W 41 numerze AM ukazał się tekst niejakiego Dziadka Mroza pod tytułem "Niebo". Nie chce mi się przytaczać fragmentów, w których opisywał piekło i niebo. Generalnie chodziło o to, że chociaż droga do nieba do najłatwiejszych nie należy, to warto wierzyć, nie grzeszyć i żyć w czystości, bo wtedy czeka nas błogie i nieskończone życie w raju. Droga do piekła jest pozornie miła i przyjemna, ale w okazuje się, że w piekle tak miło już nie jest.
Pozwolę sobie przytoczyć jeden fragment, z którym nie do końca się zgadzam, a może nie tyle się nie zgadzam, co znalazłem pewną nielogiczność, znaczy... A zresztą, sami zobaczycie.
"W Raju nie ma znoju, potu i łez. Ludzie zajmują się tym co sprawia im radość. Mogą robić to czego zawsze pragnęli a czego z różnych przyczyn nie mogli."
Wnioskuję z powyższej wypowiedzi, że twierdzisz, iż w niebie ludzie zachowują wspomnienia. I choć od biedy mogę się zgodzić, że przykre wspomnienia wyniesione ze świata żywych w porównaniu z rajem są niczym to przyszło mi do głowy jeszcze coś...
Wyobraź sobie taką sytuację. Matka, bardzo religijna osoba, wierząca i do tego praktykująca (to ostatnie jest w Polsce i na świecie coraz rzadziej spotykane), do tego nie posiadająca żadnych grzechów... ciężkich. Jednym słowem idealna kandydatka do nieba. Jest jednak druga osoba... Syn, którego matka ta bardzo kocha (z wzajemnością), lecz który za żadne skarby nie da się przekonać, co do istnienia Boga. Wiesz mniej więcej, o co mi chodzi, nie? To teraz spróbuj odpowiedzieć mi na takie pytanie. Czy matka, której niewierzący syn niechybnie skończy w piekle może być w niebie szczęśliwa? Czy może cieszyć się rajem, podczas gdy osoba, którą kocha cierpi w piekle straszne męki? Coś się tu nie zgadza, czyż nie? Tak samo może być w wielu innych sytuacjach, żona kochająca swego męża "grzesznika", najlepsi przyjaciele, z których jeden był nie wierzący, itd.
Czy szczęście w raju może być tak wielkie, że nawet utrata bliskiej nam osoby jest w porównaniu z nim niczym? Być może w niebie miłość (oprócz miłości do Boga) nie istnieje. Jaki jest zatem jej sens w życiu na Ziemi? Wygląda na to, że ogranicza się tylko do ułatwienia zachowania ciągłości gatunku. No tak, zawsze to łatwiej zrobić to z kimś, kogo się kocha... Nie chce, aby ten tekst był kolejnym z serii czy Bóg jest, czy nie, ale zaczyna się taki robić. Dlatego w tym momencie kończę go i daję wam święty spokój. Ciężko mi pisać wymyślając sobie argumenty, a następnie na nie odpowiadając. Czekam więc z niecierpliwością na odpowiedź Dziadka Mroza.
Mój art ma jedną poważną wadę... Można obalić go jednym stwierdzeniem. Wystarczy założyć, że w niebie ludzie tracą wszystko, co jest związane z ich życiem na Ziemi w tym także bliskich. Wydaje mi się jednak, że wtedy życie byłoby tylko króciutką drogą (bo czym jest te kilkadziesiąt lat w porównaniu z wiecznością?) do tego, co czeka nas później...
Zaznaczam, że jestem ateistą i wierzę w sens życia. Staram się wykorzystać je jak najlepiej, nie tracąc czasu na kościół i inne tego typu sprawy... To wcale nie znaczy, że ćpam, kradnę i gwałcę. Staram się po prostu żyć wg swojego sumienia i tak, aby nie szkodzić sobie i innym...
Zapraszam do polemiki! Nie tylko Dziadka, ale też wszystkich chętnych.
Nicpoń
Podziękowania i bluzgi ślijcie na adres:
nicponx@go2.pl
P.S. Zauważyliście, że w porównaniu z wiecznością nawet setki miliardów lat są krótką chwilą? Wszystko jest względne, jak mawiał mój wujek Einstein :)