłował otworzyć właz ratunkowy. W sali kontroli lotu wszystkich i wszystko przeszył krzyk Chaffego: „Wydostańcie nas stąd!”. Chwilę później kabina, która miała wytrzymać dwukrotne przejście przez atmosferę, eksplodowała. Katastrofa zszokowała Amerykę i wymusiła daleko idące zmiany konstrukcyjne w pojazdach typu Apollo. Wujek Sam przegrał wyścig o wysłanie pierwszego człowieka w kosmos, ale już niedługo miał wysłać kosmonautę na księżyc.
Lot Apolla 13 miał być rutynowy, przecież już dwa razy Jankesi lądowali na Srebrnym Globie. Niestety, trzynastka okazała się tradycyjnie pechowa. Już na początku wystąpiły kłopoty. U jednego z członków pierwotnej załogi specjaliści z NASA zaczęli podejrzewać ospę i 24 godziny przed startem zastąpił go dubler. John Switgert dowiedział się, że weźmie udział w szczęśliwej tragedii wraz z Jamesem Lovellem i Fredem Heinem.
Przez pierwszych 55 godzin wszystko szło doskonale, niestety, doskonałość jest zjawiskiem efemerycznym. W poniedziałek 13(!) kwietnia o godzinie 3:06 załoga usłyszała głośny huk. Był to wybuch jednego z dwóch zbiorników ciekłego tlenu, który rozerwał boczną powierzchnię kabiny. Switgert zameldował: „Houston, mamy tutaj problem”.
Rozpoczęła się najsłynniejsza akcja ratunkowa, którą pokierował 33-letni Glynn Lunney. Postawił sobie on za zadanie uratowanie całej załogi, gdyż nikt nie miał prawa zginąć na jego zmianie.
Wybuch pozbawił elektryczności moduł dowodzenia, ciśnienie tlenu w drugim zbiorniku zaczęło wyraźnie spadać. Zespół techników na Ziemi nakazał załodze ewakuację do lądownika księżycowego – Aquariusa (Wodnika), który posiadał własną instalację elektryczną i zapas tlenu.
Był on jednak zaprojektowany dla dwóch osób…..
Po naradach i analizach zespół kryzysowy nakazał włączenie silników hamujących lądownika na 30,7 s. Gdyby kosmonauci nie włączyli silników, Aquarius minąłby Ziemię w odległości około 4,7 tys. km. Po paru godzinach lotu konieczna okazała się kolejna korekta lotu, także zakończona pomyślnie.
Lot do Ziemi przebiegałby bez problemów, gdyby nie fakt, że Wodnik był zaprojektowany dla dwóch osób. W lądowniku zaczął rosnąć poziom dwutlenku węgla. Technicy rozwiązali ten problem nakazując załodze podłączenie filtrów z kabiny dowodzenia. Niestety, filtry różniły się końcówkami, lecz w NASA nie ma problemów bez rozwiązania – połączono je dzięki : dwóm giętkim rurom tlenowym uszczelnionym skarpetką i taśmą samoprzylepną. Tuż przed wejściem w atmosferę załoga opuściła Aquariusa i udała się do modułu dowodzenia.
Niestety, kosmonauci mieli pecha – w rejonie lądowania miał przejść tajfun. Na szczęście kolejny raz siła wyższa pomogła pechowej 13. Wiele lat po tych wydarzeniach Lovell napisał książkę pt. „Utracony Księżyc”, na podstawie której Ron Howard nakręcił film „Apollo 13”.
Szczęśliwa tragedia nie było jedyną tragedią spod znaku NASA, najtragiczniejszą była katastrofa promu Challenger, która odpolityczniła Program Kosmiczny i spowodowała wzrost pozwów o odszkodowanie od zespołu Guns’n’Roses (wykorzystali oni zapis wideo tej tragedii w teledysku do piosenki „Welcome to the Jungle”).
A cała historia rozpoczęła się od konkursu na lot w kosmos, który wygrała Christa McAuliffe nauczycielka historii z New Hempshire. Feralnego dnia 28 stycznia’86 temperatura na przylądku Canaveral była bliska zeru. Specjaliści z firmy produkującej rakiety nośne byli zdania, że lot należy odwołać ewentualnie opóźnić go o parę godzin, gdyż w niskich temperaturach gumowe obręcze, tak zwane „O-rings”, które uszczelniają połączenia segmentów rakiet nośnych , mogą przepuszczać paliwo gazowe. NASA nie mogła odwołać lotu, czekał na nie cały świat. Poza tym prezydent Reagan w dorocznym wystąpieniu chciał pochwalić się wysłaniem w kosmos pierwszej nauczycielki.
Chalanger wystartował 28 stycznia ’86 o 11.30. Po 73 s wahadłowiec eksplodował rozrzucając kawałki ciał siedmiu kosmonautów na powierzchni Pacyfiku. Jeżeli stałeś się przeciwnikiem lotów w kosmos po, tym jak przeczytałeś o katastrofach Jankesów, to przestań czytać moją prace, gdyż teraz zacznę pisać o katastrofach Wielkiego Brata zza Bugu.
Rosjanie nie produkowali statków doskonalszych od Amerykanów, statki z rodziny Sojuz, które miały konkurować z serią Apollo stały się jedną wielką tragedią, a te największe miały numer:1, 11 i 18.
Sojuz 1 wystartował 23 kwietnia ’67 z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie. Powinien połączyć się na orbicie z Sojuzem 2, którego załoga miała opuścić macierzysty statek i przez pewien czas przebywać na pokładzie Jedynki. Już w czasie lotu pojawiły się nieprzewidziane problemy – nie otworzył się jeden z paneli słonecznych, ponadto kilka innych systemów nie działało prawidłowo. Specjaliści na Ziemi podjęli decyzję o anulowaniu misji Sojuza 2 i natychmiastowym ściągnięciu Jedynki. Manewr powrotu przebiegł prawidłowo: na wysokości 7 km podjęto decyzję o uruchomieniu spadochronów.Te jednak nie zadziałały. Pojazd uderzył o Ziemię z prędkością 140 km/s (ponad 500 tys. km/h). Załoga nie miała szans przeżyć. Prawdopodobne jest, że załoga już wtedy nie żyła. Wszyscy radzieccy kosmonauci mieli podobno kapsułki z trucizną na wypadek podobnych zdarzeń. Władze ZSRR nigdy nie przyznały się do tego, ale zapewne nie wszystkich kosmonautów udało się ściągnąć na Ziemie. Wiecie już, po co im była trucizna – aby zagłuszyć świadomość tego, że nigdy nie powrócą na ojczystą planetę.
Sojuzowi 1 połączenie ze stacją Salut 1 udało się bez problemów. Kosmonauci przeszli na pokład Saluta i stali się pierwszą załogą stacji orbitalnej. Planowano miesięczny pobyt. Został on jednak skrócony do trzech tygodni z powodu… buntu jednego z kosmonautów, który ogłosił się panem życia i śmierci na stacji. 29 czerwca ’71 roku nastąpiła tragedia podczas rozdzielania sekcji statku otworzył się zawór wyrównujący ciśnienie. Gwałtowna dekompresja nie dała żadnych szans załodze bez skafandrów.
Do wypadku statku Sojusz 18 doszło już podczas startu. Nieprawidłowo odłączył się od siebie drugi i trzeci człon rakiety nośnej i tor lotu uległ znacznemu odchyleniu. Podjęto decyzję o natychmiastowym powrocie na Ziemię. Lądowanie nastąpiło na ośnieżonych stokach gór Ałtaju. Pojazd stoczył się i zatrzymał… na skraju stoku przepaści. Była to szczęśliwa tragedia gdyż obrażeń doznał tylko jeden z dwóch kosmonautów, Łazariew.

Pomimo wysokiego ryzyka lotów w kosmos (jeden na osiemdziesiąt skończy się tragedią) powinniśmy podejmować to ryzyko, gdyż „Cywilizacje albo wychodzą w kosmos, albo giną”.


Piotr T. Biegasiewicz