Miałem sen, piękny sen... tfu, tfu! Wcale nie był piękny! Był okropny. Otóż
śniło mi się, że nie mam nogi... Ot, tak po prostu obudziłem się (we śnie rzecz
jasna) i moim oczom ukazała się - nie jak dotychczas cała - lecz obcięta do
połowy noga. Spróbowałem wstać z łóżka i... przewróciłem się! Przestraszyłem się
wtedy nie na żarty. Nie poddawałem się jednak i dalej usiłowałem iść. Nie musze
chyba mówić jak to się skończyło. Pomyślałem, że już nigdy nie będę mógł
doświadczyć przyjemności jazdy na rowerze, którą tak lubię. Nie zagram więcej
w piłkę. Nie pobiegnę... Co tam bieganie - nigdy więcej normalnie nie pójdę.
Na szczęście z tych przygnębiających rozmyślań wyrwał mnie budzik...
Nie potrafię opisać ulgi, jaką wtedy poczułem. Przyznacie chyba, że taki sen
do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy? I choć miłe to nie było,
uświadomiłem sobie wiele rzeczy. Zacząłem doceniać to, co posiadam. Zacząłem
doceniać swoją sprawność (choć żadnym sportsmenem nie jestem). Zacząłem
doceniać piękno życia. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, co czują osoby
dotknięte kalectwem. Jak bardzo muszą chcieć poruszać się jak inni, zdrowi
ludzie? Czy załamanie trwa długo i ile z tych osób nigdy z niego nie
wychodzi? Czasami, kiedy widziałem w telewizji sparaliżowane osoby myślałem,
że wolałbym umrzeć. Bo co to za życie - wydawało mi się - spędzone na wózku
lub w łóżku. Bez możliwości samodzielnego egzystowania. Teraz wiem, że
najłatwiej jest się poddać. Zakończyć swój żywot nie zważając na bliskich.
Czy starczyłoby mi odwagi żeby pozwolić sobie na ten luksus? To chyba właśnie
te dwie rzeczy, bliscy i strach przed śmiercią przeszkodziłyby mi w tym.
Zmianę zdania na ten temat "wymusiła" na mnie kolejna "przygoda".
Otóż na wycieczce do Niemiec w ramach obozu w Sosnówce (pozdrawiam wszystkich,
którzy tam byli!) zwiedzaliśmy zamek Stolpen (nawet pamiętam jak się nazywa).
W zamku tym moją uwagę przykuł mężczyzna na wózku inwalidzkim. Ale nie takim
zwykłym, lecz sterowanym elektronicznie (jakimś takim joystickiem - nie wiem,
nie znam się na tym). Towarzyszyła mu kobieta, prawdopodobnie żona lub
siostra. Człowiek ten zadziwił mnie swoją chęcią poznawania świata. Mimo
tego, że mógł poruszyć jedynie ręka i głową, nie zamierzał przesiedzieć
reszty życia w domu. Chciał coś zobaczyć, poznać świat i odkrywać jego
piękno. Ludzie niepełnosprawni dopiero po wypadku doceniają to, co stracili
i chcą z życia wynieść jak najwięcej. Mężczyzna na wózku pokazał mi, że nie
warto siedzieć w domu przed komputerem lub telewizorem. Korzystajcie z życia,
bo nigdy nie wiadomo, co i kiedy może się wam przydarzyć. Podczas gdy
wszyscy patrzyli na niego ze współczuciem, ja spoglądałem z podziwem.
Zastanawiałem się później, co zrobiłbym na jego miejscu i uświadomiłem
sobie, że nie potrafię odpowiedzieć sobie na to, zdawałoby się proste
pytanie. Nie potrafię postawić się w roli inwalidy bez nóg lub dotkniętego
paraliżem. I mam nadzieję, że nigdy tego nie doświadczę.
Na koniec mały apel. Nie traktujcie osób niepełnosprawnych jak gorszych.
Ci ludzie, mimo że mają ograniczoną sprawność ruchową, umysł mają taki sam
jak my! A przecież to w człowieku liczy się najbardziej.
Nie zapominajcie o tym.
Wszystkich chętnych zapraszam do wyrażenia swojego zdania, a może nawet polemiki?
Nicpoń
nicponx@go2.pl
P.s. Qn'iu wstaw proszę przecinki na swoje miejsce, bo mi jakoś nigdy to nie wychodziło.