A właśnie że nie jest!
(diabeł - straszny, mianowicie)


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



Na początek pragnę przeprosić człowieka, którego wszelkie słabe punkty i uchybienia zaraz niecnie wykorzystam w sobie wiadomych celach, Jacka Stojanowskiego. Pragnę go przeprosić, że tak bardzo go wytraszyłem tym diabłem. Po prostu nie wziąłem pod uwagę faktu, że mój tekst mogą przeczytać również osoby oglądające "Timona i Pumbę", i że może to mieć skrajnie destruktywny wpływ na ich psychikę.

Jednak Jacek, zamiast postąpić tak, jak przystało na szanującego się oglądacza "Timona i Pumby", czyli z płaczem zwiać do mamy, zabrał się za polemikę z moim "prosatanistycznym" tekstem. W dodatku napisał, że nie był w stanie przejść obojętnie obok moich wypocin, co potraktowałem jako aluzję do kiepskiej jakości mojego dezodorantu. Człowieku, ty sobie nie rób żartów, ja na ten dezodorant polowałem w pocie czoła aż siedem minut, czyli w porównaniu z moim średnim czasem przebywania w supermarkecie - cholerrrnie długo. Poza tym wydałem na niego dziesięć złotych, a więc mogłem sobie zamiast tego kupić dziesięć tanich czekolad z nadzieniem truskawkowym! Mógłbyś więc docenić moje wysiłki...

Dobra, przechodzimy do tematu. Jacek stworzył aż cztery oryginalne teorie, dotyczące genezy mojego arta "Nie taki diabeł straszny". Co ciekawe, wszystkie cztery są prawdziwe. Tak, napisałem go z przymrużeniem oka; zrobiłem to by wywołać duży odzew; wierzę w to, co napisałem (i wcale nie jestem nieszczęśliwy z tego powodu - wręcz przeciwnie); i rzeczywiście, przyszedł do mnie Kubuś... Zaraz, jednak ta teoria jest do bani, tak naprawdę przyszedł do mnie Kłapouchy. Wszyscy wiedzą, że to największy satanista w Stumilowym Lesie, więc coś się temu Jackowi chyba pokręciło. Zresztą nieważne. Powiedzmy, że trzy i pół teorii okazało się strzałem w dziesiątkę, a to mnie mocno zaniepokoiło. No bo jak tu polemizować z takim, co wie prawie wszystko?

Pierwszy arcydiabelski punkt mówi o żądzach i wstrzemięźliwości. Zgadzam się w pełni, że trzymanie swych żądz na wodzy prowadzi do wyrobienia sobie pewnych zasad, a te są miarą człowieczeństwa, jak by nie patrzeć. Tak, to jest prawda, ale do czasu - konkretnie do momentu, gdy wodze trzymamy MY. Natomiast ograniczenia, narzucane nam z góry, czyli na przykład wspomniane przeze mnie w poprzednim "satanistycznym" tekście posty, są niczym innym, jak niechlubną pozostałością średniowiecznej ciemnoty. Satanistyczna biblia jest w tym względzie dość niejednoznaczna, jednak myślę, że nie chodziło w niej o to, by życie strawić na hulankach i swawolach, co stanowi dosyć prostacki światopogląd, lecz aby znaleźć rozsądną równowagę między obowiązkiem a przyjemnością. Której to równowagi próżno szukać w stogu głupot, głoszonych przez kler, jak na przykład niechęć do antykoncepcji, którą wymieniłem w moim tekście, a którą Jacek sprytnie przemilczał.

Odnośnie punktu drugiego, Jacek zapytuje mnie, co uważam za pełnię życia. I nie czekając, aż ja pofatyguję się z odpowiedzią, podpowiada: seks grupowy w krzakach, pijactwo, narkotyki. Cóż, nie sądziłem, że horyzonty katolików są aż tak ograniczone, by widzieć tylko jedną alternatywę dla Dekalogu, w postaci wymienionych wyżej "rozrywek". Ale przecież nie takie ciemnoty wciskali nam już księża, więc może nie ma się czemu dziwić. Gdybym chciał wyjaśnić, czym jest pełnia życia moim zdaniem, rozpisałbym się na co najmniej dwa arty takie jak ten, toteż dam temu spokój. W ramach rekompensaty powiem, czym pełnia życia na pewno NIE jest.

Otóż nie jest tym, co satanistyczna biblia nazywa duchowymi mrzonkami, a Jacek i jego kumple w sutannach - zbawieniem. To, czego zgodnie ze statystykami 95% z nas powinno słuchać co niedziela na kazaniach, a co w praktyce większości wlatuje jednym uchem, a wylatuje drugim (i słusznie), to straszne bzdury, gdyby się dokładnie im przyjrzeć. Mówią one o tym, że życie na ziemi jest niewiele warte, że jesteśmy tylko prochem (i to grzesznym w dodatku), że potrzebujemy jakiegośtam zbawienia, itepe. Brzmi jak filozoficzne wywody pijanego wielbłąda. Nie uważam się bynajmniej za nie wiadomo kogo, nie mam bladego pojęcia o tym, czy istnieje jakieś życie po śmierci, ale jednego jestem pewien - życie przed śmiercią istnieje, a więc należy je jakoś porządnie przeżyć, a nie zaśmiecać sobie mózg jakimiś bezsensownymi pomysłami zmutowanych pingwinów.

Aż połowę długiego akapitu poświęcił Jacek wnikliwej analizie jednego mojego zdania, mianowicie że niby katolicy są nieszczęśliwi z powodu chodzenia do kościoła. Tutaj bystrością się ów pan nie popisał, nie skumawszy kompletnie mojego żarciku, ale mniejsza o to. Widać po prostu źle robię, nie wstawiając "uśmieszków" wszędzie, gdzie tylko się da. W każdym razie dzięki temu wyszedł na światło dzienne kolejny przejaw hipokryzji większej części naszego społeczeństwa. Oto taki na przykład Jacek zaklina się, że z powodu coniedzielnego uczęszczania do ponurego gmaszyszka, zwanego szumnie kościołem, odczuwa niezmierny przypływ szczęśliwości. I ten sam Jacek, który na samym początku swojej polemiki snuł domysły, że muszę być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, nagle stwierdza, że JA nie mam prawa wypowiadać się, czy KTOŚ jest szczęśliwy, czy też nie. Otóż mam prawo, wbrew pozorom...

...Mam prawo, i co więcej - lepiej niż sam Jacek potrafię określić, czy ON jest szcześliwy. Tak, tak... To, co odczuwa Jacek, gdy zgodnie z utartym zwyczajem przestępuje próg monumentalnego czegoś (kościoła), ja nazywam szczęściem pozornym. Nie czuje bowiem Jacek szczęścia z powodu wykonania czynności, z której ma odnieść jakieś korzyści, lecz z powodu dwóch rzeczy: po pierwsze - z odwalenia cotygodniowego obowiązku, po drugie - z okazania swej rzekomej pobożności swemu otoczeniu, temu 95% społeczeństwa. Dzięki temu ostatniemu nie czuje się czarną owcą, a więc nie sprzeciwia się ogólnie przyjętemu sposobowi postępowania. Oczywiście, Jacek zaraz będzie protestował - no bo co mu będzie byle Pewien Gość wmawiał, że on, Jacek, nie jest szczęśliwy. A ja twierdzę uparcie - nie jest, ale boi się do tego przyznać, nawet przed samym sobą.

Rzekło się w kolejnym z dziewięciu satanistycznych punktów, że Kościół to obłuda, a satanizm - mądrość. Według Jacka jednak to szatan jest obłudny, bowiem "wciska kit" o pełni życia, a tymczasem w życiu występuje również cierpienie. A to franca z tego szatana, jak mógł nas tak wykiwać! Ciekawym tylko, gdzie też Jacek wyczytał, że satanizm nie uwzględnia w ogóle cierpienia. Najwidoczniej cały ten imponujący bagaż wiedzy został zaczerpnięty z moich skąpych cytatów wspartych hojnie przez Jackową wyobraźnię, bo nigdzie w satanistycznej biblii nie zostało napisane, że cierpienie nie istnieje. Jest tam tylko o tym, że powinniśmy z życia czerpać to, co najlepsze, zamiast pozwalać wodzić się za nos kościelnym manipulatorom. Jeśli natomiast Jacek znajduje w owym osławionym cierpieniu przyjemność, to... No, wiecie jak się nazywa takie odchylenie. Dla wyznawcy zasad, zwartych w Biblii Szatana cierpienie służy co najwyżej uczeniu się na błędach. Ale, jak mawia mój kumpel - co kto lubi...

Dalsza część polemiki Jacka mówi o tym, jak to Pewien Gość z nienawiścią w oczach miota gromy w kierunku Kościoła. Tutaj muszę faceta mocno rozczarować, gdyż piorunów produkować niestety nie umiem, chociaż czasami bardzo bym chciał. Nienawiści do Kościoła również nie żywię (za to głęboką pogardę - owszem). Jacek poświęcił bardzo dużo miejsca w swoim arcie na nieudolną próbę ośmieszenia przeciwników Kościoła, zaś jego wady potraktował pobłażliwym eufemizmem ("spora grupa księży powinna spuścić z tonu, jeśli chodzi o kupowanie nowych aut"). Powiem otwarcie: nie o auta mi chodzi. Niechby je sobie nawet kupowali co miesiąc, kogóż to tak naprawdę obchodzi. Bardziej niepokoi chyba fakt, że księża, którzy w optymistycznych założeniach Dziżusa mieli robić za naszych "pasterzy", dopuszczają się całej gamy czynów, używając eufemistycznego języka Jacka, mocno przyziemnych - od zwykłego złodziejstwa aż po pedofilię. Co gorsza, Kościół wszelkie tego typu sprawy skrzętnie tuszuje, zaś ciemny lud ślepo staje w obronie księży-kryminalistów.

Można powiedzieć: chłopie, to o czym mówisz, to margines. Może i tak, ale niewiele to pomaga Kościołowi - nawet znikoma liczba "wykroczeń" rzuca mroczny cień na całą instytucję, ukazując przy okazji całe jej zakłamanie (mam na myśli wspomniane wyżej krycie przestępstw księży). Co z resztą kleru? W najlepszym przypadku przeciętny ksiądz klepie monotonnie swoje formułki podczas mszy, skopiuje niedbale nudnawe kazanie sprzed roku, bez przekonania przeczyta je wiernym, ożywi się tylko nieco podczas zbierania na tacę. W tym wszystkim "wspaniali księża" i misjonarze z Afryki przypominają perłę na czubku kupy gnoju, która to perła gnoju lepszym raczej nie czyni.

Następnie mamy kwestię zemsty. Gwoli przypomnienia powiem, że do zobrazowania problemu posłużyłem się sytuacją, jaką wielu z nas zna niestety nie tylko z opowiastek, a więc: grupa "bejsbolistów" postanawia uczynić cię obiektem swej niewyszukanej zabawy. Ty natomiast, nie mając na taką zabawę najmniejszej ochoty, masz trzy drogi do wyboru. Możesz mianowicie spieprzać czym prędzej, co jednak uda ci się tylko w przypadku, gdy biegasz szybciej, niż wspomniani bejsboliści, a więc jest mało prawdopodobne. Pozostałe dwa wyjścia to: a) nadstawić drugi policzek, czy co tam masz ochotę nadstawiać (sposób opiewany przez Jacka, prawego chrześcijanina), b) skorzystać z tajnego ciosu kung-fu w celu zdezorganizowania szyków przeciwnika (sposób polecany przeze mnie, przebrzydłego satanistę). Dlaczego Jacek nie jest przekonany do mojego sposobu? Otóż uważa on, że nawet gdy cios kung-fu się uda, poszkodowany bejsbolista natychmiast po wylizaniu się z ran zapragnie odwetu, co doprowadzi do powstania czegoś, co w telewizji lubią nazywać "spiralą przemocy". Podejrzewam, że obawy Jacka są jak najbardziej słuszne...

W którejś tam klasie liceum przyszło mi się zmagać z lekturą o uroczej nazwie "Dżuma". Była to najnudniejsza książka, jaką w życiu przeczytałem, gdyż nie działo się w niej absolutnie nic. Ale też zarazem była jedną z najmądrzejszych. Przesłanie, która ze sobą niosła, postanowiłem pożyczyć sobie i nie oddawać aż do końca życia. Bohaterem książki był jakiś lekarz, nazwiska którego nie wyjawię, ponieważ nie mam do takich rzeczy pamięci, zwłaszcza jeśli są wymysłem Francuzów, Włochów czy innych tam sierściuchów. Akcja opierała się na tym, że w jakimś miasteczku panowała dżuma (to chyba zresztą nietrudno wywnioskować z tytułu), zaś walka z epidemią, prowadzona przez naszego niestrudzonego lekarza, sprowadzała się w sumie tylko do stwierdzania zgonu kolejnych pacjentów. Każdy normalny pracownik służby zdrowia na jego miejscu zwiałby czym prędzej gdzieś na drugi koniec świata, coby sobie statystyk nie pogarszać i tym samym reputacji na szwank nie wystawiać. Jednak bohater książki tak nie postąpił. Został w mieście do końca, to znaczy do momentu, kiedy pewnego pięknego dnia stwierdzono, że dżuma poszła sobie w diabły. Wówczas to ludzie zaczynają się cieszyć i świętować, a nasz lekarzyna stwierdza złowieszczo, że dżumy tak naprawdę nie da się pokonać i że może ona wrócić sobie w każdej chwili.

Ciekawi kogoś, po co uraczyłem was tym etapem mojej literackiej edukacji? Można w niej znaleźć pewną analogię do naszej scenki z półmózgimi bejsbolistami. Jak już wspomniałem, najpewniej ma rację Jacek twierdząc, że dresiarz popieszczony glanem po jajach nie będzie tym faktem specjalnie ucieszony i że w ramach reakcji najprawdopodobniej wgniecie niedoszłego mściciela w chodnik. Ale przecież nie chodzi o to, by posłać drania na wózek inwalidzki, lecz o zademonstrowanie mu, że się go nie boisz. Co ja mówię, po co mu cokolwiek demonstrować? Chodzi po prostu o to, by nie ulec, nie dać się złamać. I tak jak ów lekarz ze szkolnej lektury nie mógł wyleczyć dżumy, tak zapewne ty nie wygrasz z dresiarzem. Ale to nie znaczy, że masz mu się od razu poddać. Tak jak lekarz jest od tego, by walczyć z chorobami, a nie żeby zmykać od pierwszej lepszej epidemii, tak my, osoby skądinąd inteligetne, nie jesteśmy od tego, żeby byle dres nami pomiatał.

Jacek ubolewa nad tym, że mojej teorii nie oparłem na żadnych fachowych źródłach. Cóż, "Dżumy" za literaturę fachową uznać nie można, to fakt. Choć oczywiście zależy, co fachowością nazwiemy. Jacek stwierdza, że zostało naukowo udowodnione, że kara nie daje żadnych efektów. Skąd też on wziął takie niepodważalne prawdy, zapewne z "Pani Domu" tudzież z "Claudii". Co więc daje efekty? Skoro nie kara, to może nagroda? OK, spróbuj w praktyce z tymi bejsbolistami. Miłej zabawy.

Teraz będzie mała dygresja. Ileż to razy spotkałem się z sytuacją, kiedy jakiś przemądrzały koleś grzmi: "czemu nie korzystacie z fachowej literatury?". Odpowiem: ponieważ mam w dupie fachową literaturę, wolę myśleć sam za siebie. Koniec małej dygresji.

Kolejna sprawa do omówienia to "bezinteresowna pomoc innym". Cóż, wydaje mi się, że aby w ogóle wziąć udział w dyskusji na ten temat, wskazane by było rozróżniać ową bezinteresowną pomoc od bezczelnego wykorzystywania. Dla Jacka granica między tymi pojęciami nie istnieje, a w dodatku jest mu bardzo żal mojej skromnej osoby, że mam takie, a nie inne poglądy na kwestię pomocy innym. Chłopie, ty się o mnie nie martw. Jakoś sobie w życiu radzę i zapewniam, że z mojego otoczenia może ze dwie osoby mają mnie za egoistę, który nigdy nikomu nie pomaga. A uważają tak po prostu dlatego, że (jak się zdaje) nie chciałem im kiedyś pożyczyć pieniędzy (życie jest smutne).

Jacek pochwalił się, że zna pewną prawdę, która miała w jego niecnych zamierzeniach wstrząsnąć moim światopoglądem. Owszem, wstrząsnęła - w tym znaczeniu, że do tej pory trzęsę się ze śmiechu, kiedy to sobie przypomnę. Prawda ta brzmiała: "człowiek jest istotą stworzoną do pomocy innym". Buehehehe. I jeszcze na dokładkę: "dziesiątą część populacji stanowią niepełnosprawni, wymagający pomocy". Mylisz się - nie żadna dziesiąta część, ale wszyscy, całe 100%, co do jednego ludzia, wszyscy oni potrzebują pomocy. Jedni potrzebują twoich pieniędzy (tych jest najwięcej), innym wystarczy, że pomożesz im w nauce (czyt.: dasz przepisać pracę domową), jeszcze inni chcą, byś im ugotował obiad, wyprasował koszulę, naprawił rower. Chcą też od ciebie, byś się stawił na komisję wojskową, płacił podatki, głosował w wyborach, kupował ich płyty. Jak widzisz, każdy od ciebie czegoś chce. Tych "każdych" jest na świecie około sześciu miliardów. Siebie masz tylko jednego.

Nie mówię, żeby zaraz mieć w nosie wszystkich bliźnich. Jeśli ktoś czuje się przez to lepszy, niech sobie pomaga biednym czy niepełnosprawnym. Osobom z twojego najbliższego otoczenia, rodzinie, czy też najlepszym kumplom, pomagać wręcz wypada. Ale ich potrzeby w żadnym wypadku nie mogą przysłonić twoich własnych. Wtedy bowiem stajesz się narzędziem w ich rękach. Rezygnujesz z siebie, robisz tylko to, co inni "pozwalają" ci robić. Znikają gdzieś twoje marzenia i plany, bo nie masz na nie czasu, tak intensywnie dajesz się wykorzystywać innym. Sam robisz z siebie ofiarę. Coś takiego jak wdzięczność prawie nie istnieje na tym parszywym świecie. Każdy, komu pomożesz, będzie na ciebie wręcz zły, zwłaszcza gdy nie ma okazji ci się czymś odwdzięczyć. Dlatego nie róbmy nikomu dobrze na siłę. Brzmi to może niewesoło, ale - takie jest życie. Wiem, że osobom takim jak Jacek, idealistom z głowami w chmurach, trudno uwierzyć, że ktoś może nie być wdzięcznym za pomoc, ale nie będę się trudził - sami się o tym jeszcze przekonają. Życie to najlepszy nauczyciel. I obym się mylił.

Część mojego arta poświęcona pojęciu "grzechu" stosowanego do mydlenia oczom ofiarom sekty katolickiej jest bardzo typowym przykładem ignoranctwa Jacka. Ja napisałem wyraźnie, czarno na białym, czy raczej sraczkowato na czarnym, że rozprawiam o "tak zwanych grzechach", czyli o tym co religia katolicka grzechami nazywać zwykła, a Jacek mówi: "nie tak zwanych grzechach, lecz grzechach" i dalejże udowadniać mi, że grzechy prowadzą do wyrzutów sumienia, a nie zadowolenia. I nie sposób się nie zgodzić, przynajmniej częściowo - święta racja, robaczku, u co uczciwszych ludziów faktycznie sumienie od czasu do czasu odzywa się w ramach protestu skutkiem popełnienia przez owych ludziów czegoś niedobrego. Problem w tym, że to, co ksiądz każe nam nazywać bezeceństwami, zboczeniami i wynaturzeniami, jednym słowem: grzechami, w istocie są czymś zupełnie innym.

Skoro chcemy wydedukować, czy coś jest grzechem, czy też nie, należałoby zapytać: co w tym jest naprawdę złego. Dlatego pytam: co złego jest w gniewie, że według kościelnych wyliczanek wystrzegać się go należy jak samego Mefistofelesa? Mój dyskutant nie cechuje się widać zbyt rozległą wyobraźnią, skoro za jedyną sytuację do okazania gniewu uważa taką, jaką w swojej polemice opisał (wstajesz rano i na dzień dobry ochrzaniasz wszystkich najbliższych). Podobne sytuacje rzeczywiście raczej nie sprzyjają zacieśnianiu więzów rodzinnych. Słuchaj Jacuś, to niezupełnie tak. Rozumiem, że może trochę zbyt pobieżnie opisałem to w moim tekście o satanistycznych zasadach, ale też oczekiwałem odrobiny inteligencji od czytelników. Skoro jednak srodze się zawiodłem, pozostaje tylko tłumaczyć, jak pierwszakowi dodawanie w zakresie dziesięciu: dla mnie wyładowanie gniewu polega na przykład na opieprzeniu nie znanego mi gapowatego przechodnia za to, że wtargnął wprost pod koła mojego samochodu, zmuszając mnie do dość gwałtownego zatrzymania się. W takich sytuacjach z wielką satysfakcją otwieram sobie okienko i niezbyt grzecznie wyrażam niedoszłemu dawcy organów moją radość, że nie będę go musiał zdrapywać z maski. W ten sposób wszyscy są szczęśliwi: ja się wyżyłem, on może będzie na drugi raz bardziej uważał (a może przy okazji też się wykrzyczy). Gdzie jest zło?

Zostało natomiast naukowo udowodnione (chyba to już kiedyś pisałem), że tłumienie w sobie gniewu może doprowadzić do nerwic i innych nieprzyjemnych rzeczy, a tego tygryski nie lubią. Osobiście jestem z natury człowiekiem spokojnym i nie widzę potrzeby zbyt częstego wyładowywania się na innych, i w dodatku bardzo sobie cenię taką postawę, ale czasami po prostu trzeba - zapytaj jakiegoś psychologa. I dlaczego mamy się z tego od razu spowiadać?

Nie dowiemy się też, co złego w lenistwie, gdyż ciemnogrodzki sołtys miast o temacie rozprawiać, pozwolił sobie strofować mnie, cobym wulgaryzmów nie używał, gdyż on, prawdziwy chrześcijanin, wręcz mdleje na ich widok. Niestety, tego typu wyrazy są nieodłącznym elementem mojego stylu pisania i korzystania z nich nie uważam bynajmniej za symptom braku kultury; wręcz przeciwnie. To też część języka polskiego i używać ich można - trzeba tylko wiedzieć, jak. Zanim zaczniesz, ślimaczku mój ty najmilszy, skrapiać wodą święconą każdy mój tekst, postaraj się przeczytać choć jedną współczesną powieść i przekonać się na własne oczęta, czy aby na pewno nie ma w niej "nieczystych" wyrazów. Obawiam się, że zawsze takie znajdziesz. Na szczęście Qn`io i Eddie nie są sterowani przez księży i cenzurę wstawiają na ogół tylko tam, gdzie trzeba. I między innymi dlatego w niedzielę zwykłem pisać teksty, a nie chodzić do kościoła.

Tak więc moja kultura osobista doczekała się długiej a konstruktywnej krytyki, natomiast np. o zazdrości Jacek wspomina tylko mimochodem, że powoduje ona tylko nienawiść do bliźnich, natomiast "do pracy nad sobą ludzi popycha pozytywna motywacja". No dobrze, tylko co dam daje tą pozytywną motywację? Nie twierdzę, że ZAWSZE jest to zazdrość, ale też nie możemy dać sobie wmawiać takich ciemnogrodzkich haseł, że zazdrość to zło konieczne. I znowu pytanie: CO konkretnie jest złego w zazdrości? Jest to uczucie, które miewamy, kiedy ktoś ma coś, czego my nie możemy, przynajmniej tymczasowo, mieć. Trudno wymagać, abyśmy w takiej sytuacji mieli zazdrości nie odczuwać. Jest ona bowiem wpisana w nasze człowieczeństwo. Zamiast zazdrość zwalczać, możemy uczynić z niej cechę jak najbardziej pozytywną. Czy nie uważasz, wielce szanowny panie Sołtysie, że twój kolega odczuje niemałą satysfakcję, gdy zdradzisz mu, że zazdrościsz jego nowego wozu albo awansu w pracy? Czy twoja dziewczyna nie będzie szczęśliwa z faktu, że jesteś o nią zazdrosny?

Oczywiście zawsze można przedstawiać zazdrość również w jak najgorszym świetle. Można mówić o wyścigu szczurów i roztaczać ponure obrazy, gdzie człowiek człowiekowi wilkiem, każdy z każdym walczy i każdego nienawidzi, ale to zakrawa na groteskę. Jak już wspomniałem - i tak nigdy się zazdrości całkowicie nie pozbędziemy, więc chyba lepiej ją polubieć?

Tytułem podsumowania Jacek stwierdza, to dzięki Matce Teresie i Markowi Kotańskiemu świat jeszcze się jakoś trzyma. A ja tam uważam, że świat, w ktorym byłyby same Matki Teresy, byłby totalnie pojebany. Każdy właziłby każdemu w dupę pytając, czy mu czasem czegoś nie potrzeba. Byłoby tak słodko, że aż mdło się robi człowiekowi na samą myśl. Na szczęście to tylko utopia, niewiele gorsza od marksizmu, na przykład. Człowiek nie został bowiem stworzony do tego, ażeby drugiemu w zadek włazić, lecz by o swój własny dbać. I gdyby ludzie pojęli, o czym NAPRAWDĘ biblia szatana mówi, a nie co w niej Kościół dostrzega, toby byli szczęśliwi. Może nie całkowicie szczęśliwi, bo to niestety niemożliwe, ale na pewno dużo szczęśliwsi, niż teraz. Niestety, trudno znaleźć wyjście z ciemnego grodu.


Pewien Gość
zlosliwiec@pf.pl



PS: Jacuś, do satanistów z twoimi argumentami nawet się nie zbliżaj, wyśmieją cię tylko. Chyba, że dodasz coś od siebie, a nie tylko teksty kazań będziesz powtarzać.

PPS: Tekst "Nie taki diabeł straszny BYŁ, poniekąd, prowokacją. Ale przede wszystkim chciałem wam, słoneczka wy moje, przybliżyć kilka zdrowych zasad, którymi warto się w życiu kierować, zamiast posługiwać się w tym celu przestarzałymi a obłudnymi "prawdami" kościelnymi.

PPPS: "Pomóż mi", "Tolerancja" - co za bojowo brzmiące tytuły! Widzę, że Radyjo nie śpi...

PPPPS: A jednak nawet Kościół nie jest w stanie spieprzyć absolutnie wszystkiego w umysłach młodych ludzi, skoro spod ręki Jacka wychodzą takie teksty, jak "Komunizm powróci".